Niezmienna recepta na poprawę frekwencji: grać z werwą
Weszło

Niezmienna recepta na poprawę frekwencji: grać z werwą

Jak podaje wielkopolska Gazeta Wyborcza, mecz Lecha Poznań ze Śląskiem Wrocław może na żywo obejrzeć z trybun przeszło 30 tysięcy widzów. Bilety po wyjazdowym zwycięstwie nad ŁKS-em idą jak rogale świętomarcińskie na początku listopada, a pół Polski patrzy na Poznań z zazdrością, próbując zapełnić swoje kameralne stadiony. 

Przyjmijmy wyliczenia szacującego na łamach Wyborczej rzecznika Lecha, Macieja Henszela. Spotkanie ze Śląskiem faktycznie gromadzi na stadionie ponad 30 tysięcy osób. Tyle wystarczy, by:

– zaliczyć bezwzględny rekord frekwencji w tym sezonie
– zebrać na pojedynczym meczu niemal tyle samo ludzi, co na dwóch najchętniej oglądanych meczach w tym sezonie jednocześnie (17 tysięcy: Górnik – Zagłębie, 16 tysięcy: Lech – Wisła Płock)
– osiągnąć na pojedynczym meczu połowę frekwencji z wszystkich ośmiu stadionów pierwszej kolejki (otwarcie sezonu na stadionach obejrzało niespełna 62 tysiące widzów)
– wyrównać ŁĄCZNĄ frekwencję na pięciu meczach mistrza Polski w tym sezonie (zsumowana liczba widzów na pięciu domowych spotkaniach Piasta to niecałe 31 tysięcy widzów)

Można oczywiście tak wymieniać dalej, ale lepiej skupić się na próbie odpowiedzi na pytanie: co się właściwie stało, że narzekający na mizerną sprzedaż karnetów Lech, który w ubiegłym sezonie przechodził przez potężny kryzys frekwencyjny, teraz kasuje całą konkurencję i to pomimo trwania sezonu urlopowego?

Najprościej byłoby odpowiedzieć: proszę sobie wejść na 90minut.pl, otworzyć tabelę, sprawdzić, na którym miejscu jest Lech Poznań i przestać zawracać gitarę. Mamy jednak wrażenie, że sprowadzenie sukcesu frekwencyjnego do miejsca w tabeli nie do końca się sprawdza, czego dowody widzieliśmy choćby w ubiegłym sezonie na meczach Legii Warszawa czy Lechii Gdańsk. Trudno nie odnieść wrażenia, że na Lechu odpuszcza raczej totalne zniechęcenie wielopoziomowym kryzysem, którego kulminacją był transparent: mamy, kurwa, dość.

Kryzys był wielopoziomowy, bo nie dotyczył wyłącznie wyników w tabeli. Lech tracił tożsamość klubu odważnie stawiającego na wychowanków, zakopywał się coraz głębiej w Radutach i Vujadinoviciach, męczył bułę swoją grą, nawet gdy wygrywał – robił to totalnie bezpłciowo, bez stylu, bez werwy, bez iskry. Brutalnie rozjeżdżały się oczekiwania i zapowiedzi ze strony piłkarzy, sztabu i działaczy oraz smutna rzeczywistość na murawie. Nazwaliśmy kiedyś stadion przy Bułgarskiej Zakładem Utylizacji Marzeń i niestety, tak to wyglądało. Rozbudzanie apetytów, wielkie plany, szczytne idee, a potem te same zgrane i obojętne twarze. Nic dziwnego, że na 40-tysięczniku coraz częściej liczba widzów składała się z czterech cyfr.

Początkowo nie dowierzaliśmy w powodzenie poznańskiej rewolucji, że uda się bez utraty jakości wymienić pół składu przy dość spokojnych transferach. Nie do końca przekonywała nas szansa dla Żurawia, która wydawała nam się powtórką z lekcji Ivana Djurdjevicia. W sumie nadal nie mamy pewności, czy ten sezon dla Lecha będzie udany, czy faktycznie uda się na stałe odzyskać zaufanie kibiców.

Już teraz jednak widać trzy czynniki, które naszym zdaniem są kluczowe przy powrocie kibiców na Bułgarską.

Po pierwsze – wyniki. Od tego się nie odejdzie, dwa zwycięstwa w trzech meczach i parę szans, by nawet z Gliwic wywieźć komplet, to doskonały początek, zwłaszcza, gdy popatrzy się na start w wykonaniu bezpośrednich rywali w walce o najwyższe cele, Legii Warszawa czy Lechii Gdańsk.

Ale te wyniki poparte są głębokim powrotem do korzeni – dołączeniem do Gumnego nie tylko Jóźwiaka, ale też Puchacza, Klupsia, Marchwińskiego czy Tomczyka. Oczywiście, jeśli poznaniakom powinie się noga za moment to, co jest dziś ich zaletą („wreszcie grają nasi chłopcy!”) stanie się wadą („znów zarząd poskąpił na transfery!”). Na ten moment jednak lechitom zdecydowanie łatwiej utożsamiać się z własnymi zawodnikami niż jeszcze pół roku temu. Tak szerokiego wejścia młodzieży nie było zresztą w Poznaniu od dawna, sześciu wychowanków w meczu z ŁKS-em to najlepszy wynik od ostatniego meczu sezonu 2015/16, gdy w meczu bez stawki na murawie pojawili się Gumny, Kamiński, Jóźwiak, Linetty, Kownacki i Kurbiel.

To był jednak pojedynczy wybryk, a tutaj wcale nie jesteśmy pewni, czy cała szóstka nie będzie regularnie łapała występów, wcale niekoniecznie w postaci kilku minut w końcówce.

No i trzecia kwestia – nie tylko wyniki, ale gra. Jevtić w wysokiej formie, Tiba nakręcający akcję, szybka, dynamiczna gra, zero ślizgania się. Pamiętamy przecież początek ubiegłego sezonu, gdy Lech wcale źle nie punktował. Grał jednak… Cóż, zdecydowanie słabiej niż dziś. Mamy wątpliwości, czy sprzedaż biletów na Śląsk wypadałaby o wiele gorzej, gdyby ŁKS jednak wcisnął na 2:2 w końcówce, albo nawet wygrał z Lechem. Poznaniacy doceniają nie tylko miejsce w tabeli, ale ogólny klimat wokół drużyny.

Czyli co? Wystarczy grać szybko, ładnie, swoimi chłopakami, a stadion się zapełnia?

W sumie tak, drugim klubem, który zalicza podobny start jest przecież ŁKS, wyprzedający trybunę w 30 minut od rozpoczęcia sprzedaży, a trzecim przykładem na potwierdzenie tezy – szalone wyniki frekwencyjne Górnika sprzed dwóch lat.

Teraz „tylko” tego nie zmarnować. Wyzwanie większe niż zdobycie mistrzostwa Polski: odzyskanie i utrzymanie zaufania kibiców.

KOMENTARZE (23)