Polska piłka według Patryka Vegi. Odcinek drugi
Weszło

Polska piłka według Patryka Vegi. Odcinek drugi

Ujęcie z drona. Zawsze musi być ujęcie z drona, więc miejmy to za sobą na początku. Malutkie ludziki poruszające się karnie po schludnym, zielonkawym prostokącie, w tle panorama Warszawy (zawsze musi być panorama Warszawy, więc to też załatwmy na starcie). Spokojną muzykę przerywa krzyk.

– Nie potrafisz najprostszego polecenia zrozumieć? Starzy nie nauczyli cię w domu polskiego?

Zbliżenie na twarz trzydziestoletniego człowieka w dresie z trzema paskami, światło pada idealnie na jego wykrzywiane przez coraz to bardziej wymyślne wulgaryzmy usta. Kamera przechodzi powoli na boisko, gromada przerażonych 15-latków spogląda na swojego mentora i stara się zrozumieć jego filozofię futbolu.

– Wystarczy, dzisiaj już nie mogę na was patrzeć, trening jutro o 21.45, wcześniej seniorzy mają rozbieganie. I pamiętajcie, to jest Legion, kurwa, Legion Warszawa, albo będziecie biegać, albo was wszystkich wypierdolę.

Końcowe słowa brzmią już nieco delikatniej, niemal troskliwie. Trener Woliniewski powoli zmierza w stronę budynku klubowego, kamera sunąca za jego plecami demaskuje problemy zdrowotne – łysiejący szkoleniowiec ewidentnie kuśtyka na prawą nogę. Z grupki wpatrzonych w swoje smartfony rodziców wybiega schludnie ubrany czterdziestolatek, kraciasta marynarka, kraciaste spodnie, okulary, które przypominają trochę Johna Lennona, a trochę mecenasa Stefana Hamburę.

– Panie trenerze, pan to umie przemówić do młodzieży, tych małych bandytów rozpieszcza się wszędzie, w szkole wchodzą tym biednym nauczycielkom na głowę, a na zajęciach z angielskiego od dwóch tygodni oglądają Pulp Fiction.
– No.
– Ale ja nie o tym, chciałem zapytać o Wojtusia, dzisiaj widziałem, że doszło do drobnej scysji w końcowej części treningu.

Zbliżenie na oczy trenera Woliniewskiego, które zdradzają, że tuż za nimi kotłuje się prawdziwy huragan myśli. Być może Woliniewski przeszukuje najdalsze zakątki swojego mózgu w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, czym jest scysja. Być może stara się przypomnieć sobie, czy ten stary wymuskany dżentelmen jest ojcem młodego adepta futbolu, którego przed momentem dopytywał o jego znajomość języka polskiego. A być może Woliniewski po prostu liczy już pieniądze.

– No.
– Mam nadzieję, że ta scysja nie zaważy na karierze mojego Wojtka. Wiele sobie obiecujemy po sobotnim starciu z Odrą, zaprosiłem paru znajomych ze środowiska piłkarskiego, ma być jego menedżer, skaut z dolnośląskiego, trener wojewódzkiej U-17.
– Znasz ceny.

Kamera cały czas obejmuje wyłącznie twarze obu dżentelmenów, ale charakterystyczny szelest banknotów nie pozostawia widzom pola do interpretacji. Woliniewski uśmiecha się w sposób zarezerwowany dla pracowników Providenta, sprzedawców dopalaczy oraz 45-letnich kobiet o imieniu Anastazja, które dopytują troskliwie klientów, czy 18-letnia Tanja nie będzie za stara.

***

Gabinet prezesa Felkiewicza nie różnił się od tysięcy innych gabinetów szczelnie wypełnionych solą polskiej piłki: działaczami. Na biurku wezwania do opłaty zaległych faktur, w szafkach litry alkoholi we wszystkich kolorach tęczy, na kanapie koc z herbem klubu i plamami po wszystkich płynach, jakie potrafi wyprodukować ludzkie ciało. Na półkach liczne trofea, niektóre naprawdę kreatywne. „Za siódme miejsce w turnieju Bemowa”, „za udział w Pucharze Sawy dla rocznika 1965, Warszawa, 1972”.

– Za mistrzostwo Warszawy, za mistrzostwo Mazowsza. Za prawidłowe wytarcie dupy.

Mruczy Felkiewicz, lustrując wzrokiem kolejne statuetki.

– Widzisz, Gadziszewski? Ten klub słynie ze szkolenia młodzieży. Od lat naszą dumą, naszą chlubą i jebanym powołaniem jest prowadzenie warszawskiej dzieciarni od futbolowych analfabetów z podwórka do futbolowych analfabetów, zarabiających miliony złotych na koszt takich naiwniaków jak ja.

Na Gadziszewskim podobne przemowy przestały robić wrażenie mniej więcej w tym samym okresie, gdy w jego życiu pojawił się alkohol.

– Jeśli się przyłożymy do ich piłkarskiej edukacji, jeśli uwolnimy tkwiący w nich potencjał, nie tylko dołożymy kolejne trofea do tej pięknej kolekcji.

Kamera wykonuje zbliżenie na puchar za jedenaste miejsce w Pucharze Proboszcza Rzakty.

– Ale też zarobimy miliony złotych na pogananiu tych pajaców do zachodnich klubów. Dlatego, mój drogi Gadziliszku, od teraz pracujesz w naszym zespole U-15.

Ujęcie na Gadziszewskiego. Choć jego usta nawet nie drżą, wprawne oko bez trudu dopisze sobie odpowiednie słowa do miny – wśród nich będą królować te komentujące w niewybredny sposób stan zdrowia psychicznego pana prezesa.

– Panie prezesie, rozumiem, że wypowiadanie posłuszeństwa niespecjalnie zwiększy moje szansę na otrzymanie zaległych wypłat i spłacenie moich najbardziej… niecierpliwych wierzycieli. Ale mam niańczyć szczenięta? W juniorach młodszych?
– A co ty, kurwa, w kiciu od PRL-u siedziałeś? Jurorzy to są w „Mam Talent”, młoda siła tego klubu to jest team ander fiftin i tak masz mówić w mediach.

Gadziszewski przełyka ślinę, a wraz z nią wiązankę wulgaryzmów, w których jako podmiot znajduje się przede wszystkim matka prezesa Felkiewicza. Przypomina sobie, że od samopoczucia tej matki zależy jego własna pozycja finansowa, a od jego własnej pozycji finansowej zależy… Naprawdę dużo zależy.

– Mamy dwie kolejki do końca, powinienem, jak to się ładnie mówi, sfokusować swoją atencję na nadchodzącym wyzwaniu. Nie chcę uczestniczyć w tej szopce.
– Gadziszewski, czy ja cię pytam o twoją prywatną piramidę Maslowa? Woliniewski nie dźwiga tego tematu, musisz mu pomóc, nikt inny się do tego nie nadaje: jesteś chłopakiem dokładnie takim, jak ta rozwydrzona bydlęca horda nazywana dla niepoznaki juniorami.
– Chyba ander fiftin?
– Fiftin-sriftin, grunt, że to od dzisiaj są twoje dzieci. Jeśli ktoś ma przemówić do tej patologii, to tylko człowiek, który z patologii uczynił dyscyplinę olimpijską.
– Ale co z Woliniewskim? To jest połączenie Marcelo Bielsy oraz Jose Mourinho, a wszystko podlane ofensywną filozofią Krojfa czy tam Krujfa. Sam widziałem, ekstra chłopak!
– Gówno widziałeś. Cała jego przygoda szkoleniowa to rozpamiętywanie kontuzji z Dąbrowszczanką Dąbrowa Górnicza przeplatane darciem japy na nastolatków. Zresztą pożytek z obu tych czynności jest podobny.
– Ale dba o tych chłopaczków, życie by za nich oddał, obozy szkoleniowe, dochodzeniowe, wyjazdy w góry!
– Dba tylko o to, żeby w szafce zawsze był płyn uśmierzający ból po kontuzji sprzed siedmiu lat, a jeździ głównie na panienki, zresztą za hajs, który bierze pod stołem od rodziców. Masz nie tylko stanowić wzór dla przyszłych pokoleń polskiego piłkarstwa, ale też pilnować tego sentymentalnego idioty.
– Dostanę za to jakiś dodatek?
– Za to, co wyczyniałeś w ostatnim wywiadzie, a wcześniej w lombardzie, możesz ode mnie dostać co najwyżej w dziąsło.

Gadziszewski krzywi się, jeszcze raz przełyka ślinę. Rzuca okiem na biurko, na którym dostrzega zdjęcie Woliniewskiego ze schludnym mężczyzną w kraciastej marynarce i plikiem banknotów w dłoni.

***

Znów ujęcie z drona, tym razem widzimy karetkę pogotowia w perspektywie znanej z dwóch pierwszych części Grand Theft Auto. Za pędzącym na sygnale ambulansem podąża policja kryminalna w czarnym Oplu Insignia, kawałek dalej stara się nadążać za nimi wóz jednej z telewizji informacyjnych. Kamera podąża za tym przedziwnym pościgiem aż do bramy centrum treningowego Legionu.

Na murawie, otoczony wianuszkiem 15-letnich piłkarzy, leży trener Adam Woliniewski, nad którym bezustannie biegają ratownicy medyczni, wykrzykując do siebie głównie wulgaryzmy, spomiędzy których da się wyłuskać komendy medyczne.

Kamera wiruje, obraz przechodzi na ujęcie znane z klipów skateboardowych. Patrzymy na świat oczami Gadziszewskiego, który obserwuje jak kulawy Woliniewski rozkłada pachołki.

– Chodźcie tu wszyscy.

Woliniewski pieczołowicie ustawia ostatni pachołek, po czym wlecze się do Gadziszewskiego i piłkarzy właśnie kończących trzecie okrążenie wokół boiska.

– Dziś jest z nami człowiek, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Pana Gadziszewskiego znacie z telewizji, bez niego Legion walczyłby o utrzymanie. Od teraz będzie służył nam pomocą merytoryczną.
– Będę mógł też pokazać te ćwiczenia, na które trenerowi Woliniewskiemu nie pozwala stan zdrowia.

Kamera na Woliniewskiego, który najchętniej wyjaśniłby młodym adeptom sztuki futbolowej na wykonanie których ćwiczeń nie pozwoliłby panu Gadziszewskiemu stan jego trzeźwości.

– Dokładnie. Będziemy zgranym duetem. Wojtuś, gierki dwa na dwa, podziel chłopaków.

Kamera krąży między ćwiczącymi, którzy walczą z przeciwnikiem, nierównościami murawy oraz palącym słońcem. Na jednym z małych boisk trwa szczególnie zażarta walka, chłopcy co chwilę szturchają się, kości trzeszczą.

– Dawaj, Wojtuś, dawaj.

Krzyczy zza linii mężczyzna w kraciastej marynarce. W tym okresie rywal Wojtusia zakłada mu siatkę, po czym zgrabnym zagraniem piętą kończy akcję. Wojtuś doskakuje do niego i wymierza soczystą kombinację uderzeń – łokieć, kolano, sierpowy. Ogłuszający gwizd miesza się z okrzykami dzieciaków i dwójki trenerskiej. Gadziszewski jest przy chłopakach szybciej.

– Nic ci nie jest? A ty, co ty odpierdalasz? Pomyliłeś boisko z oktagonem? Starzy ci pornhuba poblokowali, że niewyżyty jesteś?
– Mógł lamus uważać.
– Widziałem tę akcję, ośmieszył cię jak frędzla, to poleciałeś z łapami.

Przy chłopcach znajdują się już ojciec Wojtka oraz trener Woliniewski.

– No już, nie ma co oglądać, trenujemy dalej.
– Co, kurwa, trenujemy dalej? Nie będzie barw Legionu nosił szczyl, który nie potrafi sobie kolan zacerować i pięści trzymać w kieszeni.
– Panie, kim pan w ogóle jest? Wojtuś to jest reprezentant Mazowsza U-15, wielki talent, o którego zabiegają najlepsze kluby Europy.

Wydziera się ojciec.

– Gadzi, daj spokój, niech grają dalej.

Porozumiewawczo mruga Woliniewski.

– Po pierwsze, panie Najlepsze Kluby Europy, niech pan zabiera synka i stąd spierdala, zanim panu zaprezentuję kombinacje, których nie uczą na kadrze Mazowsza. Po drugie, panie Kuternoga, nie mrygaj tymi oczami, bo masz urwane kolano a nie zaćmę.
– Gadzi, uważaj na słowa.
– Bo co, pan ważny dzieli z tobą łóżko czy ci funduje panienki po robocie?
– A co, chcesz zapytać co u twojej byłej żony?

Zbliżenie na twarz Woliniewskiego nie pozostawiało wątpliwości: wiedział doskonale, że Gadziszewski wciąż kochał Klaudię i wciąż nie do końca pogodził się z jej podejściem do wierności małżeńskiej. Wiedział również, że ze swoim roztrzaskanym kolanem nie ma szans w fizycznym starciu z wysportowanym Gadziszewskim, a nade wszystko wiedział, że Gadziszewski niespecjalnie zna się na żartach.

Ciemność. Sygnał nadjeżdżającego pogotowia. Cichy głos prezesa Felkiewicza.

– Klub nie komentuje zajścia. Nie mamy na ten moment wiedzy, czy w incydencie brał udział Gadziszewski. Nie, jego występ w ostatnich dwóch kolejkach nie jest zagrożony. Dziękuję bardzo.

JO

Odcinek pierwszy znajdziesz TUTAJ.

KOMENTARZE (10)