Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Pierwszy z heroicznych bojów polskich pucharowiczów oglądałem wyjątkowo w podróży, siedząc w pociągu obok jegomościa z kartą seniora. Starszy pan z siwym wąsem kręcił się nerwowo w fotelu, to zerkał za okno, to znowu nie zerkał. Był nieswój. I wtedy wkroczyłem ja, cały na ze smartfonem, a przede wszystkim cały z transmisją meczu w smartfonie. Rozłożyłem zaimprowizowane kino domowe nienachalnie, ale jednak tak, by mógł spokojnie oglądać.

Ile razy marzyłem, by mi się zdarzyło coś takiego. Pamiętam jak jadąc pociągiem podczas Nancy – Lech dzwoniłem do brata by podał mi wynik, a potem ubłagałem go by wysyłał mi na bieżąco smsy z golami. Pamiętam jeszcze kilka różnorakich podróży, podczas których rozgrywane były Jakieś Ciekawe Mecze, a które nie tylko przepadały mi bokiem, a jeszcze tak bardzo nadałyby się na umilenie nudnej jazdy.

Włączając KuPS – Legia czułem się prawie jak Batman – oto staję na wysokości zadania i ratuję obcego człowieka z opresji, bowiem nuda jest opresją mocno niedocenianą. Starszy jegomość pozerkał, z pięć minut może nawet pooglądał, a ja kraśniałem z dumy. Później  jednak dość stanowczo powrócił do kręcenia się nerwowo w fotelu, zerkając to na okno, to znowu nie zerkając, generalnie wybrał szeroko zakrojoną nieswojość niż oglądanie meczu.

Czego winić nie mogę. Jaki mecz był, wszyscy wiemy, a błogosławieni ci, którzy nie wiedzą.

A jednak jak tu wytaczać armaty złośliwości, skoro to jedyny mecz, jaki dzisiaj się udało wygrać polskiemu zespołowi, skoro to jedyny dzisiejszy awans, jedyne czyste konto i tak dalej, i tak dalej.

Niech zjedzą mnie lechiści, ale nie jestem w stanie jakoś szczególnie cieszyć się doprowadzeniem do dogrywki z Brondby, nie jestem w stanie tysięczny raz doceniać ambitnej walki i honorowej porażki. Dobra, nie było kompromitacji – OK. Dobra, Brondby było faworytem – jasne. Nikt tego odpadnięcia nie nazwie wstydem – pewnie. Ale to tyle. Skończyło się na 1:4. To była dopiero druga runda, pierwszy sierpnia. Jakby Brondby przejść, wciąż było ho ho i trochę, żeby dojść do fazy grupowej. Nie mieszajmy tego dwumeczu z sukcesem,  nawet w oszczędnych proporcjach. Wystarczy, że nikt polskiej piłki klubowej w Europie nie szanuje, spróbujmy szanować ją choć trochę my, nie stawiając jej poprzeczki na dnie Hańczy.

Legia gra tak źle, że mimo awansów do kolejnych rund – jak poinformował Janekx89 na Twitterze – pojawiają się pogłoski o zwolnieniu szkoleniowca. Znajdźcie mi lepsze podsumowanie stanu naszego futbolu klubowego – zapraszam. Jedyny, który jeszcze broni honoru naszej ligi w Europie, jedyny, kto przeszedł KOGOKOLWIEK, jest w takim stanie boiskowego rozkładu, że  niedawno zatrudniony szkoleniowiec z rzekomym DNA Legii ma słabą pozycję. Jest to zapewne najbardziej ponure podsumowanie polskiej piłki klubowej, jakie tylko się da – nie ma tu cienia dowcipu, szydery, są fakty, które rzucają na matę jak kiedyś Pudzian Najmanem.

Nawiązanie nieprzypadkowe. Zachodzi podejrzenie, że polska piłka klubowa jest Najmanem futbolu. Głośna, dużo się wokół niej dzieje, skupia uwagę, ba, wie jak skupić uwagę; ma świetnie opakowane walki; wszyscy coś o niej wiedzą, nawet jak się nie interesują sportem; podobno kiedyś miała niezłe chwile, choć dziś jest źródłem – wybaczcie – beki.

A jednak dzisiaj wychodzi jej więcej, niż udana walka – robienie niezłej kasy mimo braku jakości. W dzisiejszej piłce – łudzicie się? – pewnie rzecz ważniejsza od wyników, pytanie czy i fenomen Najmana ma jakieś granice.

Leszek Milewski

PS: O Piaście nic, bo szkoda, kurwa, słów.

Napisz autorowi, że jest Artem Binkowskim pióra

Fot. Newspix

KOMENTARZE (32)