Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Odpadnięcie polskich klubów z europejskich pucharów ma bardzo jasne konsekwencje również dla nas, ludzi piszących o piłce. Co innego sprzedawać wtorki i środy kolejnymi meczami Legii Warszawa z Realem Madryt, Sportingiem Lizbona i Borussią Dortmund, a co innego obsadzać je tak jak wczoraj – gdy musieliśmy skupiać się na meczach Zvezdy, Dinama Zagrzeb i PAOK-u. Zupełnie inaczej wygląda czwartek, którego wieczór wieńczy mecz np. Lecha z Fiorentiną, a inaczej taki, gdzie najciekawszym z polskiej perspektywy spotkaniem jest mecz Świerczoka i Góralskiego w barwach Łudogorca.

To są absolutnie oczywiste sprawy, ale mają też pewne konsekwencje dla fanatyków futbolu, którzy niekoniecznie są w stanie poświęcać wolny wieczór na starcie Olympiakosu Pireus z Basaksehirerm Stambuł. Nie ukrywam – przez pewien czas sam byłem z tej frakcji, która eliminacjami do europejskich pucharów interesowała się do momentu wypadnięcia z nich ostatniej polskiej drużyny. No ale wczoraj, tak się złożyło, byłem zmuszony dość uważnie śledzić, co dzieje się na każdym z boisk, na których rozgrywała się III runda eliminacji Ligi Mistrzów.

Jeszcze raz podkreślmy: trzecia runda. Czyli nawet nie ostatnia, tutaj gra się dopiero o szansę walki o fazę grupową.

Przez lata dość przyzwoitej gry Legii w pucharach, ale też przez lata dość mozolnej pracy Lecha Poznań z młodzieżą, przyzwyczaiłem się do myśli, że to jest poziom, na którym możemy wygrać i przegrać z każdym. Patrzyłem sobie na te magiczne współczynniki, na skład, trenerów i nazwy, po czym fachowo oceniałem: to jest miejsce, w którym przynajmniej dwa polskie kluby mogą się czuć jak u siebie.

Myślałem: nie ma tu już turystów z Andory, Bośni czy innej Irlandii Północnej, których trudno było traktować w kategorii równorzędnego rywala. Żyłem cały czas myślą, że jak Lech trafia na FK Sarajewo, to przebiega się po rywalu w obu meczach i modli się, by uniknąć Bazylei. Cały czas byłem pewny, że tutaj Legia wjeżdża we wszystkie The New Saintsy i czeka na godnego siebie rywala w III i IV rundzie. Byłem pewny: faza grupowa Ligi Mistrzów to zupełnie inna bajka, inne realia finansowe i transferowe, inny sposób działania, po prostu inny świat. Tam oczywiście nie pasujemy i nawet po jakimś przypadkowym awansie, jesteśmy skazani na regularne oklepywanie.

Ale III i IV runda eliminacji? O, to jest nasz szczebel. Tu jakieś Midtjylland, tam jakieś CFR Cluj, może jakiś trochę słabszy mistrz Czech, może ktoś z Bałkanów akurat po wyprzedaży – niezależnie od tego, czy to Dinamo, Partizan, Rijeka czy Zvezda. Takie ekipy, które raczej nigdy nie rzucą rękawicy klubom z Anglii czy nawet Portugalii, ale jednocześnie są w stanie raz na jakiś czas pozytywnie zaskoczyć, czy to w Lidze Mistrzów, czy nawet po odpadnięciu z niej, w Lidze Europy.

Takich nazw umysł skatalogował kilkadziesiąt: Viitorul, FCSB i Cluj z Rumunii, Ferencvaros czy Videoton z Węgier, Partizan i Zvezda z Serbii, może nawet przy pomyślnych wiatrach Viktoria Pilzno, FC Kopenhaga i Midtjylland, może i Anderlecht, pewnie Celtic, Rosenborg, Malmoe, Molde i AIK, Można tak wymieniać dalej, po prostu chodzi o ekipy, przy których wylosowaniu myślisz sobie: „może się udać”, a nie „Boże, miej nas w swojej opiece”.

No i wczoraj takich ekip sobie trochę obejrzałem, trochę o nich poczytałem, chwilę spędziłem nawet na dogłębnym przegrzebywaniu Transfermarktu. Nie jest dobrze.

Część moich refleksji już zawarłem na gorąco W TYM MIEJSCU, ale skupmy się na ekipach z tej drogi mistrzowskiej, na której co jakiś czas stawać będzie nasz poczciwy jednooki wśród ślepców, zwany dla niepoznaki mistrzem.

Takie Dinamo Zagrzeb? Kurczę, no nie wypada nawet pytać czy nam odjechało, tylko na ile długości, by wspomnieć tutaj poznańskiego klasyka omawiającego w ten sposób rywalizację Lecha z Legią. W teorii wszystko wygląda znajomo – szefuje całej ekipie ten sam sympatyczny Nenad Bjelica, w obronie gra Emir Dilaver, w pomocy Mario Situm, gdzieś tam biega Damian Kądzior, jesteśmy u siebie. Sęk wcale nie w tym, że Dinamo ma większy komfort pracy, że dominuje w lidze, że może spokojnie ogrywać sobie młodych – sęk również w mentalności. W pewnych podstawach, których wypracowanie w Polsce będzie trwało latami. Wyobraźmy sobie bowiem, że w Lechu, Legii czy tam Piaście jakimś cudem ląduje rodzynek pokroju Daniego Olmo. Hiszpan, 21 lat, za nim doskonały turniej młodzieżowy, gdzie dotrzymywał kroku m.in. Ceballosowi czy Mayoralowi.

Przecież polski klub nie nadążyłby klikać „akceptuj” przy kolejnych ofertach. Oczywiście, nie mam pewności, że Olmo odszedłby przed III rundą eliminacji Ligi Mistrzów – moim zdaniem wyfrunąłby jeszcze przed rozpoczęciem sezonu, albo nawet tuż po ogłoszeniu powołań do kadry Hiszpanii U-21. A Dinamo? Siedzi w foteliku i komfortowo obserwuje, jak cena Olmo rośnie z każdym tygodniem. Kamil Rogólski na Twitterze napisał, że dostał propozycję kontraktu, dwa miliony euro za sezon i 50 milionów euro odstępnego.

Wiem, że dużo zależy od samych piłkarzy, że być może u nas Olmo zachowywałby się jak swego czasu Covilo w Cracovii czy inny Prijović w Legii. Ale kurczę, coś mi się wydaje, że nie zdążyłby się namyśleć nad swoją pozycją w klubie, a polscy działacze już kupowaliby mu bilety na samolot do Niemiec, Portugalii, Rosji, Anglii czy Włoch.

O, albo taka Crvena Zvezda. Liga serbska to przecież przy naszej jest prowincja, kiepściutkie stadiony, frekwencja, niewielkie zainteresowanie poza dwoma wielkimi klubami. A jednak, Zvezda, która do niedawna miała problem z połataniem wiecznych dziur w budżecie, teraz bije się z taką Kopenhagą jak równy z równym, w jedenastej serii rzutów karnych rozstrzyga losy awansu na swoją korzyść. Jak to się dzieje? Hm, warto wspomnieć o postaci Richmonda Boakye, którego Zvezda opędzlowała do Chin za 5,5 bańki, ale po sezonie odkupiła za 2,5 miliona euro. DWA I PÓŁ miliona euro. Ogółem w tym obecnym okienku też trochę poszalała, inwestując w graczy prawie dwa miliony. Miała za co robić zakupy – za dwóch sprzedanych 19-latków, Joveljicia i Terzicia, skasowała blisko sześć melonów.

We wczorajszej relacji zresztą wspominałem – czy któryś z polskich klubów byłby w stanie zakontraktować 30-letniego Niemca z 16 występami w reprezentacji naszych sąsiadów? Okej, Marko Marin to nie jest żaden Mesut Ozil, ale mimo wszystko – inne realia niż nasze szukanie po trzeciej lidze hiszpańskiej.

Oczywiście o Ajaksie czy PAOK-u to nawet nie ma sensu pisać, przecież ten mecz to było jakieś szaleństwo. Jak sobie wyobraziłem Piasta bez Sedlara, Valencii i Jodłowca w tym starciu, to zrobiło mi się słabo (a jeszcze słabiej, gdy przypomniałem sobie wynik ostatniego spotkania gliwiczan).

Jasne, nadal są tutaj ekipy, które wydają się w zasięgu, ale kurczę, nawet Karabach, jaką oni robią zmianę – za Simeona Sławczewa wchodzi Dani Quintana. Który klub Ekstraklasy może sobie na taką zmianę pozwolić?

Wszystko to było niesłychanie dołujące, zresztą od razu po meczach rozmawiałem z Damianem Smykiem, że już lepiej było odpuścić te mecze, bo można się nabawić depresji. Kiedyś mówiliśmy sobie: gdzie nam do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, przecież to inny świat. Potem: gdzie nam do fazy grupowej, przecież tam grają najlepsi z najlepszych. Dziś naprawdę się waham, czy mistrzowi Polski, ktokolwiek nim zostanie, nie jest bliżej do tych wyszydzanych mistrzów Andory czy Kosowa, niż do zespołów regularnie tłukących się w III i IV rundzie eliminacji LM.

Natomiast ktoś pod tekstem zdobył się na pocieszenie – równolegle Dudelange gra o fazę grupową Ligi Europy, jest od niej dosłownie o krok! Czyli jednak: jak odpadamy, to z najlepszymi.

KOMENTARZE (21)