Rewolucja dwóch podrażnionych architektów
Hiszpania

Rewolucja dwóch podrażnionych architektów

Sevilla przechodzi gruntowną rewolucję. W sezon 2019/20 wchodzi z nowym trenerem, dyrektorem sportowym i tabunem nowych zawodników. I nie jest powiedziane, że odniesie sukces, bowiem dwaj główni architekci nowego andaluzyjskiego projektu w minionym roku przekonali się, że nie są nietykalni, cudowni i bezbłędni, choć nie można powiedzieć też, że upadli i sięgnęli dna, a sami twierdzą, iż doświadczenie własnej porażki ma zbudować podwaliny pod nową erę całego klubu. Czy tak się stanie i duet Monchi-Lopetegui osiągnie w Andaluzji sukces?  

Tego nikt nie wie, ale żeby chociaż trochę zrozumieć istotę tej rewolucji należy poznać krótkie historie porażek dwóch wspomnianych budowniczych.

Porażka pierwszego architekta 

Luty 2019. Mężczyzna w średnim wieku o klasycznie iberyjskiej aparycji przerywa milczenie. Wygląda na zmęczonego i ma ku temu powody. W ostatnie pół roku zszargał swoje nazwisko, które momentalnie przestało konotować emocje pozytywne na rzecz pogardliwych. Pięćdziesięciodwuletni szkoleniowiec na kilka dni przed Mistrzostwami Świata związał się z Realem Madryt, co tak rozwścieczyło władze hiszpańskiej federacji, że te zwolniły go, nie bacząc na wynik kadry La Roja i powierzając reprezentację niedoświadczonemu Fernando Hierro. W konsekwencji Julen Lopetegui, bo to o nim mowa, musiał porzucić marzenie o poprowadzeniu rodzimej kadry na Mundialu na rzecz życiowej szansy w pracy w klubie ze Santiago Bernabeu.  

– Ten moment był dla mnie bardzo trudny. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Przelot samolotem z Rosji do Hiszpanii stanowił najbardziej traumatyczne pięć godzin w moim życiu. Zamknąłem się w sobie, coś więziło wszystkie moje myśli, nie byłem w stanie powiedzieć ani słowa do nikogo. Milczałem i czułem się z tym strasznie. Czułem się winny tego, w jakim stanie się znajdowałem. Ogarnął mnie jakiś niewytłumaczalny letarg – opowiadał sam zainteresowany w rozmowie z Guillemem Balague 

Marazm zagubionego umysłu przełamać mógł tylko w jeden sposób. Musiał pracować. Dużo, bo w Madrycie czekało go skomplikowane zadanie. Przejmował schedę po legendarnym Zinedinie Zidanie, który jednak wiedział, kiedy odejść. Real znajdował się w okresie przebudowy, odszedł Cristiano Ronaldo, a na jego miejsce nie trafił żaden godny następca. W konsekwencji Lopetegui nie dostał żadnych poważniejszych wzmocnień i musiał rzeźbić w tym w drużynie pozbawionej swojej największej gwiazdy.  

Zaczął beznadziejnie, bo od porażki 2:4 w Superpucharze Europy, ale z każdym kolejnym tygodniem wydawało się, że jego pomysł zaczyna funkcjonować. Królewscy grali w barceloński sposób. Dużo krótkich podań, wymienność pozycji w środku pola, wykorzystywanie umiejętności technicznych wykonawców dla kolektywnych celów. Stąd też bezgraniczne zaufanie do Isco, którego problemy zdrowotne na początku jesieni znacznie przyczyniły się do tego, że Lopeteguiemu nie wyszło, bo choć jego Real nie przegrał w pierwszych pięciu meczach La Liga, to w kolejnych pięciu wszystko się odmieniło, dopadła ich niezrozumiała niemoc i nie wygrali ani razu, a całość zwieńczył żenujący spektakl w El Clasico, zakończone wynikiem 5:1 dla Blaugrany. 

Lopetegui wyleciał. I bardzo to przeżył. Zamknął się w sobie. Wyśmiewała go cała Hiszpania, choć on miał swój pomysł na styl zespołu, jasno określił pozycję lidera na boisku, a zdaje się, że zawodnicy, co jest absolutnie kluczowe w pracy w wielkim klubie, też nie narzekali na współpracę z nim. Mimo to nie wyszło.  

– Mieliśmy dobry start, drużyna grała dobrze, ale później przydarzyły się nam trzy bardzo słabe tygodnie. W takich chwilach masz nadzieję, że dostaniesz ten czas, aby znaleźć rozwiązanie. Na przestrzeni sezonu takie sytuacje w końcu się normują. Byliśmy przekonaniu, że to w końcu minie. Ja tego czasu nie dostałem. Myślę, że to jest najlepsze wytłumaczenie na to wszystko, co się wydarzyło – tłumaczył krótko i zwięźle już w 2019 roku. Ale wtedy nikt nie spodziewał się, że szybko dostanie szansę w kolejnym klubie z aspiracjami. Raczej przypuszczano, że będzie musiał zejść z piedestału i może nawet już nigdy nie dostanie poważniejszej szansy. Sam mógł obawiać się, że przegapił swoje pięć minut. Do tego w niezrozumiały, również dla samego siebie, sposób.  

aflo_79488878-835x420

Porażka drugiego architekta

Śmiało mógł tytułować się najkreatywniejszym Demiurgiem piłkarskiego świata. Genialnym. Przewidującym. Planującym. Nieprzepłacającym. Jego pseudonim w całym piłkarskim środowisku kojarzył się z diabelską wręcz przebiegłość i umiejętnością w skutecznym konstruowaniu prawidłowo funkcjonującego zespołu.  

W czasie swojej pierwszej kadencji na stanowisku dyrektora sportowego Sevilli regularnie, okienko po okienku, sprowadzał zawodników pasujących do koncepcji kolejnych zatrudnianych przez siebie trenerów. Tak do Andaluzji trafili m.in. Ivan Rakitić, Dani Alves, Grzegorz Krychowiak, Sergio Ramos czy Jesus Navas. To on, Monchi, odpowiedzialny był za stworzenie sewilskiej maszyny Unaia Emery’ego, która w latach 2014-2016, trzykrotnie zdobywała Ligę Europy. I wtedy wszyscy go chwalili. Rozpisywali się o jego złotych środkach, podziałach, metodach. O najkreatywniejszych metod, dzięki którym sprowadza do swojego zespołu najbardziej pasujące elementy do układanki. Jego pseudonim, bo tak naprawdę nazywa się Ramón Rodríguez Verdejo, kojarzył się ze stemplem najwyższej jakości.  

Trzy lata temu znajdował się na absolutnym szczycie. Dostawał propozycje pracy w klubach w całej Europie. Chcieli go u siebie najwięksi potentaci. Od Barcelony i Arsenalu poczynając. Odmawiał, ale wiedział, że potrzebuje odmiany. W kwietniu 2017 roku tę potrzebę zmiany otoczenia wykorzystała Roma, która ogłosiła jeden z największych transferów gabinetowych dekady. Od tego czasu w ich pionie sportowym miał pracować cudotwórca. 

Po półtora roku już go w Wiecznym Mieście nie było. 

Nikt nie powiedziałby, że totalnie zawiódł, że był fatalny, że przegrał, że jest przereklamowany. Monchiego nie da się zamknąć w płaskich kategoriach. Mimo to analiza jego ruchów na rynku transferowym wypada blado. A jeśli dodamy do tego fakt, że nie udało mu się zbudować zespołu, który nawet w najmniejszym stopniu zagroziłby Juventusowi w hegemonii w Serie A, to okres pracy Hiszpana w AS Roma można uznać za porażkę. 

Za jego kadencji w klubie pojawili się: NZonziPastoreKluivertDefrelKarsdorp, Under, Peres, Pellegrini, Santon, SchickZanioloMarcanoFazio, Olsen.  

Genialnie błyskotliwy dyrektor sportowy może pochwalić się tak naprawdę tylko transferem Nicolo Zaniolo. Poza tym jego działania wypadają do bólu przeciętnie, ale Monchi nie musiał martwić się o swoją pozycję w środowisku. Co więcej, chyba sam już wtedy wiedział, z całym swoim przewidującym umysłem, jaki powinien być jego kolejny krok. 

Architekci łączą siły

19 marzec 2019. Sevilla ogłasza bardzo ważny transfer. Monchi wraca na stanowisko dyrektora sportowego. 

Kibice w euforii. 

Dwa ostatnie sezony w wykonaniu ich zespołu należałoby wpisać w kategorie przeciętności. 2017/18 – siódme miejsce w lidze. 2018/19 – szóste miejsce lidze.  

A 50-letni specjalista od budowania przywrócił nadzieję na to, że znowu może być dobrze i kolorowo. Do tego od razu zaczął działać. Zapowiedział rewolucję. Chciał budować zespół od nowa. Zaczął od zatrudnienia drugiego architekta. Padło na Julena Lopetegui, który tym samym otrzymał poważną szansę w klubie z aspiracjami. 

Panowie od początku założyli, że nie zamierzają pracować na tym samym materiale ludzkim, jaki zastali w klubie i rozpoczęła się rewolucja pełną gębą. Zaczęli od pozbycia się Quincy’ego Promesa i Luisa Muriela, którzy ewidentnie nie pasowali do nowej koncepcji, nie byli już najmłodsi, a ich gra przynosiła coraz mniej wymiernych efektów. Bardziej bolesne były za to odejścia Sarabii i Ben Yeddera, których współpraca tworzyła główny ofensywny mechanizm ekipy z Andaluzji w poprzednim sezonie. Jako duet aż pięćdziesiąt trzy razy dziurawili siatkę rywali, więc wszyscy mają świadomość, że kluczem do sukcesu nowego projektu będzie właśnie zastąpienie tej dwójki. 

Rewolucja kadrowa

Architekci określili trzy główne cele działania na rynku transferowym:  

  1. Zatrudnienie młodych i nowoczesnych stoperów
  2. Zatrudnienie agresywnych i kreatywnych środkowych pomocników
  3. Zatrudnienie skutecznych snajperów

W konsekwencji do Sevilli sprowadzono jedenastu zawodników za łączną kwotę 124 milionów. Do pierwszej grupy należy zaliczyć Julesa Kounde i Diego Carlosa. Francuz w minionym sezonie rozegrał trzydzieści siedem spotkań w Ligue 1 i choć zdarzały mu się katastrofalne błędy, to należy zrzucić to na karb wieku. Utalentowany stoper ma bowiem raptem dwadzieścia lat, a już w tej chwili śmiało można powiedzieć, że za kilka lat ma szansę zostać czołowym wyrobnikiem na swojej pozycji. Ale mimo że kosztował Monchiego rekordowe 25 milionów, to wcale nie on ma zostać liderem formacji defensywnej na długie lata. Tą rolę pełnić ma Diego Carlos. Niesamowicie utalentowany, nowoczesny środkowy obrońca, którego wielkim atutem jest umiejętność łączenia ofensywnych talentów z pełnym skoncentrowaniem na defensywie.  

Ich wkomponowanie w zespół będzie niezwykle istotne dla skuteczności sytemu Lopeteguiego, który od piłkarzy na tej pozycji wymaga zarówno zdyscyplinowania taktycznego, jak i spore pokładów kreatywności. Stoperzy są u niego pierwszymi rozgrywającymi, przy wznowieniach od bramki muszą głęboko wchodzić w swoje pole karne, pokazywać się golkiperowi do gry, prowokować zespół przeciwny do zbyt wysokiego pressingu i tym samym zostawiać miejsce dla środkowych pomocników. 

A w centralnej części boiska Lopetegui chciał dostać zawodników łączących talenty destrukcyjne z kreacyjnymi. Kogoś, zachowując wszelkie proporcje, między Casemiro a Isco. Otrzymał Fernando z Galatasaray, Joana Jordana z Eibaru, Olivera Torresa z Porto i Nemanję Gudelja z GZ Evergrande. Pierwszy to doświadczony rzemieślnik środka pola, który świetnie radził sobie w Portugalii, gorzej, ale nie tragicznie w Anglii i nieźle w Turcji. Brazylijczyk nie jest wirtuozem, nie czaruje, nie błyszczy, ale też nie można mu odmówić zdolności w konstruowaniu akcji. Nie traci piłek, nie jest chaotyczny, potrafi podać nieszablonowo. I broni, zresztą podobnie jak Jordan, który imponuje wszechstronnością i stanowi bardzo przyzwoity pomost między linią defensywy i ofensywy. To dwójka przewidywana do regularnej gry na pozycjach 6 i 8, ale tylko trochę gorsi od nich są będący ulubieńcem dzisiejszego trenera Sevilli za czasów ich współpracy w Porto, Torres i zdolny technicznie Gudelj.  

Każde z nich przyćmiewać będzie Ever Banega, weteran hiszpańskich boisk i mózg zespołu z Sevilli, na którego barkach leżeć będzie powodzenie boiskowej rewolucji, a także skutecznie obsługiwanie nowych skrzydłowych i napastników. Do tej pierwszej kategorii zalicza się niegdyś zapowiadający się na dryblera pierwszej klasy, Lucas Ocampos, którego zdolność do regularnego punktowania w klasyfikacjach kanadyjskich ma przynosić Sevilli regularne korzyści. Takie same liczbowe nadzieje Monchi wiąże z zatrudnieniem Munasa Dabbura (ubiegłoroczne trzydzieści siedem trafień w barwach Red Bull Salzburg) i Luuka de Jonga (ubiegłoroczne trzydzieści dwa trafienia w barwach PSV Eindhoven). Obaj już nie są młodzi, wchodzą w swój primie i szansa w lidze hiszpańskiej stanowi dla nich bardzo istotny punkt w karierach. 

Monchi

Plany dwóch podrażnionych architektów

W Sevilli rodzi się coś nowego. Monchi początkowo oczekiwał, że jego nowy zespół będzie grał w wyjściowym systemie 1-4-3-3, ale im bliżej było do początku sezonu, tym częściej Julen Lopetegui testował ustawienia z czterema obrońcami, pięcioma pomocnikami i jednym napastnikiem. Bo chciał dominować. Przytłaczać rywala już w środku pola. Przetrzymywać piłkę. Przyspieszać grę. Atakować totalnie. Szkoła Cryuffa, na którym Hiszpan się wzoruje. Implementacja tego stylu wychodziła w Porto, wychodziła w reprezentacji La Roja, nie wyszła w Realu, ale to szkoleniowego architekta andaluzyjskiego projektu nie zaraża. Sevilla będzie grała według jego myśli. Właśnie po to, żeby tak było, otrzymał od drugiego architekta wszystkich zawodników, których chciał.  

– Ten projekt zapowiada się fascynująco. Dostałem wsparcie, jasną wizję klubu i zamierzam zrealizować wszystkie swoje nowe pomysły – zadeklarował nieco enigmatycznie nowy szkoleniowiec. 

I tak być może. Sevilla ma wrócić do pierwszej czwórki najlepszych zespołów w lidze, a wobec przetasowań w Atletico i Realu, może nawet liczyć na niespodziankę i coś więcej. Ale to sfera marzeń, bo w tej chwili mamy do czynienia tylko z rewolucją dwóch podrażnionych porażkami przeszłości architektów.

fot. newspix.pl

KOMENTARZE (7)