Zupełnie nowa piłka
Anglia

Zupełnie nowa piłka

Angielski futbol nie zaczął się bynajmniej w momencie, gdy powstała Premier League.

Książkę „Klub. O tym jak angielska Premier League stała się najbardziej szaloną, najbogatszą i najbardziej destruktywną siłą w sporcie” kupicie w Empiku (TUTAJ – KLIK!)

Niby to jasne, wiadome i nie wymaga przypomnienia. A jednak – wszystko, co dziś pisze się o piłce na wyspach sprowadza się do rekordów ustanowionych po 1992 roku. Najlepszym strzelcem w historii ligi jest więc na przykład Alan Shearer, choć legendarny Jimmy Greaves zdobył w najwyższej klasie rozgrywkowej o 117 bramek więcej.

W takim stawianiu sprawy nie ma jednak przypadku. Angielska piłka ligowa do 1992 roku była tak mało atrakcyjnym produktem, że w sezonie 1985/86 nie udało się przed rozgrywkami nawet dogadać w sprawie transmisji telewizyjnych z meczów najwyższej ligi, a jedynym miejscem na Ziemi, gdzie można było obejrzeć pierwszych kilkanaście kolejek First Division na żywo (później porozumienie wypracowano i futbol wrócił na ekrany) była… Skandynawia.

Dlatego właśnie w książce „Klub” Joshuy Robinsona i Jonathana Clegga czytamy o końcówce sezonu 1995/96 – tym, gdy Blackburn Rovers w ostatniej kolejce zostało mistrzem mimo porażki z Liverpoolem dzięki 1:1 Manchesteru United z West Hamem:

„Premier League nie zaznała jeszcze sezonu, w którym o mistrzostwie decydowałyby mecze rozgrywane ostatniego dnia. Co prawda taki finisz rozgrywek nastąpił całkiem niedawno, zaledwie w 1989 roku, ale wówczas nie było jeszcze ZUPEŁNIE NOWEJ PIŁKI, zatem według stacji (Sky – przyp. red.) w ogóle się to nie wydarzyło.”

Mecze rozgrywane na archaicznych, rdzewiejących stadionach, gdzie komfort oglądania spotkań był mniej więcej taki, jak komfort dwugodzinnej jazdy autobusem stojąc pomiędzy spoconym robotnikiem, a gościem wracającym z siłowni, gdzie akurat dziś musieli zakręcić zawory wody. Gdzie budy z żarciem serwowały tak podrzędnej jakości produkty, że lepiej było usprawiedliwiając to nerwami zjeść własne paznokcie niż udać się tam po wiktuały. Gdzie toaletami szumnie nazywano doły w ziemi – a i tak tłoczyły się do nich kolejki tak długie, że wielu rezygnowało i załatwiało się pod murami obiektu. Gdzie – przede wszystkim – grało się futbol skrajnie nieatrakcyjny, a próbujących rozgrywać akcje krótkimi podaniami błyskawicznie ustawiano do pionu.

Jakim cudem coś tak szkaradnego i skrajnie nieatrakcyjnego opakować tak, by zarabiać na tym kilka miliardów funtów rocznie? By stało się rzeczoną ZUPEŁNIE NOWĄ PIŁKĄ?

Najbardziej niesamowite w całym tym procesie są zebrane do kupy pozornie mało znaczące zdarzenia, które z Premier League zrobiły jeden z najatrakcyjniejszych produktów telewizyjnych na świecie. Oglądany każdego weekendu przez setki milionów ludzi w najdalszych zakątkach kuli ziemskiej. Popularny do tego stopnia, że gdy kibiców Arsenalu zaczęła denerwować nieporadność ich drużyny pod wodzą Arsene’a Wengera – brzydko starzejącego się jako menedżer rewolucjonisty – to transparenty „Wenger Out” można było dostrzec w tłumie protestującym w Zimbabwe przeciwko Robertowi Mugabe.

Przemiana zaczęła w głowach właścicieli najbardziej chętnych do przewrotu klubów kiełkować przecież nie w pilnie strzeżonej sali konferencyjnej któregoś z najdroższych londyńskich hoteli, a w 1983 roku w odległym Suazi, gdzie w jednym czasie znalazły się drużyny Tottenhamu i Manchesteru United. To tam właściciele – Irving Scholar i Martin Edwards – dość mocno popsioczyli sobie na opór Football League wobec jakichkolwiek zmian i beznadziejne działania komercyjne. Oni czuli, że na piłce nożnej można zarobić duże pieniądze, ich wizja doprowadziła do tego, co stało się dziewięć lat później – do powstania Premier League.

W 1983 roku wspomniany Scholar zamarzył sobie – oprócz nowej, lepszej ligi – także tego, co spełnić ma się 36 lat później, a więc meczów NFL rozgrywanych gościnnie na stadionie Tottenhamu. Wreszcie bowiem White Hart Lane stał się stadionem doskonale nadającym się do goszczenia u siebie ekip ligi futbolu amerykańskiego.

NFL dla Scholara była marzeniem, dla każdego klubu myślącego o rozwoju – wzorem. Nie sposób w historii Premier League nie dostrzegać sprawdzonych w Stanach Zjednoczonych wzorców, przeniesionych czasami wręcz jeden do jednego na brytyjski grunt. Jak na przykład czarne koszulki wyjazdowe Manchesteru United z 1992 roku, które do złudzenia przypominały stroje Los Angeles Raiders. Ucząc się od wielkich NFL Scholar, Edwards czy właściciel Arsenalu David Dein zrozumieli jednak coś, co dziś wie już każdy.

Jeśli klub piłkarski ma zarabiać, źródłem pieniędzy musi być telewizja.

Krok po kroku, umowa po umowie angielska Premier League bogaciła się właśnie za sprawą telewizji. Coraz więcej właścicieli zaczęło rozumieć coś, czego na przykład nie pojmował właściciel Blackburn Rovers Jack Walker. Właściciel „Wędrowców” był przekonany, że jedyną znaczącą nagrodą w Premier League jest jej wygranie – co udało mu się w 1996 roku dzięki wielkim zakupom i biciu krajowego rekordu transferowego najpierw podczas zakupu Alana Shearera, później – Chrisa Suttona. Nasycił się tym sposobem, zaprzestał inwestycji w klub, czery lata po wygraniu tytułu, Rovers spadli z ligi.

Walker nie pojął, że najcenniejszą nagrodą w Premier League było jednak samo uczestnictwo w niej. Rozumieli to doskonale w Bradford, gdzie po zajęciu 17. – ostatniego bezpiecznego – miejsca w tabeli, w mieście urządzono fetę z przejazdem odkrytym autobusem, zupełnie jakby drużyna została mistrzem Anglii.

Ale bynajmniej nie było tak, że Walker nie zostawił po sobie dziedzictwa. Był pierwszym właścicielem, który tak mocno naruszył obowiązujący ład, nakazujący przede wszystkim szkolić własnych graczy. Udowodnił, że sukces da się kupić, będąc prekursorem znacznie większych inwestycji – tych Romana Abramowicza i szejka Mansoura, które sprawiły, że Chelsea i Manchester City stały się równie poważnymi graczami, co Manchester United i Arsenal na przełomie XX i XXI wieku.

O znaczeniu pieniądza w Premier League najlepiej świadczy jednak pewna dość niepozorna sytuacja, do jakiej doszło na kilkadziesiąt minut przed pierwszym gwizdkiem ostatniej kolejki ligowej sezonu 2002/03. Przed meczem o czwarte miejsce, a więc o grę w Champions League, przemowę motywacyjną w szatni Chelsea po raz pierwszy wygłosił… klubowy księgowy, Trevor Birch.

Gdyby nie tamta wygrana, Roman Abramowicz mógłby nie skusić się na kupno klubu, który tonął wtedy w długach i desperacko potrzebował tego rodzaju wybawiciela o przepastnych kieszeniach.

Gdyby z kolei nie Igrzyska Wspólnoty Narodów, podrzędna impreza sportowa, na której rozgrywano między innymi zawody w bowlingu na trawie (!) i pozostały po nich stadion przekazany na 250 lat Manchesterowi City, mogłoby nigdy nie dojść do przejęcia City przez rodzinę królewską ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. A w efekcie – do zainwestowania nieprzyzwoitych kwot po to, by The Citizens z „Typowego City” utożsamianego z serią rozczarowań, stać się gigantem zdolnym łamać granicę stu punktów w sezonie.

„Klub” Robinsona i Clegga wypakowany jest takimi zależnościami, anegdotami o mniej lub bardziej doniosłych zdarzeniach, które ukształtowały Premier League jaką znamy dziś. Dave Hill ze Sky, gdy stacja ta na poważnie zajęła się opakowaniem ligi w piękne sreberko, stwierdził: „niech to będzie kurewsko dobre”. Jeśli chcecie poznać wszystkie etapy rozwoju Premier League i zależności wydarzeń od siebie, „Klub” to – używając słów Hilla – kurewsko dobry wybór.

SZYMON PODSTUFKA

Książkę „Klub. O tym jak angielska Premier League stała się najbardziej szaloną, najbogatszą i najbardziej destruktywną siłą w sporcie” kupicie w Empiku (TUTAJ – KLIK!)

780x440_klub-780x420

KOMENTARZE (2)