Wyzwanie Kownackiego. Zbudować markę i… uratować honor polskiego boksu
Inne sporty

Wyzwanie Kownackiego. Zbudować markę i… uratować honor polskiego boksu

Nie czarujmy się – z polskim boksem nie jest za dobrze. W ostatnich tygodniach trzy duże pojedynki z udziałem Polaków na arenie międzynarodowej zakończyły się bolesnymi porażkami. Na tym tle sobotnia walka Adama Kownackiego (19-0, 15 KO) dodatkowo zyskuje na znaczeniu. „Babyface” jest o krok od pojedynku o mistrzostwo świata i naprawdę nie może sobie pozwolić na wpadkę. Tym razem po raz pierwszy sprawdzi się jako bohater walki wieczoru, która bez względu na przebieg powinna doczekać się efektownego zakończenia.

Sytuacja w wadze ciężkiej rozwija się dynamicznie. Polak jest w tej układance ogniwem ważnym, ale nie kluczowym. Według „The Ring” i ESPN jest w TOP 10 najlepszych pięściarzy kategorii ciężkiej. Federacja IBF klasyfikuje go na czwartej pozycji, a organizacja WBC na szóstej. To wszystko pokazuje, że z Kownackim trzeba się liczyć, jednak w czołówce panuje straszny ścisk. Obaj mistrzowie mają pełne ręce roboty i plany rozpisane na kilka miesięcy do przodu.

Z jednej strony jest Andy Ruiz (33-1, 23 KO), który w czerwcu nieoczekiwanie zdetronizował Anthony’ego Joshuę (22-1, 21 KO) i przejął pasy federacji IBF, WBO i WBA. Brytyjczyk w kontrakcie zadbał jednak o opcję rewanżu, do którego dojdzie na przełomie listopada i grudnia. Jeśli Ruiz wygra po raz drugi, to uwolni się z tej umowy i w poszukiwaniu kolejnych wyzwań będzie mógł udać się w dowolnym kierunku. W przypadku wygranej Joshuy będzie podobnie, ale to wszystko zajmie jednak trochę czasu. Poza tym na zwycięzcę grzecznie czekają w kolejce gotowi na wywołanie obowiązkowi pretendenci – Ołeksandr Usyk (16-0, 12 KO) i Kubrat Pulew (27-1, 14 KO).

Po drugiej stronie ulicy jest Deontay Wilder (41-0-1, 40 KO). Wieloletni posiadacz pasa federacji WBC w listopadzie ma zmierzyć się ponownie z Luisem Ortizem (31-1, 26 KO). Ich pierwsze starcie dostarczyło wielu emocji – mistrz był nawet bliski przegranej przed czasem, ale uratował go gong i dłuższa przerwa między rundami. W końcówce wyrównanej walki w końcu wziął sprawy w swoje ręce i znokautował groźnego i unikanego przez resztę czołówki Kubańczyka.

Jeśli Wilder wyjdzie z tej próby zwycięsko, to w lutym lub marcu 2020 roku ma spotkać się w innym głośnym rewanżu z Tysonem Furym (28-0-1, 20 KO). Pierwsze spotkanie obu gigantów dostarczyło wielu emocji i zwrotów akcji. Brytyjczyk wygrał większość rund, ale był dwukrotnie liczony. W końcówce pojedynku pozbierał się w sobie znany tylko sposób, a po wszystkim sędziowie nie byli jednogłośni i skończyło się kontrowersyjnym remisem.

Federacja WBC zarządziła natychmiastowy rewanż, do którego jednak nigdy nie doszło. Kiedy wydawało się, że obie strony są blisko porozumienia, Fury nieoczekiwanie wycofał się z negocjacji. W blasku kamer ogłosił podpisanie umowy z grupą Top Rank, która teraz próbuje budować jego pozycję na rynku amerykańskim w powszechnie dostępnej stacji ESPN. Wilder jest związany z konkurencyjnym projektem Premier Boxing Champions i walczy na antenie Showtime i Fox. Obaj jednak potrzebują rewanżu i jednoznacznego rozstrzygnięcia tej rywalizacji i według dobrze poinformowanych źródeł osiągnęli już w tej sprawie wstępne porozumienie.

Ta układanka pokazuje brzydsze oblicze boksu – niestety, biznes bywa w tym wszystkim najważniejszy. Jeśli nie jesteś związany z odpowiednim promotorem i stacją telewizyjną, to musisz cierpliwie czekać na swoją szansę. Kownacki teoretycznie jest w bardzo dobrym miejscu, bo również jest częścią projektu Premier Boxing Champions. To właśnie tam walczy nie tylko Wilder, ale także Andy Ruiz, który najpierw musi wygrać rewanż z Joshuą, by móc myśleć o kolejnych wyzwaniach.

„Koszmar” starzeje się brzydko

W sobotę na drodze „Babyface’a” stanie Chris Arreola (38-5-1, 33 KO) – weteran amerykańskich ringów, który powoli schodzi ze sceny. Rywal ma już na koncie jeden pojedynek z Polakiem – w 2010 roku przegrał na punkty po twardej bitwie z Tomaszem Adamkiem (40-1). To nie była jego pierwsza porażka w karierze – kilka miesięcy wcześniej w walce o mistrzowski tytuł strasznie porozbijał go Witalij Kliczko (37-2).

Dla Kownackiego będzie to w pewnym sensie walka z cieniem – chyba do żadnego innego pięściarza nie porównywano go tak często, jak do Arreoli. Obaj mają identyczne warunki fizyczne – 191 cm wzrostu i 193 cm zasięgu ramion. Łączy ich także styl boksowania, który opiera się na wywieraniu presji i zasypywaniu rywali gradem ciosów w półdystansie. Polak jest jednak dopiero na początku drogi, a rywal wręcz przeciwnie. Walczy głównie o ostatnią solidną wypłatę, bo trudno sobie wyobrazić dla niego większe perspektywy w poważnym boksie.

Można powiedzieć, że Amerykanin meksykańskiego pochodzenia przecierał drogę dla Kownackiego i Ruiza. Od zawsze udowadniał, że mimo kilku dodatkowych kilogramów naprawdę można być zawodnikiem z czołówki. Po porażce z Adamkiem „Koszmar” zanotował serię zwycięstw, która znów dała mu mistrzowską przepustkę. I to wcale nie jedną, co dość dobrze obrazowało ówczesną mizerię w kategorii ciężkiej. Żadna mistrzowska walka z jego udziałem nie potrwała jednak pełnego dystansu.

„Obaj chcieliśmy tej walki – to będzie ringowa wojna, która na pewno spodoba się kibicom. Arreola był w ringu z wielkimi mistrzami. Najlepsze lata ma już za sobą, ale wygrał ostatnie dwie walki i spodziewam się, że będzie dla mnie wymagającym testem. Idę swoją drogą – najważniejsze jest dla mnie to, żeby budować w Stanach Zjednoczonych markę Kownacki. Trzeba ciężko trenować i wygrywać kolejne walki” – mówił nam w czerwcu Adam w Weszlo.fm.

„Ringowa wojna” to zresztą termin, który najczęściej powraca w zapowiedziach sobotniej walki. Obaj pięściarze mają współczynnik nokautów przekraczający 70 procent oraz podobnie wybuchowe style. Nie sposób sobie wyobrazić, że w ringu któryś z nich nagle postanowi schować się za podwójną gardą i zacznie boksować na wstecznym. To nie ich styl – obaj będą od początku szli na czołowe zderzenie, co dla jednego z nich na pewno nie skończy się dobrze.

„Jeśli mrugniesz, to możesz coś przegapić. Adam zadaje mnóstwo ciosów, więc będę musiał być szybki w kontrach. Mam nadzieję, że on będzie gotowy przejść przez piekło, bo ja będę na pewno” – zapewnia Arreola. Bez ogródek przyznaje, że wyjdzie się bić o karierę. Jeśli przegra, to zamierza odejść na emeryturę, ale w boksie takie deklaracje często nie mają pokrycia.

Co z tą wagą?

Ile zostało w nim z dawnego wojownika? Raczej nie za dużo. Ostatnią naprawdę dobrą walkę „Koszmar” stoczył w 2013 roku, kiedy to już w pierwszej rundzie znokautował Setha Mitchella (26-1-1). Od tamtej pory wygrał jeszcze tylko zaledwie trzy walki, ale rywalizował z co najwyżej przeciętnymi zawodnikami. W ostatnim występie już w trzeciej rundzie pokonał Jean-Pierre’a Augustina (17-0-1), którego rzucił na deski pojedynczym lewym prostym.

Po drodze Arreola miał problemy z kontuzjami oraz… marihuaną. W grudniu 2015 roku w kontrowersyjnych okolicznościach pokonał na punkty Travisa Kauffmana (30-1). Po dwunastu rundach sędziowie nie byli jednomyślni, a sam Chris na początku wylądował nawet na deskach. Po kilku tygodniach wynik pojedynku unieważniono, bo w teście dopingowym przeprowadzonym już po walce w organizmie Amerykanina wykryto marihuanę. Taką samą przygodę z tą używką miał w 2011 roku – wtedy również skończyło się wykreśleniem wygranej z jego CV.

Jeśli coś może wzbudzać delikatne zaniepokojenie w polskich kibicach, to jest to niemal tradycyjnie waga Kownackiego. W piątek wniósł na wagę aż 120 kilogramów – najwięcej w całej zawodowej karierze. Kiedy w 2017 roku nokautował Artura Szpilkę, ważył o ponad 10 kilogramów mniej i pod względem fizycznym wyglądał jak zupełnie inny pięściarz. Kończąc w lutym ekspresowo przed czasem Washingtona też był wyraźnie lżejszy, ale podobno obóz przygotowawczy przebiegał bez przeszkód.

Andy Ruiz był jednak jeszcze cięższy, kiedy w czerwcu cztery razy rzucał na deski Joshuę. Możemy więc chyba uznać, że w przypadku zawodników o takiej charakterystyce kilka kilogramów w jedną lub w drugą stronę nie robi aż takiej różnicy. Problem może pojawić się jednak wtedy, gdy na drodze Polaka stanie przeciwnik o innej charakterystyce – ktoś, kogo ciężko będzie w ringu dopaść.

Dla Kownackiego walka z Arreolą będzie szczególna z jeszcze jednego względu. Po raz dziewiąty wystąpi w słynnej hali Barclays Center, ale zadebiutuje jako bohater walki wieczoru. „Babyface” zdradził, że osobiście sprzedał ponad 2 tysiące biletów za łączną kwotę ponad 200 tysięcy dolarów – w realiach wielkiego boksu to naprawdę imponujące liczby. Justyna Kownacka – żona Adama i jego najważniejszy kibic – lada chwila będzie rodzić, więc nie wiadomo, czy w sobotę obejrzy wydarzenia spod ringu.

Pojedynek z udziałem Polaka będą w amerykańskiej telewizji komentować Deontay Wilder i słynny Lennox Lewis. Porównania z aktualnym mistrzem świata WBC nasuwają się zresztą same – to trzeci przypadek, gdy Kownacki wyjdzie do ringu z byłym rywalem Wildera. Artura Szpilkę i Geralda Washington nokautował dużo szybciej niż on. To samo będzie chciał zrobić z Arreolą, który nieoczekiwanie wytrwał z czempionem organizacji WBC aż osiem rund.

„To będzie egzekucja i jednostronna bitka. Arreola może mieć w tym pojedynku delikatne momenty. Zrobi dokładnie tyle, żeby zasłużyć na wypłatę. Jeśli szybko nie padnie na deski, to zostanie poddany między rundami albo na stojąco. Nie sądzę, że ta walka może potrwać dłużej niż sześć rund, a zupełnie nie zdziwiłbym się, gdyby Kownacki bardzo szybko przełamał Arreolę i odebrał mu jakąkolwiek chęć do walki” – przewidywał w ostatniej audycji „Ciosek na wątrobę” Leszek Dudek.

Bukmacherzy podzielają ten pogląd – Polak jest zdecydowanym faworytem i ciężko będzie na jego zwycięstwie zarobić. Transmisję jego walki będzie można obejrzeć w Polsacie i Polsacie Sport. Początek gali o 2:00, a walka wieczoru na pewno nie rozpocznie się przed 3:30 – obaj powinni pojawić się w ringu bliżej 4:00 naszego czasu.

Adam Kownacki będzie dziś walczył nie tylko o swoje marzenia, ale też o perspektywy całego polskiego boksu. Czerwiec i lipiec to okres bolesnych weryfikacji. Wielkie pojedynki na arenie międzynarodowej przegrywali w odstępie kilku tygodni Maciej Sulęcki, Krzysztof Głowacki i Artur Szpilka. Każdy w innych okolicznościach – czasami skandalicznych, jak w przypadku łokcia na Łotwie. Ogólny obraz nie jest jednak zbyt optymistyczny, ale najwyższa pora choć trochę to zmienić.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)