Jaga wreszcie gra i punktuje jak Jaga
Weszło

Jaga wreszcie gra i punktuje jak Jaga

2:0 po całkiem niezłym meczu, w którym przeciwnik notuje przebłyski, ale tak generalnie nie potrafi stworzyć zagrożenia. W drugiej połowie pada gol na 2:1. Brzmi znajomo? Kibicom z Białegostoku musiał przejść przed oczami mecz z Zagłębiem, w którym Jaga we frajerski sposób straciła punkty w wygranym meczu. Dziś czwarty gol również padł – tym razem jednak nie do bramki Węglarza.

Być może rozpieściła nas ta kolejka, ale to był taki… zwykły mecz. Tak zwykły, że prawdopodobnie zapomnimy o nim już jutro rano, choć na poziom nie mogliśmy narzekać. Wisła nieoczekiwanie zaprosiła na wykład futbolu, w starciu Śląska z Cracovią padały piękne bramki, Lech (i Antonik!) wyróżnił się popisem nieskuteczności. W meczu Jagi z Górnikiem wszystko było tak, jak można było zakładać przed meczem.

Wygrał faworyt i w zasadzie od drugiej minuty zaczął prężyć muskuły. Celowo napisaliśmy “od drugiej minuty”, bo już w pierwszej mógł paść arcykuriozalny gol. David Kopacz (debiut w wyjściowym składzie) biegł w linii prostej w kierunku bramki, gdy najpierw na siebie wpadli Arsenić i Runje, a potem Bida i Węglarz. W niecodzienny sposób, nie robiąc w zasadzie nic, znalazł się w stuprocentowej sytuacji, którą wyratował Romanczuk, wybijając piłkę wręcz z linii bramkowej.

No, ale chwilę potem Jaga pokazała, kto dziś rządzi. Zdobyła bramkę po rzucie wolnym – Guilherme dorzucał z lewej nogi na punkt (z czego go doskonale znamy), a Runje najwyżej wyskoczył w polu karnym i wygrał główkę (również żadna nowość). Chorwacki stoper chętnie zapędzał się pod pole karne Górnika i miał też swój udział przy drugiej bramce – Pospisil wrzucił zewniakiem (to już znak firmowy), przedłużył Arsenić, wślizgiem uderzył Runje. Chudy miał piłkę w zasięgu rąk, nawet ją odbił, ale w dobrym miejscu i czasie znalazł się Bida, który władował ją do pustaka.

Coraz bardziej swoją drogą podoba nam się rywalizacja o pozycję młodzieżowca w Jagiellonii. Bida rozpoczął z wysokiego „c”, a dziś zdał kolejny egzamin – po kontuzji Mudrinskiego w pierwszym kwadransie został przesunięty na szpicę, a jego miejsce na skrzydle zajął jak zwykle przewidywalny Kostal. Na szpicy Bida szarpał, był bardzo aktywny, choć docelowo – ze względu na skromne warunki fizyczne – to raczej nie jego pozycja. Z dobrej strony pokazał się także Klimala, który wszedł za Bidę na ostatnie dwa kwadranse i dołożył swój konkret do wyniku. To on wymanewrował Bochniewicza w polu karnym (fatalny mecz, to obrońca zawalił krycie Runje przy pierwszej bramce, a także zbyt słabym podaniem omal nie wypuścił Bidy sam na sam – młody piłkarz  Jagi dziubnął piłkę butem, ale zabrakło mu jednego metra). Po tym, jak już Klimala ograł obrońcę Górnika, wyłożył piłkę Imazowi w drugie tempo, a ten w charakterystyczny dla siebie sposób wbiegł na wolne pole i dobrze przyłożył nogę.

W międzyczasie – scena znana z boisk Ekstraklasy – Romanczuk strzelił gola Wolsztyńskim. Tak niefortunnie wybił piłkę pomocnik Jagi, że trafił w klatkę swojego rywala, co kompletnie zaskoczyło Węglarza. Górnik nie grał źle, konstruował akcje, napędzał je zwłaszcza Janża, fragmentami wręcz miał znacznie większą inicjatywę. Zagrożenie stworzył trzy razy – dwa razy sędzia odgwizdał spalonego, za trzecim, gdy Matras posłał podciętą piłkę w stylu Jimeneza za obrońców, lecz Zapolnik nieczysto trafił w piłkę.

Było to granie, które mogło się podobać. Nie straciliśmy wieczoru. Każdy z dotychczasowych meczów w kolejce miał jednak swoją historię, a ten był po prostu zwyczajny. Znamy jednak poprzeczkę, jaką lubią zawieszać spotkania Ekstraklasy, więc nie będziemy narzekać. To wręcz powód do zadowolenia – półmetek kolejki, a my nie oglądaliśmy jeszcze żadnego paździerzu.

Ale jutro to nadrobimy, prawda?

Screen Shot 2019-08-17 at 23.19.20

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (14)