0 złotych na kontraktach, 2 awanse w CV. Jak Iskierka zaskoczyła wszystkich?
Weszło

0 złotych na kontraktach, 2 awanse w CV. Jak Iskierka zaskoczyła wszystkich?

Iskierka Szczecin – jako beniaminek – wywalczyła historyczny awans do czwartej ligi, mimo że nie płaciła swoim zawodnikom ani grosza, co nawet na poziomie klasy okręgowej jest ewenementem. Dość powiedzieć, że wyprzedziła ją Flota Świnoujście, gdzie kwoty na kontraktach dochodzą do dwóch-trzech tysięcy złotych, a przed obecnym sezonem klub z wyspy Uznam wyciągnął dwóch ważnych zawodników szczecińskiego klubu, przekonując ich – co naturalne – ciekawą, jak na czwartoligowe warunki, pensją. Tuż za Iskierką uplasowali się Biali Sadów – ostatni bezpośredni mecz o wszystko skończył się remisem 1:1, szczecinianie uratowali awans na dwie minuty przed końcem – którzy posiadają prywatnego sponsora, właściciela bogatego gospodarstwa rolnego, zdecydowanie nieszczędzącego grosza na wzmocnienia.

A jednak w takich warunkach udało się, było czy nie było, oszukać przeznaczenie.

Udało się wywalczyć historyczny awans, nie nadwyrężając przy tym klubowego budżetu, co w przypadku wielu klubów z szóstego poziomu rozgrywkowego nie jest wcale normą. Udało się stworzyć zgraną grupę, która na każdym kroku chwali klubową atmosferę. Wreszcie – udało się utrzymać część zawodników, mimo że Iskierka – prawdopodobnie – będzie w czwartej lidze zupełnym wyjątkiem pod względem finansowania.

Nie jest tak, że teraz, po awansie, klub także nie będzie płacił piłkarzom ani grosza. Co to, to nie, ale znamienne, że Dariusz Pińkowski – zawodnik, a przy okazji dyrektor sportowy klubu odpowiedzialny za transfery – nie może ukryć grymasu uśmiechu, gdy przywołuje kwoty, jakie tym razem zaproponowano zawodnikom.

A te sięgają 400, maksymalnie 500 złotych. Ktoś może sobie pomyśleć: skoro mówimy o piątym poziomie rozgrywkowym, to pieniądze wydają się odpowiednie, jak najbardziej optymalne. I pewnie byłoby w tym sporo racji, gdyby nie fakt, że mowa o kwotach zupełnie nieodpowiadającym dzisiejszym realiom.

Gdyby nie fakt, że ligę wyżej zapisuje się pięciocyfrowe kwoty na kontraktach – żeby nie być gołosłownym: chociażby w Kotwicy Kołobrzeg czy Raduni Stężycy – a w czwartej lidze? Cóż, wystarczy podać jakże znamienny przykład.

Dariusz Pińkowski: – Mieliśmy propozycję, żeby przyjąć zawodnika z trzecioligowego Świtu Skolwin, który grał na znacznie wyższym poziomie niż czwarta liga, ale jak usłyszałem warunki, które sobie zażyczył – 1500 złotych, pełne ubezpieczenie, umowa o prace, żeby gdzieś mu robotę załatwić – to usiadłem i policzyłem, że kosztowałby nas 3-4 tysiące miesięcznie. A potem patrzę, że poszedł do klubu, który tak samo jak my gra w czwartej lidze. Więc pewne rzeczy widać.

I teraz tak. Zdrowe podejście zdrowym podejściem, bardzo dobra infrastruktura (o niej za chwilę) bardzo dobrą infrastrukturą, ale nie oszukujmy się – nie ma przypadku w tym, że Iskierka szukając wzmocnień przed historycznym sezonem w czwartej lidze, spotkała się z masą ogromnych problemów.

#POWIATBET STWORZYLIŚMY WSPÓLNIE Z ETOTO, BUKMACHEREM, KTÓRY MA SZEROKĄ OFERTĘ ZAKŁADÓW NA TĘ KLASĘ ROZGRYWEK

Pińkowski: – Kwestie organizacyjne są naszym najmniejszym problemem. Zawsze byliśmy do przodu. Nie przerastamy pod tym względem czwartej ligi, oczywista sprawa, ale jesteśmy przygotowani na to, co nas niedługo czeka. Problem jest inny. Niestety, ale mentalność zawodników – nie tych, którzy są, ale tych, którzy mogli do nas przyjść – sprawiła, że nie mogliśmy wzmocnić się tak, jak chcieliśmy. Niestety – w czwartej lidze musiały pojawić się jakiejś pieniądze. W naszym przypadku – jakiekolwiek. Nasi zawodnicy mają obiecane stypendia, to będzie pierwszy raz w nowym rozdziale, kiedy będziemy płacili pieniądze naszym graczom. Znaczy płacili pieniądze… Dojazd tutaj nie jest zbyt łatwy, większą część piłkarzy mamy z centrum. Tutaj trzeba dojechać, a to są koszty. Każdy, kto jest w kadrze pierwszego zespołu, będzie dostawał stypendium w wysokości 400-500 złotych. Sam widzisz – na dobrą sprawę mówimy o zwrocie kosztów za dojazdy i za to, by nikt nie musiał jeszcze dopłacać do zabawy. Wychodzimy z założenia, że takie rozwiązanie jest najlepsze, choć zdajemy sobie sprawę, jakie są takich działań konsekwencje.

Doświadczyliśmy tego właśnie teraz, latem, po awansie. Kilku zawodników odeszło, bo dostali większe pieniądze w innych klubach. Normalna sprawa. Flota Świnoujście zaproponowała dwóch naszym czołowym zawodnikom po 1500 złotych, a my nie chcieliśmy tworzyć kominów płacowych. Nie to, że nie było nas stać – dalibyśmy radę, moglibyśmy zapłacić jednemu 1500, drugiemu 1000, a trzeciemu 100 czy 200 złotych, ale nie taka jest wizja prezesa, kierownika i moja również. Przy różnicach w płacach zdarza się, że pojawiają się kwasy. Kwasy, których w klubie nie chcemy. Jesteśmy amatorskim zespołem, takim byliśmy zawsze. Będę powtarzał, że grając w czwartej lidze, jesteś wyłącznie amatorem. Profesjonalistą możesz być ligę wyżej, ale – no kurczę – nie w czwartej lidze, na piątym poziomie rozgrywkowym. Tutaj bawisz się w piłkę, a naszym zdaniem plusem jest, jeśli robisz to, co sprawia ci przyjemność i do tego hobby nie musisz nic dokładać.

Mamy nadzieję, że dzięki takiemu podejściu utrzymamy się w lidze i nie doprowadzimy do zadłużenia klubu. Możliwe, że będziemy wyjątkiem, bo patrzymy na pozostałe zespoły. Jakich dokonują roszad, jakie pieniądze proponują zawodnikom. No, jest różnica! Wspomniana sytuacja z graczem Świtu Skolwin jest znamienna. Zabolała mnie jeszcze jedna sprawa. W czerwcu robiliśmy test-mecz, gdzie zaprosiliśmy wielu młodych chłopaków, którzy kończyli wiek juniora i mieli szansę, by załapać się w czwartej lidze. Ale jeżeli pierwszym pytaniem, jakie zadawali, było to o pieniądze – a dopiero co przyszli na test-mecz i nie zdążyli nic pokazać! – no to poczułem, że nie jest zbyt dobrze. Zderzenie z rzeczywistością. Dzwoniłem po zawodnikach, cały lipiec przesiedziałem na telefonie, byle kogoś pozyskać i koniec końców jakichś tam zawodników – na przykład dzięki współpracy z Salosem Szczecin – wzięliśmy. Ale było trudno, bardzo trudno, a i trafili do nas gracze, których skusiliśmy perspektywą rozwoju, nie pieniędzmi. Ambitne chłopaki. Więc czy trudno było nam ściągać zawodników? I tak, i nie. Trudno było ściągnąć ludzi, którzy chcieli przyjść wyłącznie dla pieniędzy. Ale nie było problemu, by namówić tych, dla których liczy się fakt, że mamy dobry obiekt, trenera, asystenta, trenera bramkarzy, jednego i drugiego kierownika czy prezesa. Czyli wszystko wokół piłki, z wyjątkiem pieniędzy. Niektórzy zobaczyli, że pod względem organizacyjnym nasz klub przewyższa jakieś pozostałe. Dlatego zdecydowali się tutaj zostać bez względu na to, ile – przykład – Sparta Węgorzyno proponowała im stypendium.

54

Faktycznie, infrastruktura jest najmniejszym problemem szczecińskiego klubu

Żeby jednak sprawić sobie tych kilka mniej lub bardziej przyjemnych problemów, Iskierka Szczecin musiała najpierw wywalczyć historyczny awans. Założony w 1994 roku klub jeszcze nigdy nie grał w czwartej lidze, najczęściej tułając się między okręgówką a niższymi klasami.

Jak doszło do dwóch awansów z rzędu i tego niespodziewanego sukcesu?

4

Sezon 2018/19, 90minut.pl

4

Sezon 2017/18, 90minut.pl

Dziś klub funkcjonuje na zdrowych zasadach, ale czasy, gdy popadł w długi, nie są specjalnie daleką przeszłością. Iskierka miała epizod, gdy płaciła zawodnikom na poziomie dzisiejszej okręgówki.

O wszystkim pamięta kierownik drużyny, Stanisław Łuksza, który w Iskierce funkcjonuje prawie że od początku. Czyli od 1994 roku. Co ciekawe, kiedy Iskierka powstawała, to jeszcze nie był Szczecin a Śmierdnica. Dopiero później Szczecin pozgarniał okoliczne dzielnice, w tym właśnie Śmierdnicę.

Łuksza: – Stworzyła się grupa zapaleńców, szczególnie Hubert Kaczmarek, który był pierwszym prezesem Iskierki. Czuł potrzebę, by zintegrować ludzi, skrzyknąć się i zrobić ciekawą rzecz. Nawet boisko powstało czysto społecznie. Hubert zebrał swoich ludzi, którzy pracowali w lesie czy na roli i wzięli się do roboty. Skrzyknęli się i jak wybudowali boisko, to stoi do dzisiaj.

Pińkowski: – To miał być klub dla lokalnej społeczności. Typowy, osiedlowy. Takim jest do dziś.

Łuksza: – Wszyscy byli do tego klubu zdecydowanie przywiązani. Wszyscy przy nim robili. W końcu poznaliśmy Sebastiana Podzińskiego, obecnego prezesa, który uznał, że chciałby zrobić coś więcej niż bawić się w B-klasie. I wszystko powoli ruszyło. Na początku to był czysto rozgrywkowy klub – tańca, różańca i picia. Najlepsze było to, że w niedziele rozgrywano mecze, a w sobotę bawiono się w pobliskiej remizie. Potem wszyscy przychodzili pijani! I jak mieliśmy coś wygrać? Dopiero później, gdy doszliśmy do wniosku, że trzeba zmienić pewne rzeczy, pojawił się większy profesjonalizm. Zaczęli przychodzić poważniejsi trenerzy i tak krok po kroku budowaliśmy zespół.

Teraz czwarta liga jest historią dla całego regionu. Ani w Śmierdnicy, ani w pobliskim Kołbaczu tego poziomu nie było. A my z tym Kołbaczem – klub zza między – zawsze rywalizowaliśmy, mieliśmy tam jakieś zawirowania. Dawaliśmy im piłkarzy, kiedyś wysłaliśmy pięciu, bo nie mieli kim grać, a oni w zamian nie chcieli dać nikogo. Jeden czy drugi chłopak chciał przyjść, ale nie było takiej opcji. To dawne czasy, ale rywalizacja już wtedy się rodziła.

W pewnym momencie zaczęliśmy płacić zawodnikom, był taki epizod. Zrobiliśmy piątą ligę, dzisiejszą okręgówkę. Wówczas Arkonia podebrała nam trenera Kozłowskiego. Wzięliśmy Benesza i zaczęły się jaja. Wpadliśmy w długi. 35 tysięcy złotych. Mówiłem do Benesza: „Adam, bierzemy pięciu zawodników. Prowadziłeś reprezentację województwa zachodniopomorskiego, znasz ludzi”. On mówi, że dobra, dobra, okej. I sprowadził jedenastu.

Kiedyś pojechaliśmy na wyjazd do Trzcińska-Zdroju. Miałem tam swoich znajomych, bo pracowałem w kryminale. Andrzej Wojciechowski był trenerem. Pojechałem do nich, gramy mecz, wszystko pięknie. Dwóch gości mieliśmy z drugiej ligi, trzech z trzeciej. Tak byliśmy przygotowani, że jak ruszyliśmy do przodu, to nie mieliśmy sił, by wrócić. Słowo daję! A oni krzyżowe, kontry, jedna bramka, druga. 0:2. Kibice przychodzą i pytają: co to za gra? A ja opowiadam, jak wyglądały treningi. Trochę pobiegali po bruku, potem siatkonoga i nic więcej. I jak w takim warunkach grać? Adam Benesz jako zawodnik był świetny, ale w treningu? Pierwszy raz coś takiego widziałem. Myślał, że nazwiska zagrają same, ale okazało się, że bez treningu nie ma takiej opcji. Koniec końców przegraliśmy 1:7, potem Benesz mówił, że woli ładnie przegrać niż brzydko wygrać…

Pińkowski: – Adam Benesz był wówczas naprawdę topowym trenerem. Kiedyś grał w Pogoni, potem tam trenował. Wówczas byłem młody, nie grałem w Iskierce, ale interesowałem się klubem. I faktycznie – poprzychodzili zawodnicy, którzy coś już w tym województwie znaczyli. Duża kasa była płacona graczom, ale to była w jakimś sensie nauczka dla wszystkich. Potem było trudno. Już po połowie rundy, gdy nie było płacone, zawodnicy pouciekali. Łącznie z Beneszem, który – z tego, co opowiadał prezes – był pierwszym, który zwiał.

Łuksza: – Wzięliśmy pożyczkę, podpisaliśmy się własnym sumieniem, że wszystko spłacimy. Udało się w dwa lata. Prezesem był już Sebastian i wówczas powiedzieliśmy sobie wprost: nigdy w życiu na tak niskim poziomie nie będziemy płacić. Prezes miał znajomości, że załatwiał pracę czy tego typu sprawy, ale płacić nie płaciliśmy.

NAJLEPSZE BONUSY PO REJESTRACJI? TYLKO W ETOTO (KLIKNIJ, BY SIĘ ZAREJESTROWAĆ)

Pińkowski: – To były też takie czasy, że to nie pracodawcy szukali pracowników, lecz pracownicy szukali pracy. I fakt, że Sebastian miał takie możliwości, działał przyciągająco. To jedno, druga sprawa – zawsze mieliśmy przewagę nad większością klubów ze Szczecina ze względu na fajny obiekt. Przychodzili do nas ludzie, którzy byli w miarę młodzi i ambitni. Tak było zawsze. I tak jest do dziś.

Benesz odszedł, prezes – który grał wcześniej w Niemczech, miał przygody w drugiej lidze – przygotował zespół do rundy, został trenerem i ruszyliśmy dalej. Ale graliśmy samymi wychowankami i juniorami, więc spadek był murowany. Po degradacji znów nie zbieraliśmy zbyt wielu punktów i pojawiło się widmo spadku do A-klasy. Nastąpiła zmiana trenera i odbiliśmy się. Wtedy wymyśliliśmy coś, co trwa do dziś. Że nie będziemy płacić zawodnikom, ale za zwycięstwa będą premie meczowe. Odkładane, a później kupimy dobry sprzęt i tego typu sprawy. Bo jak nie było pieniędzy, to i nie było przyzwoitego sprzętu. Na wszystkim trzeba było oszczędzać. Potem wprowadziliśmy coś takiego, że za te pieniądze jeździmy z całymi rodzinami wypocząć po sezonie. Fajna sprawa, przy okazji rekompensata dla żon czy dziewczyn, że nie spędzamy z nimi tyle czasu, ile pewnie byśmy mogli, gdyby nie piłka.

Chciałoby się powiedzieć, że po tamtym awansie nastąpiła większa stabilizacja, ale nie u nas. Generalnie nasz klub balansował jak sinusoida. Raz awans, raz spadek i tak do niedawna. Zresztą widać po ostatnich wynikach, po dwóch awansach z rzędu. Taki chyba los Iskierki, że długo w jednej lidze nie zabalujemy. No, chyba że teraz w czwartej!

4

Stanisław Łuksza, kierownik

Pińkowski: W ogóle warto dodać, że my tej czwartej ligi początkowo nie chcieliśmy. Albo inaczej: zastanawialiśmy się, czy ma ona sens.

Łuksza: Nie dochodziło do nas, że możemy zrobić coś wielkiego. Że możemy awansować. Dopiero jak graliśmy ostatni mecz – wystarczył nam remis w bezpośrednim spotkaniu o awans z Białymi Sadów – to wszyscy zrozumieli, o co toczy się rywalizacja. Wtedy już szkoda było przegrać. Na pewno pomocną dłoń wyciągnął… deszcz. Rywale strzelili gola bardzo szybko, w 6. minucie, ale w drugiej połowie nadeszły chmury i półgórna wrzuta skończyła się naszą bramką. Sama końcówka, 88. minuta! Później, wiadomo, radość, szampany i tak dalej.

Ale wcześniej? Ja nie chciałem czwartej ligi, powiem szczerze. Wiem, ile kosztują same wyjazdy. Nie chodzi o zawodników, z zawodnikami można się dogadać, bo nie są zawodowcami, a gdyby byli zawodowcami, to graliby gdzie indziej. Najważniejszą kwestią są właśnie wyjazdy, które kosztują.

Pińkowski: Na dobrą sprawę w poprzedniej rundzie mieliśmy kilka bardzo burzliwych rozmów z prezesem na temat tego awansu. Nawet przez pewien czas świtała myśl: „A, może odpuśćmy?”. Bo różnica jest kolosalna. Kwoty za wyjazdy, za sędziów – przepaść. Dzięki wsparciu miasta, wkładom własnym zarządu, na czele z prezesem, i naszych pomniejszych sponsorów, którzy nie wycofali się, a wręcz przeciwnie – postanowili wspomóc jeszcze bardziej udało się jednak spiąć budżet. Nie będzie większego problemu.

Łuksza: W długi nie wpadniemy na pewno. Sędziowie niedawno zostali opłaceni, prawie siedem tysięcy zapłaciliśmy, ale mamy święty spokój.

Pińkowski: Zaraz 500 złotych za licencję, 1000 za weryfikację boiska, kolejne koszty za weryfikację transferów i tak dalej. Ale damy radę.

Łuksza: W ogóle tych papierów jest teraz tyle… Masa! Pamiętam, jak kiedyś wystarczyło samemu pojechać do związku, pozałatwiać wszystkie sprawy, a teraz tego pełno!

Pińkowski: Praca na pełen etat! Prosty przykład pewnych zmian: kiedyś było tak, że – przy rejestracji zawodników – wysyłałem wszystko e-mailem, a pani w związku te podanie obrabiała. Płaciłem 500 złotych za rejestrację. Teraz jest Extranet, więc wszystko muszę wykonywać samemu. Skanować, podpisywać, pozałatwiać, pozatwierdzać. A paniom w związku pozostaje jedno kliknięcie, a pieniądze płacimy takie same. Za moją pracę! (śmiech) Ale w porządku – jest jak jest, może kiedyś nastąpi zmiana.

Jednak nie chcę być zrozumiany źle. Ja nie narzekam, tylko opisuję realia. Cieszę się, że teraz mamy takie problemy związane z czwartą ligą, bo to zasługa naszej ciężkiej pracy. Mam 33 lata i jakimś tam moim niespełnionym marzeniem było granie i trenowanie w fajnych warunkach. Kiedyś trenowałem w Arkonii, kiedy jeszcze nie było boisk trawiastych. Dramat, warunki fatalne. Potem w Pogoni, gdzie na koronie były boiska, ale nie trawiaste, a piaskowe. To mnie zawsze nakręcało do tego, żeby tę sytuację jakoś zmienić, poprawić. Tutaj mam możliwość trenowania w dobrych warunkach, co motywuje i mnie, i pozostałych chłopaków. To jedna sprawa, która nakręca do działania, mimo że funkcjonujemy bez większych pensji. Dalej – chęć sprawdzenia się. Jeżeli robisz dwa awanse w ciągu dwóch lat, to sam z siebie jeszcze bardziej chcesz i jeszcze bardziej marzysz o tym, że – a nuż – zagrasz na jakimś fajnym obiekcie, w jakiejś fajnej lidze. Teraz będziemy jeździć do Świnoujścia, Wolina, Szczecinka, Wałcza czy Dygowa, gdzie kiedyś była ciekawa piłka nożna. Nie jeździsz po, za przeproszeniem, pipidówkach, gdzie boisz się o to, czy ktoś porysuje ci samochód. Inna bajka, większy poziom kultury grania w piłkę, organizacji i też fajnie się gra dla kibiców, którzy na tę ligę przychodzą. Naprawdę, to jest coś świetnego, w jakimś sensie spełniamy marzenia. Poświęcamy swój czas, swoje pieniądze, ja bardzo często poświęcam czas prywatny, który mógłbym spędzić z dziewczyną, ale robię to z pasji i przyzwyczajenia. Kiedy miałem 7 lat, zacząłem grać w piłkę. I cały czas funkcjonuję w tym rytmie. Kiedy przychodzi sobota, a ja mam kontuzję lub nie jadę na mecz bo coś tam, to mnie nosi, gdyż czuję, że coś jest nie tak.

4

Od lewej: kapitan Szymon Górski, dyrektor Dariusz Pińkowski, trener Krzysztof Sobieszczuk

Czy Iskierka ma potencjał, by dłużej zabalować na nowym, nieznanym dotąd przez siebie poziomie? Finansowo klub funkcjonuje stabilnie, choć zmorą – nie tylko Iskierki, większości klubów z niższych poziomów rozgrywkowych – są sponsorzy. A właściwie ich brak. Głównym jest rzecz jasna miasto, poza tym szczecinianie muszą liczyć na lokalnych, pomniejszych darczyńców. To małe kwoty – 1000-1500 złotych miesięcznie – ale warte docenienia, bo o większych sponsorów na tym poziomie bardzo trudno. – Podam przykład jednej z ogromnych firm. Dostawaliśmy paletę wody ma sezon. Boże drogi, żebym musiał się o tę paletę doprosić, to tak – trzy sprawozdania, trzy pisma o prośbę o sponsoring, a na koniec flagi, zdjęcia tej firmy za paletę wody, która kosztowała 800 złotych. To najlepszy dowód, że czasami lepiej mieć mniejszych sponsorów, którzy przyjdą na mecz, pogadają, zjedzą kiełbaskę, rzucą serpentyną, pokrzyczą, podopingują niż użerać się z dużymi korporacjami, które wolą zainwestować w Pogoń – przyznaje Pińkowski.

*

Szymon Górski, kapitan: – Czwarta liga jest wyzwaniem, piszemy historię. Wracając do klubu – grałem tutaj już kiedyś, w seniorach w wieku 16 czy 17 lat – pamiętałem, że w tym miejscu zawsze była rodzinna atmosfera. Tak jest do teraz. Patrząc na potencjał sportowy, dziwiłem się, że jesteśmy tak nisko. Mamy chłopaków z osiedli dookoła, ale potrafimy grać w piłkę, rozumiemy się. I moim celem było zrobić coś fajnego dla tego klubu, a czwarta liga jest czymś fajnym. Tym bardziej dla nas, dla klubu budowanego na zdrowych zasadach. Często jest tak, że jakiś zespół robi awans, ściąga zawodników, potem pieniądze zostają ucięte i albo go nie ma, albo zalicza kolejne spadki. U nas taka sytuacja, siłą rzeczy, nie będzie mieć miejsca. Zostali ci, którzy grali bez pieniędzy.

Krzysztof Sobieszczuk, trener: – Od początku sezonu mieliśmy w planach poprzeszkadzać każdemu zespołowi, który chciał wywalczyć promocję. Po pierwszej rundzie byliśmy wysoko, więc i zawodnicy, i sztab trenerski ten awans chcieli. Tym bardziej że mieliśmy tak dobrą, rodzinną atmosferę. Ona pomogła i dała dużo punktów. Przede wszystkim – na treningach była stuprocentowa obecność, co w klasie okręgowej jest rzadkością. Naprawdę rzadkością. I proszę zobaczyć – nie płaciliśmy zawodnikom za grę, a dzięki atmosferze i chęci, by walczyć o premie, który były wydawane na wspólne wyjazdy z rodzinami do różnych miejscowości w Polsce, mieliśmy wielu ludzi na treningach. To naprawdę jest coś. Zawodnicy poczuli, że można fajnie popracować w fenomenalnych warunkach, które stworzył klub. Czyli dobre boisko, do tego obiekty treningowe. Teraz czeka nas czwarta liga… Jesteśmy na nią – jako klub i zespół – gotowi. Jednak wiem, że będzie brakowało nam doświadczenia. Mamy bardzo młody zespół – średnia wieku: 22 lata – praktycznie sami młodzieżowcy plus kilku doświadczonych graczy. Mam nadzieję, że nie będzie tak, iż nas zaskoczy czwarta liga, a odwrotnie: my chcemy tę czwartą ligę zaskoczyć, przeszkadzając wszystkim. I tym walczącym o awans, i pozostałym.

*

A więc jeszcze raz – czy Iskierka ma potencjał, by dłużej zabalować na nowym, nieznanym dotąd przez siebie poziomie? Pierwszy mecz, zwycięstwo 4:2 z Kluczevią Stargard pokazał, że w sumie czemu nie.

4

zrzut ekranu: ligowiec.net

Pytanie, co dalej. Fundamenty są, teraz tylko pójść za ciosem i nie zrezygnować z obranej drogi.

Bo ta jest, cóż, inna. Na pewno trudniejsza, ale przede wszystkim zdrowa, co – patrząc na funkcjonowanie sporej liczby klubów z niższych lig – nie jest żadną regułą.

Norbert Skórzewski

*

#PowiatBet to nasz cykl tekstów, w których prezentujemy realia klubów z czwartej ligi. Szykujcie się na dużo atrakcyjnych materiałów, bo przecież właśnie na tym szczeblu występują m.in. zespoły z Bytomia, Odra Wodzisław Śląski, drużyna Ślusarskiego, Telichowskiego i Zakrzewskiego, a nawet żywa legenda lat dziewięćdziesiątych, RKS Radomsko. Partnerem cyklu są nasi kumple z ETOTO, którzy czwartą ligę pokochali na tyle mocno, że regularnie przyjmują zakłady na spotkania na tym szczeblu rozgrywkowym. 

KOMENTARZE (5)