Myślałem, że zaliczę wszystkie kolokwia na piątkę, a w sobotę wygram z Legią
Weszło

Myślałem, że zaliczę wszystkie kolokwia na piątkę, a w sobotę wygram z Legią

Dlaczego nie wszystko warto co się opłaca? Dlaczego nie można mieć pieniędzy za wyznacznik wszystkiego? Jak niebezpieczna może być chorobliwa ambicja? Co dał mu kurs Leadership Coaching, na który ze swojej kieszeni wyłożył dziesięć tysięcy złotych? Dlaczego w Rumunii został molem książkowym i czemu nie poszło mu tam lepiej? Jak ważne są dla niego wykłady Jacka Walkiewicza? Jak to się stało, że trafił do Łodzi? Co jest najważniejsze w kontaktach z menadżerami?

Porozmawialiśmy z Sebastianem Rudolem, byłym piłkarzem Pogoni Szczecin, Sepsi Sfantu Gheorge, a obecnie piłkarzem Widzewa.

***

Co ci najbardziej zapadło w pamięć z wykładów Jacka Walkiewicza?

Nie wszystko co się opłaca, warto i nie wszystko warto, co się opłaca.

Co przez to rozumiesz?

Czym staję się starszy, tym bardziej widzę, że niektóre rzeczy, które powszechnie wydają się najbardziej wartościowe, są powierzchowne.

Mówisz o pieniądzach?

Na przykład. I o zaspokojeniu ego. Czasami warto iść w kierunku rozwoju inną, własną drogą, niż pozostawać na świeczniku, a mieć obecność na świeczniku za wyznacznik wszystkiego.

Nie ma osoby, która nie myśli o pieniądzach, przez swój stosunek do nich w pewnym sensie się określamy. Ty jakie miałeś podejście, a jakie dziś masz?

Na pewno były dla mnie dużo ważniejsze kilka lat temu. Dalej są ważne, nie oszukujmy się, dla każdego są, ale ważne są w takiej perspektywie, żebym wiedział, ile jestem wart i ile mogę w siebie zainwestować, żeby prowadzić się w taki sposób, w jaki chcę. Kiedyś różnica była też taka, że zbierałem na pierwsze mieszkanie.

Dobrze rozumiem, jest jakaś kwota, którą w siebie inwestujesz co miesiąc, tak?

Tak. Mam trenera mentalnego, z którym odbywam regularne sesje, są też inne wydatki, dieta i tak dalej. Jednorazowo najwięcej zainwestowałem w siebie wykupując dwa lata temu kurs Leadership Coaching. Chyba gdybym cofnął czas, to bym tego nie zrobił. Mieliśmy trudny moment w Pogoni, a świadomość, którą wtedy zdobyłem, nie do końca zgrywała się z tym, co wtedy działo się wokół mnie w Pogoni.

W jakim sensie zaszkodził ci kurs?

W takim, że za szybko byłem świadomy pewnych rzeczy i za bardzo zagłębiłem się w zarządzanie sobą. Do tego to był też kurs zarządzania innymi osobami.

Za bardzo rwałeś się do rządzenia?

Widziałem, że trener Skorża próbuje ze mną rozmawiać jak z prostym chłopakiem, który nic nie rozumie. Ja wiedziałem o co mu chodzi, ale nie mogłem odpowiedzieć tego, co myślę, bo jednak rozmawiałem z szefem. Myślał, że dam się kupić, bo tylko kopię piłkę i można mi nawinąć makaron na uszy. Dopiero później przyszedł trener Kosta Runjaic. On sam pracuje z coachem, zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zresztą, kontakt mamy do dzisiaj.

To ciekawe. Runjaic, u którego nie grałeś tak dużo, pod którym odszedłeś z Pogoni, a trzymacie kontakt.

Wiem, że mnie ceni, a ja jego cenię. Jest mega inteligentnym facetem. Wiedział jak ze mną rozmawiać. Mówił mi, że najważniejsza jest koncentracja i prostota, koncentracja w sensie: skup się na tym, co naprawdę istotne, nie zajmując się tym, na co nie masz wpływu. Często się gubiłem, chciałem za dużo. Zawsze chciałem, żeby wszystko grało, żeby każdy dawał z siebie jak najwięcej. Z drugiej strony miałem takie a nie inne lata i byłem, kolokwialnie mówiąc, na pewne sprawy za krótki.

Starszyzna ucierała ci nosa?

Nie w tym sensie, miałem z większością doświadczonych zawodników bardzo dobry kontakt. W każdym razie doszedłem do wniosku, że jeśli chcę wpłynąć na drużynę, mogę to pokazać, a nie powiedzieć. Stwierdziłem, że zamiast gadać dam z siebie wszystko na każdych zajęciach, choćby i na wyrównawczym, na którym zwykle każdy jest wkurwiony, bo nie zagrał.

To niestandardowe, że zawodnik idzie na kupiony przez siebie Leadership Coaching. Czego jeszcze się tam nauczyłeś?

To był trudny moment dla mnie u trenera Skorży, który, uważam, często próbował ze mnie robić kozła ofiarnego. Finalnie nie chciałem wchodzić w jakieś dyskusje, tłumiłem to w sobie, starałem się robić swoje. Wtedy, kiedy trener zaczął mnie kasować, ja zacząłem się zagłębiać w psychologię, strasznie mi się to spodobało i uznałem, że pójdę na kurs, tym bardziej że miałem za dużo wolnego czasu i czułem, że muszę się czymś zająć. Zjazdy były co dwa tygodnie, grupa ciekawa, od prezesów wielkich firm po panią fizjoterapeutkę, która stwierdziła, że ludzie nie przychodzą do niej tylko się wyleczyć, ale również porozmawiać i ona czuje się w obowiązku, by mieć w takich kwestiach większe kompetencje.

Mądra kobieta.

Tak. Na każdego piłkarza czekają bardzo różne momenty. Przychodzą też takie, kiedy myślisz, żeby się poddać, popaść w złe rzeczy, przestać tak się starać. Dla mnie zarządzanie sobą to przede wszystkim to, żeby niezależnie czy gram, czy nie, czy jestem w osiemnastce czy głęboko w szafie, czy jestem wkurwiony na trenera czy nie, to cały czas każdy element swojego piłkarskiego życia dopinać na takim samym poziomie, jakbym co trzy dni grał o najwyższą stawkę. Nie robię tego jeszcze na poziomie mistrzowskim, to jest proces. Ale tam chcę zmierzać.

To tak jak z alkoholem. Kiedyś było powiedzenie: kto nie pije, ten nie gra. To pewnego rodzaju ucieczka, żeby sobie radzić z emocjami, które, nie ukrywajmy, w piłce są bardzo silne i czasem o niektórych chce się zapomnieć. Radzić sobie z nimi – to kolejne wyzwanie.

Trochę zabrzmiało jakbyś kiedyś stosował, by tak rzec, znieczulenie.

Nie, z alkoholem nigdy nie miałem po drodze. Chodzi mi o to, żeby umieć akceptować te emocje. Przetłumaczyć sobie: co da to wkurwienie. Ale też z emocjami nie walczyć, nie tłumić samego siebie, tylko zaakceptować: okej, zajebałem. Trzeba działać dalej.

To też z Walkiewicza?

Możliwe.

Jak się wciągnąłeś w jego wykłady?

Sześć lat temu obejrzałem jego słynny wykład, bardzo mnie zainteresował.

Zamówiłem jedną, drugą książkę, spodobał mi się przekaz. Gdzieś trafiał do dziewiętnastoletniego wówczas Sebastiana Rudola, który był i jest ambitny. Dla mnie Walkiewicz był mega motywujący.

Ale co dokładnie w jego słowach?

To, jak na swoich doświadczeniach pokazywał, że każdy ma swoją perspektywę, swoją historię i nie warto się z nikim porównywać, tylko iść swoją drogą. Miałem nawet okazję poznać pana Jacka w jego księgarni, byłem tam z narzeczoną, porozmawialiśmy około czterdziestu minut. Wtedy nie do końca zrozumiałem co mi chciał przekazać, po pewnym czasie dotarło.

Wszystko sprowadza się do indywidualnego doświadczenia. Ja funkcjonuję w pewnym środowisku, moi rodzice w innym, ktoś jeszcze inny w innym. Mam dziś jakąś perspektywę, ale ona może się zmienić za dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat. Dziś pieniądze mają dla mnie drugorzędne znaczenie? To może się z różnych przyczyn zmienić. Dziś nie martwię się o swoje zdrowie, kiedyś mogę od myśli o nim zaczynać dzień? To wszystko możliwe. Nie przewidzimy tego, takiej wiedzy nie kupimy. Musimy to przeżyć.

Brzmisz jak wzorcowy przykład pokolenia polskich piłkarzy, którzy mają świadomość siebie i tego co chcą osiągnąć…

Chyba wiem o co chcesz spytać.

Może i wiesz: czy to czasem nie przeciąża? Czy może być za dużo wglądu, za dużo analizy?

Pewnie tak. Zastanawiałem się nad tym sam. Trzeba znaleźć balans. Czy zawsze go znajdowałem? Nie wiem. Ale każdy jest inny. Jeśli czuję, że potrzebuję to robić, to widać coś w tym musi dla mnie być, coś mnie w tym kierunku pociąga i rozwija jako człowieka. Nie mogę żyć wbrew sobie.

Na pewno im bardziej zagłębiałem się w ten temat, tym bardziej doceniałem piłkarzy. Przyjęło się mówić o nas, że jesteśmy mało inteligentni albo że nie radzimy sobie w zwykłych życiowych sytuacjach. Częściowo to jest prawda, ale z drugiej strony: wielu z nas poświęca całe życie dla piłki. To mega wyzwanie. I jeśli jesteś w czymś całym sobą – a tego niejednokrotnie od sportowca zwyczajnie się wymaga – to też i cierpią inne kwestie. Muszą cierpieć. Czas i uwaga człowieka nie jest z gumy.

Ja często miałem z tym problem. Jak szedłem na studia, nie wyobrażałem sobie, że nie będę miał stypendium. Chciałem być najlepszy na studiach i najlepszy na boisku. Myślałem, że zaliczę wszystkie kolokwia na piątkę, a w sobotę wygram z Legią. Życie mnie zweryfikowało. Nie da się tak funkcjonować. W pewnym momencie brakuje energii.

Skoro jesteśmy przy temacie: jak z twoimi studiami?

Została magisterka do napisania, w Rumunii materiały wysyłali mi wykładowcy, teraz miałem przerwę, pozaliczałem egzaminy. Praca jest gotowa w dwudziestu pięciu procentach, muszę ją dokończyć.

Masz już też papiery trenerskie, prawda?

UEFA C robione trzy lata temu, ale tylko ze względu na to, że ułatwiały zaliczenia na studiach, dzięki papierom byłeś zwolniony z kilku przedmiotów.

Jesteś chorobliwie ambitny?

Myślę, że byłem. Trochę zszedłem na ziemię.

Chorobliwa ambicja to nakładanie sobie samemu wszędzie presji.

Ale też nie byłbym tu, gdzie jestem, gdyby nie to. Chciałbym swoje dzieci budować na pozytywnej motywacji, mówić im, że mogą, że potrafią, ale, to co osiągnąłem w życiu, było zbudowane na motywacji negatywnej i tego negować nie będę. Często słyszałem, że nie potrafię, wielu trenerów mówiło: „Jak to możliwe, że Sebastian zagrał w Ekstraklasie?”. Potem starałem się im coś udowodnić.

Najgorsze słowa, jakie o sobie słyszałeś?

Dużo tego było. Skłamałbym, gdybym powiedział, że tego nie czytałem. Najgorsze jednak są słowa od kogoś bliskiego, a to też się zdarzało, nie wchodząc w szczegóły. Ja nigdy nie byłem talentem, nikt o mnie tak nie powiedział. Szedłem do kadry U-17? Nigdy dlatego, że mam talent, tylko dlatego, że to sobie wyszarpałem. Niby zagrałem w Ekstraklasie sto trzydzieści meczów, ale nigdy nie słyszałem, że jest super, zawsze wszystko wywalczone. Jasny podział: jest ktoś z talentem i jest Sebastian, który musi się o wszystko bić.

Bardzo szybko stuknęła ci setka w Ekstraklasie. Może ciut nie trafiłeś w dobry czas – dziś z tyloma meczami i statusem młodzieżowca zainteresowaliby się tobą za granicą. Na Weszło pisaliśmy kilka lat temu, uwaga, cytat: „Jeśli na kimś Pogoń ma zarobić, to na Rudolu”.

Miałem po półfinale Euro U-17 ofertę podobną do Igora Łasickiego, ale Pogoń przekonała mnie tym, że weźmie mnie do seniorów.

Miało sens.

Ekstraklasa zamiast Primavery. Jakieś zainteresowanie później było, ale też miałem swoje przeboje z menadżerami. Mogło też coś iść przez klub, a ja się o tym nie dowiedziałem.

Czemu przeboje z menadżerami?

Kiedyś, bez nazw, chciał mnie pewien klub. Nie podobało mi się w jaki sposób menadżer to załatwia. Ja chciałem, żeby też Pogoń zarobiła, bo jestem wdzięczny temu klubowi do dziś, to tu wypłynąłem na szerokie wody. To ten przykład: nie wszystko warto, co się opłaca.

Czego młody piłkarz musi się wystrzegać w kontakcie z menadżerem?

Nie może uwierzyć, że z menadżerem wszystko przyjdzie samo z siebie. To nie czarodzieje. Dalej wszystko zależy od ciebie.

Albo jeszcze inny kontekst. Piłkarze są wrażliwymi ludźmi. Jesteśmy oceniani dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ja mam rodziców i narzeczoną, mogę o wszystkim porozmawiać, co pomaga, ale wielu chłopaków, z którymi grałem, przychodziło z trudnych rodzin, miało trudne dzieciństwo i byli w tej karierze mega samotni. Menadżerowie byli więcej niż menadżerami, urastali do rangi osób, którym bardzo się ufa, które niemal ojcują. To dla menadżera duża odpowiedzialność, ale i – co tu kryć – władza. Łatwiej w takim układzie zmanipulować, nagiąć wydarzenia pod siebie, a nie pod to, co faktycznie dla młodego piłkarza najlepsze.

Ja, gdybym kiedyś miał się zajmować czymś podobnym, od lat nastoletnich kładłbym nacisk na rozwój osobisty, rozwój ducha, czy poprzez trenera mentalnego czy w jeszcze inny. To standard na Zachodzie, rozmawiałem o tym z Kostą. To podstawy. Ten piłkarz musi być przygotowany na niebezpieczeństwa, które go czekają.

Jakie?

Skrajne. Jest dobrze? Nie zwariować. Jest źle? Też nie zwariować – niby to samo, a jednak wymaga zupełnie innego zakresu cech. Jak radzić sobie z presją, jak podejmować racjonalne decyzje.

Był taki piłkarz, Lars Elstrup, zawodnik „Duńskiego Dynamitu”, który wygrał Euro w 1992. Elstrup w wieku trzydziestu lat, wciąż jeszcze grając w reprezentacji, strzelając gole w duńskiej ekstraklasie, skończył karierę. Twierdził, że nie może znieść tego, że jest cały czas oceniany. Trzy lata temu Elstrup wbiegł na boisko Randers nago – był to jego swoisty happening, protest.

Wiem do czego pił. Łatwo jest ocenić piłkarza. Ale zaprośmy teraz trzydzieści osób z innych zawodów i zobaczymy, czy potrafią być tak odporne na presję, krytykę, gwizdy tysięcy osób, czy potrafią być tak konsekwentne w codzienności, w diecie, w systematyce wysiłku.

Ja sam w pewnym momencie zbyt się chyba nakręciłem, chciałem za dużo. Ostatni rok pozwolił spojrzeć na wszystko z większym dystansem. Ambicja jest wciąż, ale Rumunia była potężną lekcją – tam zrozumiałem, że chorobliwa ambicja może prowadzić nawet do depresji. Później nauczyłem się cieszyć z mniejszych rzeczy.

Mogłeś zostać w Polsce, mogłeś nawet w Pogoni, nie musiałeś jechać do Rumunii.

Ale wiedziałem, że Seba Walukiewicz zostanie, to świetny piłkarz i będzie mi trudno o grę, a grać bardzo chciałem. Miałem ofertę z Wisły Płock, ale zdecydowało to, że chciałem wyjechać i sprawdzić czy to, co mówili mi zagraniczni piłkarze Pogoni, że w innych krajach trenuje się zupełnie inaczej to prawda.

A co mówili?

Że jest chociażby mniej siłowni. Myślałem: kurde, ja jestem wychowany na siłowni. Co by to było w innym miejscu?

Ale Rumunia to nie wiem czy aż taka odmienna kultura.

Przez pół roku nie mieliśmy ani razu siłowni. Natomiast biegaliśmy dwa razy tyle.

Czyli wciąż wschodnia szkoła, fizyka przede wszystkim.

Bieganie, bieganie, bieganie. Ale miałem też z tyłu głowy to, że rozwinę się językowo – co się sprawdziło, teraz płynnie mogę się dogadać – poznałem też kapitalnych ludzi z różnych krajów, bo siedemdziesiąt procent zawodników w Sepsi to byli obcokrajowcy.

Mówi się, że Rumunia jest już po swoich najlepszych latach, a teraz sporo tam klubów kukułek.

To był klub, który miał dużo pieniędzy, ale nie ma doświadczenia. Reprezentuje na Rumunii węgierską mniejszość, trochę jak DAC Dunajska Streda na Słowacji. Potrzebują stadionu? No to powstaje, od razu rośnie, budowa idzie, koparki wjeżdżają. Ale pewne sprawy są robione bez pojęcia. Organizacja dawała wiele do życzenia – dewolaje przed treningiem, zamykanie w hotelu bez koncepcji, „nie wychodźcie to się skoncentrujecie”, czy powtarzające się przy negatywnym wyniku: „czemu nie chcecie bonusów”? Gdyby piłka była taka prosta, to Katar czy Arabia Saudyjska byłyby mistrzami świata. To mnie nauczyło, że pieniądze są tylko narzędziem, a doświadczenia za nie nie kupisz.

W Pogoni byłeś przyzwyczajony do innej atmosfery.

Tak. Tym bardziej szkoda, że w szatni Sepsi byli mega fajni ludzie. Awansowaliśmy do grupy mistrzowskiej, ale siedemdziesiąt procent najlepszych zawodników nie miało kontraktów na przyszły sezon. Kończyły im się w czerwcu. Zaczęło być mniej kolorowo. Widać było, że zawodnicy pilnują swojego interesu przede wszystkim.

Grają pod siebie?

Raczej troszczą się o zdrowie, bo jak masz za kilka miesięcy szukać nowego klubu, to nie chcesz się połamać. Widziałem, że czasami kładą się specjalnie, udają kontuzje. Jeżeli piłkarze nie wiedzą co z nimi, to tak to się kończy.

Albo taka sytuacja. Naszym najlepszym napastnikiem był 38-latek, legenda klubu. Trener go kasował. Któregoś razu pokłócili się w szatni, ten wygarnął mu wszystko w twarz, a trener wyrzucił go z drużyny. Za tydzień ten napastnik został dyrektorem sportowym i wyrzucił trenera.

A sumując, czemu ty nie grałeś?

Zagrałem pięćdziesiąt procent meczów, liczyłem, że zagram więcej, bo dostawałem dobre pieniądze, lepsze niż w Pogoni, a skoro komuś płacisz sporo, to przecież nie po to, żeby siedział na ławce. Bardzo chciał mnie dyrektor sportowy, natomiast pierwszy trener miał swoich dwóch faworytów na środku obrony, dobrze to funkcjonowało i nie widział potrzeby zmian. Ja trochę grałem, trochę nie, więcej pod koniec, kiedy jeden ze stoperów po prostu powiedział, że jedzie do domu. Wiedział, że odejdzie, to dał sobie spokój.

Nie było idealnie, ale wracałem po sezonie do Polski z pozytywnymi myślami. Miał przyjść nowy trener, nowe rozdanie. Cieszyłem się. Aklimatyzacja, OK, a teraz będzie lepiej. Ale dostałem telefon od menadżera, że rozmawiał z dyrektorem sportowym i moje szanse mają być nikłe, bo nowy trener postawi na swoich. Notabene ten dyrektor za dwa tygodnie stracił pracę. Zacząłem się obawiać, czy znowu nie stracę czasu. Chcę grać w klubie, który na mnie postawi, który mi zaufa. Mimo, że miałem dwuletni dobry kontrakt, wolałem go rozwiązać.

Takim klubem, który ci zaufał, był Widzew?

Tak, od początku do końca był bardzo konkretny. Ja, nie ukrywam, najpierw powiedziałem menadżerowi, że chciałbym zostać za granicą. Były jakieś propozycje, ale mało konkretne. Potem propozycje z Ekstraklasy, rozmowy, ale przyznam szczerze: nie chciałem iść na doczepkę, w ostatniej chwili, do zbudowanej już kadry.

Nie będę kłamał, że nie musiałem sobie trochę przetłumaczyć tego, że schodzę do II ligi, bo skoro wracać do Polski, to zrozumiałe, że najpierw chciałem do Ekstraklasy. Natomiast mało, że Widzew był konkretny w rozmowach, to potem przyjechałem, zobaczyłem wszystko i teraz z każdym dniem utwierdzam się, że zrobiłem dobrze. Wiem jakie jest ryzyko – to wóz albo przewóz, jak nie pójdzie, to będzie źle. Ale patrząc przez pryzmat projektu i ludzi, którzy go tworzą, tego co mógłbym tu zbudować – to może być lepsze i ciekawsze. Jestem wdzięczny losowi, że tu trafiłem, że tak to się potoczyło.

Wiesz, że II liga to nie będzie łatwizna.

Oczywiście, ja to od razu mówiłem, schodziłem czasem w Pogoni do rezerw i wiem, jaka twarda walka potrafi być niżej. Ten awans sam się nie zrobi, w każdym meczu trzeba walczyć i grać w piłkę. Mam tego pełną świadomość. Bardzo wierzę w Widzew, myślę, że może stać się tu coś mega fajnego. Widzę w klubie wielu utalentowanych i ambitnych zawodników, jak chociażby Pęczek, Radwański, Ameyaw czy Gutowski. Mam nadzieję, że będą chlubą Widzewa.

Gdzie ty znajdujesz czas na życie prywatne, skoro jak sam powiedziałeś, dokładasz sobie obowiązków?

Nie przesadzajmy. Piłkarz ma dużo wolnego czasu. Byłbym głupcem, gdybym nie wyciągał wniosków z przeszłości i nie dbał mocniej o życie prywatne. Dla przykładu kupiliśmy teraz psa. Moja dziewczyna bardzo chciała, ja w pierwszej chwili byłem na nie: bo to, bo tamto. Dziś wiem, że to przykład „nie opłaca się, ale warto”. Są rzeczy ważne i ważniejsze. Czasami Vaia – nazwaliśmy go tak po filmie Vaiana – niszczyła rzeczy w domu, oczywiście trzeba z nią wychodzić. Ale jakbym mógł, wziąłbym trzy takie.

Długo jesteście narzeczeństwem?

Od pół roku.

Gratulacje.

Dziękuję. Od pięciu lat narzeczona stoi przy mnie i, tak naprawdę, brzydko mówiąc, jest na moje zawołanie, zdrowo gotuje i tak dalej. A ma też swoje pasje, jest mega dobrym fotografem, że może być spokojnie w przyszłości dużo lepszym fotografem niż ja piłkarzem. Staram się ją w tym wspierać tak, jak ona wspiera mnie w tym co ja robię. Nie chcę, żeby wszystko kręciło się wokół mnie.

Wciąż planszówki na topie?

Wciąż. Zarażałem nimi tez w Rumunii. Graliśmy w Splendor, którego katowaliśmy też z Patrykiem Lipskim na młodzieżówce. Ale testujemy z narzeczoną różne tytuły, co tam wpadnie.

Twoja luba nie lubi konsoli?

Jakoś nie wychowałem się aż tak z komputerem. Nie miałem nigdy, choć bardzo chciałem mieć. Później uznałem, że taniej będzie jak dozbieram na PlayStation. Miałem zajawkę na PS-a, pamiętam, gdy dostałem najlepszego zawodnika na turnieju halowym, wygrałem właśnie PlayStation. Aby było zabawniej, za tydzień były święta i rodzice mi już też PS-a kupili na prezent. Skłamałbym jednak gdybym powiedział, że nie gram – najbardziej podobało mi się GTA V.

Z muzyki wiem, że cenisz OSTR.

Poznałem go nawet na koncercie w Szczecinie. Wspólny znajomy go znał, spotkaliśmy się w hotelu, chwilę porozmawialiśmy. Nie ukrywam, bardzo podoba mi się jego przekaz. Podobała mi się płyta „Życie po śmierci”, a także kawałki „All my life”, „Insomnia”.

Czytałeś ostatnio jego książkę.

Czytałem, ale powiem tak: wolę go w formie muzycznej niż książkowej.

Co obecnie czytasz? Zgaduję, że Walkiewicza już przerobiłeś od początku do końca.

No tak. Trochę w Rumunii stałem się molem książkowym. Kupiłem sobie Kindle’a. Teraz czytam kryminały Horsta, a jeśli chodzi o takie bardziej ambitne, ostatnio czytałem „Niezwykłe historie zwykłych ludzi” i „Tatuażystę z Auschwitz”.

Ta ostatnia lektura szczególna.

Byłem w Auschwitz dwa lata temu. Trudno wyrazić jakie to robi wrażenie. Myślę, że wciąż nie do końca jestem w stanie je pojąć, zrozumieć, ta wyobraźnia dobija się do rzeczywistości, ale skala okrucieństwa, tego jak ludzie mogą innych traktować… to nie do pojęcia, wymyka się pojmowaniu. Natomiast nie chcę też, żeby ktoś pomyślał, że siedzę tylko przy książkach albo za takiego chcę się przedstawić: w Rumunii miałem mnóstwo czasu, chwile – co tu kryć – samotności były normą to i dużo czytałem, ale bardzo lubię też Netflixa, ostatnio obejrzałem całe „Suits”.

Jesteś też wielkim fanem Premier League. Na to znajdziesz czas?

W Rumunii zacząłem grać nawet w Fantasy Premier League. Strasznie mi się to spodobało, szczególnie, gdy zacząłem zauważać po miesiącu, że jak się w to zagłębić to można wiele wygrać, trzeba tylko planować, jak w strategii. Założyliśmy się z kolegą jeszcze w Rumunii o koszulkę mojego ulubionego Tottenhamu. Angielska liga jest najlepsza.

Byłeś na Tottenhamie?

Byłem na Old Trafford, gdy Manchester United grał z Tottenhamem. Jarek Fojut zarzucił pomysł, znał człowieka i załatwił wejściówki. Mega przeżycie. Chciałbym wrócić.

W roli kibica?

Jestem piłkarzem. Mam dwadzieścia cztery lata. W piłce jest winda, czasem zabierze, czasem zwiezie. Nie będę rzucał wielkimi słowami, powiem tylko, że każdy ma prawo marzyć.

Rozmawiał Leszek Milewski

Fot. Widzew.com

KOMENTARZE (3)