Mecz spadkowiczów z Ekstraklasy. Oby tylko Seedorf tego nie oglądał…
Weszło

Mecz spadkowiczów z Ekstraklasy. Oby tylko Seedorf tego nie oglądał…

Jeśli istniał kiedykolwiek cień szansy, że Clarence Seedorf obejrzy mecz polskiej I ligi, to bardzo możliwe, że ta irracjonalna myśl urealniła się właśnie dziś i legendarny pomocnik postanowił odpalić sobie spotkanie Zagłębia Sosnowiec z Miedzą Legnica, żeby zobaczyć w akcji swojego debiutującego na naszych boiskach bratanka, Quentina Seedorfa. Niestety, nawet jeśli spełnił się powyższy scenariusz, to Holender raczej nie zakochał się w naszym futbolu.

Zostańmy w marzycielskich realiach i załóżmy, że trzykrotny triumfator Ligi Mistrzów poświęcił swoje sobotnie popołudnie na konsumpcję piłkarskiej uczty w Sosnowcu. Kogo przyszło mu obserwować?

1. Topornego Piotra Polczaka, który choć lata mijają, dalej hołduje nieśmiertelnej zasadzie, że piłkę przepuścić można, ale człowieka już nigdy.

2. Korpulentnego Patryka Małeckiego, u którego na jedno przyzwoite zagranie przypada kilkanaście minut bezproduktywnego biegania przy linii bocznej.

3. Swojego bratanka, który nawet w warunkach I ligi, prezentuje się elektrycznie i nie wydaje się, żeby był gotowy na regularną grę na tym poziomie.

4. Szymona Pawłowskiego, który już chyba zapomniał, że niegdyś aspirował nawet do reprezentacji Polski i dziś jest niechlujnym rozgrywającym ligowego przeciętniaka.

I nieprzypadkowo piszemy tylko o Zagłębiu Sosnowiec, bo jego piłkarze wcale nie zagrali tragicznie. Spełnili wszelkie oczekiwania. Po żadnym z wymienionych zawodników nie spodziewaliśmy się wiele więcej. Pawłowski, Małecki i Polczak swoje najlepsze lata mają za sobą, a osiemnastoletniemu przybyszowi z Niderlandów jeszcze brakuje doświadczenia i ogrania, żeby całkowicie go skreślać.

Ekipa Radosława Mroczkowskiego postawiła na prosty futbol. Bez zbędnego kombinowania. Twarda defensywa, odbiór i szybki transport piłki pod bramkę rywala. I wychodziło to całkiem składnie. Tym bardziej, że już po kilkunastu minutach wyszli na prowadzenie i do ostatniego gwizdka arbitra mogli skupić się na obronie wyniku. Udawało im się to całkiem poprawnie, głównie za sprawą Filipa Karbowego, który kręcił ślamazarnymi obrońcami z Legnicy i temu, że Miedź zwyczajnie zawiodła.

Trener Dominik Nowak stara się przekonać cały świat o tym, że jego zespół musi nauczyć się dominować, będzie grał ofensywny futbol, przetrzymywał piłkę, wykorzystywał krótkie, szybkie podania i zdobywał przewagę nad każdym rywalem. Nie da się jednak osiągnąć takiej gry, kiedy brakuje odpowiednich wykonawców, a deficyt jakości istnieje już nie tylko w defensywie, z którą Miedź ma permanentne problemy, ale również w ofensywie.

Znamiennym dla takiego stanu rzeczy były, dobiegające przez całe spotkania, pokrzykiwania szkoleniowca Miedzi, który co chwilę zwracał się do jednego ze swoich zawodników błagalną apostrofą ,,Heniu’’. Chodziło mu oczywiście o Henrika Ojammę, największą gwiazdę zespołu, który choć w kilku akcjach pokazał dawną klasę, to całkowicie osamotniony nie był w stanie zrobić większej różnicy. W ten sposób umarła ostatnia nadzieja przyjezdnych na wywiezienie z Sosnowca choćby jednego punktu.

Generalnie patrząc na obie drużyny tylko przez pryzmat tego starcia, nikt nie powiedziałby, że Miedź i Zagłębie w minionym sezonie grały w Ekstraklasie. Mnóstwo niedokładności, niefrasobliwości, kopaniny. Optymistycznie założyliśmy, że ten mecz mógł oglądać Clarence Seedorf. Jeśli tak, to musi przeżywać właśnie konkretną traumę.

Zagłębie Sosnowiec 1:0 Miedź Legnica
Michał Góral 12′

fot. Michał Chwieduk, 400mm.pl

KOMENTARZE (3)