Liverpool zamknął „Kanarki” w klatce
Weszło

Liverpool zamknął „Kanarki” w klatce

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Iksiński ze swojego małego miasta, w którym był królem imprez. Na wejście ochroniarze robili mu szpaler, gość wjeżdżał jak do siebie. Nagle ten sam Iksiński trafia do Nowego Jorku. Idzie do prestiżowego klubu, natomiast nie zmienia nawyków, ubrań, zachowania. W efekcie bramkarz wywala tego kolesia już na wejściu. Nie chcemy wyrokować przed startem sezonu – początki bywają trudne – ale na takiego jegomościa wygląda nam Norwich. Liverpool ich raczej nie zweryfikuje, natomiast prawda jest taka, że beniaminek był dziś naprawdę słaby. Szczególnie w obronie. 

Wystarczy powiedzieć, że „Kanarki” na transfery wydały zaledwie cztery miliony z hakiem. W tym trzy zapłaciły za samo wypożyczenie Ralfa Fahrmanna z Schalke. W erze, gdy Aston Villa wywala około 150 milionów lub Sheffield około 50 na wzmocnienia, wstrzemięźliwość mistrza Championship zasługuje na uznanie. Ważną rzeczą jest utrzymanie Teemu Pukkiego, króla strzelców zaplecza Premier League, oraz dwójki kapitalnych, młodych bocznych obrońców – Maxa Aaronsa (lat 19) i Jamala Lewisa (lat 21).

Ale czy ta kadra zapewni utrzymanie Norwich na najwyższym szczeblu? Czarno to widzimy.

Liverpool od razu zauważył ich największe mankamenty, po 29. minutach prowadził 3:0, a powinien zdobyć nawet więcej bramek. Najpierw Divock Origi zakręcił wspomnianym Aaronsem, podał piłkę w pole bramkowe, gdzie wyjątkowo nieudanym i pewnie poniekąd pechowym kiksem popisał się Grant Hanley. W dziewiętnastej minucie Firmino w szesnastce dziubnął futbolówkę do Mohameda Salaha, ten przyjął i jak w bilardzie skierował do przeciwległej łuzy. Potem można było wyskoczyć po hot-doga, a chwilę później zakrztusić się musztardą, gdy beniaminek bronił przy rzucie rożnym Mo Salaha. Piłka przeszyła pole karne, trafiła na głowę Virgila Van Dijka. 3:0.

Po przeczytaniu powyższego akapitu możecie uznać, że zawodnicy Daniela Farke są kompletnymi gamoniami. I faktycznie, byli, ale tylko ci z defensywy i środka pola. Przód do pewnego momentu funkcjonował całkiem solidnie, kilka razy urwał się Pukki, goście oddali nawet jeden groźny strzał. Natomiast w obronie zamiast Hanleya mógłby wyjść Nikola Vujadinović (co, tęskniliście?) i byłaby to zmiana jeden do jednego. DRAMAT. I to, niestety, w kilku aktach. Kolejny został zaprezentowany przed przerwą. Trent Alexander-Arnold wrzucił idealnie na główkę Origiego, a chwilę później Belg dopisał swoje nazwisko na listę strzelców.

W drugiej połowie działo się naturalnie mniej. Liverpool rozpoczynał zabawy z bezbronnymi „Kanarkami”. Piętki, dryblingi, cuda na kiju. Raz Henderson był bardzo bliski zdobycia bramki, Firmino nawet powinien do asysty dorzucić trafienie. Z rzutu wolnego w końcówce huknął Alexander-Arnold. Gola – brak. W międzyczasie Teemu Pukki wykorzystał bierność defensywy z Anfield i ze stoickim spokojem pokonał Adriana.

Zdecydowanie negatywną informacją dla sympatyków „The Reds” jest kontuzja Alissona Beckera. W 39. minucie opuścił boisko, oparty jedną ręką na lekarzu Liverpoolu. W efekcie w barwach drużyny z Anfield Road zadebiutował Adrian, sprowadzony w trybie awaryjnym za odchodzącego do Bruggi Simona Mignolet. I to jest w zasadzie jedyne zmartwienie dla Kloppa po inauguracji Premier League. A Norwich? No cóż, to było do przewidzenia, ale przed nimi cholernie trudny sezon w elicie.

Liverpool – Norwich City 4:1 (4:0)

7’ Grant Hanley sam. 1:0

19’ Mohamed Salah 2:0

29’ Virgil Van Dijk 3:0

42’ Divock Origi 4:0

64’ Teemu Pukki 4:1

 fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (4)