Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Największe zagadki ludzkości. Co się dzieje z duszą po śmierci. Jaki jest sens życia. Czy panierka KFC naprawdę jest dobra czy wmówiono nam, że jest dobra. Dziś do tych zagadek, nad którymi łamać sobie głowy będą kolejne pokolenia, dołącza mecz Legii z Atromitosem, a konkretnie to jak Legia tego nie zdołała wygrać.

Na wstępie muszę poczynić pewne istotne ustalenie. Wiem, że Atromitos oddał dzisiaj jeden paralityczny strzał, że Żewłakow słusznie o jednej z akcji Velliosa powiedział „nawet Vellios nie wiedział co chciał zrobić”, że Madson przypominał Ediego Andradinę bez talentu, że Grecy przekroczyli linię środkową w sposób zdecydowany tylko raz – zmieniając stronę w drugiej połowie. Ale jestem przeciwny zrównywaniu ich poziomem z reprezentacją piłkarską linii kolejowej Sieradz – Pabianice, pociągu porannego, tego co wyjeżdża przed szóstą. W poprzedniej rundzie Grecy wyeliminowali DAC Dunajska Streda, które z kolei rundę wcześniej wyeliminowało Cracovię i pamiętam niektóre głosy, że Legia, która wtedy męczyła niesłychanie bułę z amatorami z Gibraltaru, to z DAC oberwałaby bez większych kłopotów.

Nie zamierzam też tego wyniku w historii polskiej piłki stawiać tuż obok pokonania Argentyny na mundialu w 1974 i 3:0 z Belgią w 1982, bo nie zamierzam się ekscytować 0:0 w trzeciej rundzie eliminacji, jeszcze nawet nie play-offem o Ligę Europy, nie mówiąc o jakichś fazach, które faktycznie byłyby godne zapamiętania. Nie zamierzam dla równowagi zapominać, że Legia z zespołem, który już jednak kogoś w tych pucharach przeszedł – i to kogoś, kogo niedawno stawialiśmy za rzetelny zespół – przeważała w sposób zdecydowany i bezdyskusyjny. To jest godne odnotowania. Nie wspominanie o tym, że Legia nie dała Atromitosowi ani przez chwilę pograć, byłoby jednak grubszym fałszem.

Ale moja prawda futbolu  o meczu Legia – Atromitos jest taka, że Legia zagrała o wiele od Atromitosu lepiej, ale to Atromitos ma taki wynik, jaki mieć chciał. Może trener z Grecji coś tam planował, jakieś marzyły mu się kontry, jakieś przebijania się skrzydłami – zapewne owszem. Ale gdy po kwadransie okazało się, że na to szanse są takie jak Sławomir Świerzyński z „Bayer Full” na literackiego Nobla, to w sumie 0:0 nie było takim złym rezultatem. I ten zupełnie niezły z ich punktu widzenia rezultat został dowieziony. Oni wiedzą jaki jest futbol, wiedzą, że po takim meczu powinni wyjechać z bagażem.

I wyjechałaby, gdyby Legia miała dzisiaj na boisku napastnika przez większość meczu, tak nie miał kto wbić gwoździa. Kulenović może i ma talent, ale może też ma przede wszystkim niezły PESEL i podpierające ten PESEL CV, ze szczególnym uwzględnieniem narodowości, a także mistrzowskim wpisem Juve do papierów, co musi robić potężne wrażenie na kontrahentach. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że ten chłopak pięknie się rozwinie, ma ku temu warunki, ale w tym sezonie jak na razie konsekwentnie potwierdza, że nie ma warunków, aby już teraz brać odpowiedzialność za strzelanie bramek w poważnym zespole, bo do takiego miana aspiruje Legia.

Uważam, że w pierwszej połowie, gdy Luquinhas zagrał piłkę po ziemi przez pole karne, było to doskonałe zagranie dla każdej dziewiątki. Zwróćcie uwagę jak rzadko zdarzają się takie zagrania: obrońców było sporo, a jednak przeszła, bramkarz też jej nie chwycił. Kulenović był jednak nie tam gdzie trzeba, podobnie z otwierającym zagraniem Antolicia, gdzie dobra dziewiątka miałaby czystą sytuację na środku pola karnego. O okazji, po której został zmieniony, a wykreowanej znowu przez Luquinhasa, gadać wiele nie trzeba – potwierdził, że nie tylko ustawianie się jest jego problemem. Może ma chłop warunki fizycznie i coś tam jeszcze, ale na ten moment tak zwanego „elementu Krzysztofa Piątka” widać w nim element śladowy. Z takim Nikoliciem dzisiaj 2:0 byłoby jak w banku.

Nie twierdzę, że to 0:0 jest jakąś tragedią, ale też jak powiedział kiedyś Kowal o Zbigniewie Mandziejewiczu: OK, ale na pewno nie tak, żeby go wozić po świecie i pokazywać. 0:0 u siebie wciąż daje przewagę Legii, teraz wystarczy każdy bramkowy remis, nie będę wam streszczał elementarza. Obawiam się jednak tego, co poniekąd wywróżyłem w przypadku Lechii, która też z Brondby miała dobre pierwsze spotkanie, a potem było po polsku. Co w tym wypadku byłoby arcypolskim scenariuszem?

Te koszmarne warunki, jakaś apokaliptyczna patelnia w Grecji, legioniści ruszają się jak muchy w smole, albo jak kiedyś Jagiellonia na Omonii.

Przecież niemożliwe jest, żeby ci Grecy byli aż tak beznadziejni, nie zakładam ani przez chwilę, że w następnym meczu też nie zrobią nic.

Leszek Milewski

Napisz do autora

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (19)