Co za noc! Hurkacz i Świątek pokonali gwiazdy tenisa
Inne sporty

Co za noc! Hurkacz i Świątek pokonali gwiazdy tenisa

Na spotkania Polaków w Rogers Cup trzeba było tej nocy nieco poczekać. Dość powiedzieć, że Hubert Hurkacz swój mecz zaczynał już po północy naszego czasu, a Iga Świątek niemal trzy godziny później. Ale czekanie się opłaciło, bo oboje rozegrali znakomite mecze, dopisując na swym koncie niezwykle cenne zwycięstwa. Hubert nad Stefanosem Tsitsipasem, a Iga nad Caroline Woźniacki. Podsumowując to krótko: w ubiegłą noc polski tenis miał tę moc!

Kiedy pod koniec ubiegłego roku swoje przejście na emeryturę ogłaszała Agnieszka Radwańska za nic nie spodziewaliśmy się, że jeszcze w tym sezonie będziemy świadkami takich wyczynów naszych reprezentantów. Jasne, to zaledwie druga runda kanadyjskich turniejów, ale klasa osób stojących po przeciwnej stronie siatki, każe się tymi zwycięstwami cholernie cieszyć. Bo Stefanos Tsitsipas to aktualnie piąty tenisista świata, który w swej karierze potrafił wygrać już z każdym z zawodników z Wielkiej Trójki – Federerem, Nadalem i Djokoviciem. A Caroline Woźniacki, ograna przez Igę Świątek? Jej nie trzeba nikomu przedstawiać. Choć w tej chwili w rankingu jest dopiero 18., to w swej karierze już mu liderowała, jest też mistrzynią wielkoszlemową (Australian Open 2018) i po prostu znakomitą tenisistką, jedną z najlepszych w swoim fachu.

Hurkacz miał grać wcześniej, ale w Montrealu kilkukrotnie zaczynał padać deszcz. Więc jego mecz przesuwano w czasie i… w korcie – ostatecznie wylądował na „dziewiątce”, trzecim co do ważności obiekcie imprezy. To o tyle istotne, że nie ma na nim systemu Hawk-Eye, na co obaj tenisiści narzekali (zresztą nie dziwimy im się). Szczególnie robił to jednak Tsitsipas, który w trakcie całego spotkania prowadził swoje prywatne show – rzucał rakietą, dyskutował z arbitrami, krzywił się, nie uznawał decyzji sędziów, rozmawiał ze swoim boksem… Przypominał trochę niezłego aktora dramatycznego, dla którego kort to scena, a ludzie na nim to inni aktorzy.

Kto nic nie robił sobie z jego przedstawienia? Stojący po drugiej stronie siatki Hubert Hurkacz. To jest chyba ta cecha, którą w Polaku podziwiamy najbardziej – co by się nie działo, on zawsze skupia się na sobie i trzyma własnego stylu gry. Jest spokojny, opanowany, wręcz grzeczny (a na tle Tsitsipasa te cechy było widać jeszcze bardziej). I jasne, niektórzy mogą narzekać, że brakuje mu „zadziora”, ale gwarantujemy, że on tam jest, po prostu Hubert nie musi go z siebie wyrzucać, jak niektórzy rywale. Wystarczy, że potrafi z niego czerpać i wygrywać.

Bo, jak już wiecie, wygrał i w nocy. Poziom swojej gry w trzysetowym spotkaniu obniżył jedynie w partii numer dwa. Wtedy Grek dość łatwo z nim wygrał. W pozostałych setach Polak grał znakomicie. Trzymał swoje podanie, wywierał presję na Tsitsipasie, nie bał się wchodzić w długie wymiany, zresztą sporo takich wygrywał, nawet wtedy, gdy rywal spychał go do głębokiej defensywy. Miał też trochę szczęścia, choćby na początku trzeciego seta, gdy Stefanos nie wykorzystał kilku break pointów. Ale szczęście, jak wiadomo, sprzyja lepszym. A Hurkacz w tym meczu był lepszy.

Właściwie Hubert robił dokładnie to, co w poprzednich trzech starciach ze Stefanosem, tylko lepiej i skuteczniej (trzeba tu dodać, że Grek narzekał w trakcie poprzedniego turnieju na problemy zdrowotne, co mogło mieć na ten wynik pewien wpływ). Gołym okiem dało się zaobserwować, jakie postępy zrobił w ostatnich miesiącach. Ich efekt też był doskonale widoczny – w czwartym meczu tej dwójki po raz pierwszy triumfował Polak, który w trzeciej rundzie turnieju zmierzy się z Gaelem Monfilsem. Szanse na zwycięstwo oczywiście ma – powiedzielibyśmy nawet, że spore. Jeśli wygra i wejdzie do ćwierćfinału, to na pewno zrobi też życiówkę w rankingu ATP. I tego mu życzymy.

Po zwycięstwie Huberta zastanawialiśmy się nad jednym – czy Iga Świątek to widziała i czy stać ją, by jeszcze podbić stawkę, utrzymując nas na nogach do świtu? Na odpowiedź musieliśmy poczekać mniej więcej godzinę. Dopiero wtedy bowiem Polka wyszła na kort i rozpoczęła swój mecz z Caroline Woźniacki. I zaczęło się… bardzo źle. No dobra, może trochę przesadzamy, bo Iga grała nieźle. Sęk w tym, że nie było tego widać na tablicy wyników. Tam przewaga Dunki stale się powiększała, aż w końcu zrobiło się 6:1 i pierwszą partię zapisaliśmy na konto byłej liderki rankingu.

Przyznamy, że mieliśmy w tym momencie nieprzyjemne retrospekcje z poprzednich meczów Igi z tak renomowanymi rywalkami. Bo z mistrzyniami wielkoszlemowymi grała w tym sezonie trzykrotnie i zawsze wysoko przegrywała. Simona Halep ograła ją na Roland Garros, Jelena Ostapenko w Birmingham, a Samantha Stosur w Eastbourne. Łącznie oddały jej zaledwie sześć gemów(!), a Woźniacki zdawała się podążać za tym trendem. Tyle tylko, że tym razem Iga na to nie pozwoliła.

W drugiej partii Polka znacząco poprawiła swoją grę, zwłaszcza serwis. Była w tym elemencie bardziej regularna i lepiej wybierała kierunki. Zmieniła też nieco sposób konstruowania akcji – nie starała się kończyć wymian za wszelką cenę, co w pierwszym secie często kończyło się błędami, a w zamian postawiła na cierpliwość. Tym samym przyjęła nieco warunki rywalki, ale to się opłaciło – Caroline, która musiała biegać od jednego narożnika do drugiego, zaczęła się mylić. Efekt był taki, że Świątek przełamała ją, a potem – mimo problemów – utrzymała serwis. Trzy razy z rzędu. To dało jej seta.

Trzecią partię rozpoczęła… najgorzej, jak tylko się dało, od stanu 0:3. Dopiero wtedy wygrała gema, a po nim kolejnego, odrabiając stratę przełamania. Potem raz jeszcze zyskała breaka, wyszła na 5:4 i miała piłki meczowe. Zmarnowała pierwszą, wyrzucając backhand. W drugiej trafiła w siatkę. Szczęśliwa okazała się trzecia – to ona dała Idze jedno z najcenniejszych zwycięstw w karierze, pokazujące, że Polka świetnie się rozwija – również pod względem psychicznym, bo całkiem możliwe, że jeszcze kilka miesięcy temu po takim pierwszym secie, szybko oddałaby całe spotkanie.

Teraz przed Świątek jeszcze większe wyzwanie. W trzeciej rundzie zmierzy się z Naomi Osaką, dwukrotną mistrzynią wielkoszlemową i zawodniczką, która walczy o to, by wrócić na pierwsze miejsce światowego rankingu. Litości dla polskich kibiców nie mieli, niestety, organizatorzy. Iga swój mecz znów zacznie w okolicach 3 w nocy (albo i później, jeśli przeciągnie się starcie Sereny Williams i Jekatieriny Aleksandrowej), a Hubert Hurkacz do niej dołączy – jego mecz również jest zaplanowany jako ostatni w kolejce i można zakładać, że rozpocznie się o podobnej porze.

Ale po takich występach tej dwójki ubiegłej nocy po prostu nie wypada nie obejrzeć ich w kolejnej rundzie.

Wyniki:

Hubert Hurkacz – Stefanos Tsitsipas 6:4 3:6 6:3

Iga Świątek – Caroline Woźniacki 1:6 6:3 6:4

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)