Jesus nie zbawił City, bo Tottenham znów zbawił VAR
Anglia

Jesus nie zbawił City, bo Tottenham znów zbawił VAR

Tottenham i VAR. To zestawienie piłkarzy Manchesteru City przyprawiać będzie o mdłości nie mniej niż połączenie musztardy i kisielu. W przeciągu zaledwie kilku miesięcy wideoweryfikacja zabrała The Citizens drugą decydującą bramkę w ostatnich sekundach starcia z Kogutami, tym samym City już w drugim meczu ligowym zaliczają wtopę – 2:2 ze Spurs.

Jakby dramaturgii było mało, przecież gol Tottenhamu, a konkretnie Fernando Llorente, w półfinale Champions League – ten kluczowy dla awansu do półfinału – anulowany po podejściu sędziego do monitora nie został. Choć w świetle dzisiejszych przepisów nie miałby prawa zostać uznany. Z kolei gdyby przenieść trafienie Gabriela Jesusa na 3:2 z 92. minuty dzisiejszego spotkania do rzeczywistości z minionych rozgrywek, wielce prawdopodobne, że nie zostałyby do niego zgłoszone żadne zastrzeżenia.

Gabriel Jesus to już w ogóle może technologii mieć dość – tydzień temu spalony o szerokość pachy Raheema Sterlinga odebrał mu gola, dziś można szydzić z powtórek jego tanecznej cieszynki, że „on jeszcze nie wie”. Nie wiedział, że za pół minuty sędzia wskaże na zagranie ręką przez Aymerica Laporte’a i odbierze mu kolejne trafienie.

Ale Manchester City krzywdę zrobił sobie sam. To nie tak, że gol na 3:2 był wyszarpaniem zwycięstwa z gardła Tottenhamu, że był języczkiem u wagi, że przechylił szalę trzymaną w równowadze sytuacjami z obu stron. Nie, gdyby ważyć sytuacje bramkowe City i Spurs, po jednej stronie umieścilibyśmy słonia, po drugiej – jakiegoś małego, słodkiego kotka. 30:3 w strzałach, 10:2 w uderzeniach celnych. Koledzy Kevina De Bruyne – wybaczcie wyrażenie – pieprzyli stwarzane głównie przez Belga sytuacje jedna za drugą tak, że zakrawało to o piłkarską perwersję.

Dziś rudowłosy jedyny czteropak, jaki może zabrać do domu, to ten z całodobowego monopolowego, a naprawdę była szansa, by uzbierał dwa razy tyle asyst, co ostatecznie przytulił. Dziewięć (!) kluczowych podań. Partactwo naprawdę niskich lotów. Szczególnie Ilkaya Guendogana w pierwszej części meczu i Bernardo Silvy w drugiej, gdy naprawdę należało skierować piłkę do siatki, a nie ułatwiać robotę Hugo Llorisowi.

Belg nie może mieć pretensji tylko do Sergio Aguero i Raheema Sterlinga – ci doskonale się spisali, gdy De Bruyne dograł im doskonałe, wypieszczone piłki. Jeśli w polu karnym, gdzie są tacy giganci walki w powietrzu jak Alderweireld czy Sanchez dostarczasz piłkę co do centymetra na głowę Sterlinga, to naprawdę odwaliłeś kawał świetnej roboty. Podanie do Aguero to zaś dokładnie takie zagranie, na jakie Argentyńczyk setki razy wbiegał już w pole bramkowe rywala, regularnie kierując je do siatki.

Tottenham jednak potrafił odpowiedzieć na oba te trafienia, oddając dwa jedyne celne strzały w całym meczu. Erik Lamela, któremu dziś zdarzało się podejmować słabe decyzje, akurat tę o strzale zza pola karnego podjął w doskonałym miejscu i czasie. Wyczucie tegoż czasu najlepsze miał jednak dziś Mauricio Pochettino. Posłał w bój Lucasa Mourę tuż przed rzutem rożnym, po którym – w pierwszym kontakcie z piłką – Brazylijczyk wbił gola na 2:2.

Pep Guardiola drapał się nie raz i nie dwa po głowie, bo – poza stratą punktów – ma dziś dwa dodatkowe powody do bycia niezadowolonym. Po pierwsze – wspomniany gol Moury padł po wrzutce na krótki słupek z rzutu rożnego, a nad tym City miało szczególnie mocno pracować pomiędzy sezonami, bo to była jedna z doprawdy nielicznych słabostek. Po drugie – Sergio Aguero wdał się z nim w pyskówkę schodząc z boiska i choć doszło do uścisku i, jak się domyślamy, przeprosin po bramce Jesusa (oni też jeszcze nie wiedzieli…), to złość Argentyńczyka po zejściu z placu gry na pewno nie pozostanie bez echa w tygodniu.

No ale zmartwieniem numer jeden pozostaje to 2:2. Bo Tottenham na logikę nie miał prawa dziś ugrać na Etihad czegokolwiek. A wywiózł punkt i spory zastrzyk pewności siebie, wreszcie nie dając się w lidze pokonać City – po raz pierwszy od stycznia 2017.

Manchester City – Tottenham 2:2
Sterling 20’, Aguero 35’ – Lamela 23’, Lucas 56’

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (0)