Jedyni, którzy pokonali mistrzów. Europejska przygoda TJ Vítkovice
Weszło

Jedyni, którzy pokonali mistrzów. Europejska przygoda TJ Vítkovice

Paris Saint-Germain to klub, który – delikatnie rzecz ujmując – nie kojarzy się raczej z sukcesami odnoszonymi na europejskiej arenie. Wprawdzie w latach dziewięćdziesiątych nie było z tymi pucharowymi bojami francuskiego klubu aż tak źle, paryżanie zatriumfowali w Pucharze Zdobywców Pucharów w 1996 roku, w Lidze Mistrzów też mieli swoje wielkie momenty. Jednak już w ostatnich latach występy PSG w Champions League stały się niemalże synonimem frajerstwa. Co wcale nie jest dla Les Parisiens pierwszyzną. Mistrzowie Francji swoją pierwszą, naprawdę potężną wpadkę w Pucharze Europy zanotowali przeszło trzy dekady temu, bo w 1986 roku. Osiem tysięcy widzów zgromadzonych na Stadionie Miejskim w Ostrawie-Witkowicach ze zdumieniem obserwowało, jak miejscowa ekipa TJ Vítkovice wyrzuca słynniejszych rywali za burtę najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek. I to w pierwszej rundzie.

Trenerem mistrzów Francji z 1986 roku był dziś słynny, a wtedy dopiero budujący swoją markę, lecz już bardzo doceniany Gérard Houllier. W składzie zaś figurowały wielkie gwiazdy europejskiego, czy wręcz światowego formatu. Między słupkami – Joël Bats, mistrz Europy z 1984 roku. Bohater zwycięskiego starcia z Portugalią, które dało Francuzom przepustkę do wielkiego finału turnieju. Z przodu śmigał choćby doświadczony Dominique Rocheteau. Zwany l’Ange Vert, czyli „Zielonym Aniołem”. Super-gwiazdor francuskiej ekstraklasy, który jeszcze jako zawodnik AS Saint-Étienne zawędrował do samego finału Pucharu Europy. Na dokładkę choćby Vahid Halilhodžić, ściągnięty przez sezonem 1986/87 właśnie po to, by jeszcze dodatkowo wzmocnić siłę ognia PSG w rywalizacji na europejskiej arenie.

Nie trzeba chyba dodawać, że w czeskiej ekipie próżno było szukać takich piłkarskich gigantów.

Mimo to, ich niewątpliwy sukces został właściwie całkiem zapomniany. Luděk Kovačík, jeden z członków tamtej drużyny, ma swoją teorię na ten temat. W rozmowie z iSport.cz opowiadał: – Zapomniano o nas, bo nie byliśmy i nie jesteśmy wielki klubem. Nie mieliśmy tradycji zwyciężania. Byliśmy prowincjalną drużynką, która nikogo poza naszymi kibicami nie interesowała. Znokautowaliśmy Paris Saint-Germain, postawiliśmy się FC Porto – niczego to nie zmieniło. Vítkovice nie zyskały na znaczeniu. Gdy opowiadam dzisiaj o moich sukcesach, wszyscy są zaskoczeni. Młodzi ludzie nawet nie wiedzą, że Vítkovice były kiedykolwiek klubem pierwszoligowym. Kiedy pracowałem jako trener w drużynie juniorskiej, przyniosłem zdjęcia z tamtych lat do szatni. Zrobiły kółeczko i do mnie wróciły. Tyle, żadnej reakcji.

– Z dawnych lat zostały mi tylko wspomnienia, trochę zdjęć i kilka koszulek, którymi wymieniłem się z przeciwnikami w europejskich pucharach. Niestety – wszystkie się sprały są dzisiaj tak małe, że nie wciśnie się w nie nawet mój wnuk.

POCZĄTKI

Dzisiaj MFK Vítkovice to drugoligowy przeciętniak. Czasy swojej świetności klub ma już dawno za sobą i w tej chwili raczej nie zanosi się na kolejne złote lata. Samym sukcesem jest fakt, iż drużyna cały czas funkcjonuje na poziomie centralnym i uzyskała jako-taką stabilizację finansową. Na początku 2011 roku klub zaliczył całkowity upadek, po prostu bankrutując. Jak donosiły czeskie media, długi w pewnym momencie sięgnęły poziomu 15 milionów koron, czyli około 2,5 miliona złotych według aktualnego kursu. – To już koniec. Wiosną drugi pod względem popularności klub piłkarski z Ostrawy nie przystąpi do rozgrywek, jego wyniki z rundy jesiennej zostaną anulowane – ze smutkiem pisał lokalny dziennikarz, Martin Maceček. – Właściciele większościowego pakietu akcji klubu w wyznaczonym terminie nie zdołali znaleźć strategicznego sponsora, który zagwarantowałby wsparcie finansowe umożliwiające dalsze funkcjonowanie zespołu. Dlatego zadecydowano, że najlepszym rozwiązaniem będzie ogłoszenie upadłości.

Alois Grussmann, jedna z największych gwiazd Vítkovic na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, znany również z hiszpańskich boisk, wyraził tylko nadzieję na to, żeby nie rozwiązywać również sekcji młodzieżowej. – Zawsze naszą dumą był poziom szkolenia dzieci i młodzieży. Byłoby okrutną zbrodnią, gdyby trzystu młodych zawodników, szkolących się w tej chwili w naszej akademii, nagle znalazło się bez klubu i wylądowało na ulicy. Jest mi z tego powodu przykro, jestem wręcz zdruzgotany. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych graliśmy z chłopakami w europejskich pucharach. Wtedy naprawdę byliśmy czołowym klubem w Czechosłowacji – smucił się Grussmann.

To tylko pokazuje, jak poplątane mogą być piłkarskie koleje losu. Wystarczy pomyśleć, jakimi pieniędzmi operują dzisiaj działacze PSG. Pół miliona euro zadłużenia, które tak naprawdę utopiło Vítkovice w 2011 roku, to z pewnością nie jest kwota, jaka może zrobić wrażenie na właścicielach francuskiego hegemona. Według Forbesa, pięcioletni kontrakt Neymara z PSG wart jest… 350 milionów euro.

Screenshot_2019-07-31 Je konec Fotbalové Vítkovice třetí ligu už nedohrají

Oczywiście Vítkovice to nie był nigdy żaden super-potężny klub, który biłby za naszą południową granicą rekordy popularności. Niemniej – mówimy o drużynie ważnej dla sportowej historii Ostrawy, ekipie z wielkimi tradycjami, choć zazwyczaj pozostającej w cieniu lokalnej drużyny hokejowej. Piłkarski zespół stworzono w 1919 roku, jeszcze ponad nazwą SK Slavoj Vítkovice. Po paru latach działalności klub zaczął w jakimś sensie reprezentować morawską część podzielonego przez rzekę Ostrawicę miasta. Założony w 1922 roku – dzisiaj znacznie słynniejszy – Baník Ostrawa to z kolei duma mieszkańców Ostrawy Śląskiej (kiedyś – „Polskiej”). Rywalizacja derbowa, podsycana historycznymi, morawsko-śląskimi zaszłościami, była w Ostrawie w swoim czasie całkiem zajadła, mecze miały swoją temperaturę. Zresztą ultrasi Baníka – ekipa zwana Chachaři, czyli „Łobuzy” – są doskonale znani także w Polsce, z uwagi na dobre relacje z kibicami GKS-u Katowice.

Oba kluby z Ostrawy rozwinęły się dość mocno między innymi dlatego, że miasto już w drugiej połowie XIX wieku stało się jednym a największych w Europie ośrodków węgla i produkcję surówki żelaza. Właśnie w Witkowicach powstała w 1873 roku kopalnia Witkowitzer Bergbau- und Hüttengewerkschaft, najprężniejszy tego typu zakład w całych Austro-Węgrzech. Interesem zarządzała słynna rodzina Rothschildów.

2c58c85ec4_61191731_u

Witkowice w 1913 roku.

Kryzys finansowy, w jaki popadł ten sektor czeskiej gospodarki po przemianach ustrojowych w 1989 roku spowodował, że ekipa z Witkowic straciła swój finansowy motor napędowy. Olbrzymie kopalnie czy huty, pracujące kiedyś bez ustanku na pełnych obrotach, dziś często są już tylko skansenami, po których leniwie wałęsają się turyści, lubujący się w takich poprzemysłowych klimatach rodem z gier komputerowych utrzymanych w stylistyce post-apokaliptycznej. Szacuje się, że kompleks górniczo-hutniczy w Witkowicach – zanim został przerobiony na atrakcję turystyczną, wpisaną na wstępną Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – przez ponad 150 lat swojej historii wyprodukował około 100 milionów ton surówki i 42 miliony ton koksu. A nie jest przecież tajemnicą, że tam, gdzie funkcjonuje wielki przemysł, rodzi się też często wielki futbol. Znamy to przecież w Polsce z Górnego Śląska.

Dziś jest jak jest, ale co się w latach osiemdziesiątych zawodnicy TJ Vítkovice nadokazywali, tego im już nikt nie zabierze.

MISTRZOSTWO

Przełomowy dla klubu okazał się sezon 1980/81, gdy udało się wygrać baraż o awans do czeskiej ekstraklasy. Był to zatem wyjątkowy czas dla futbolu z Ostrawy, bo równolegle po mistrzostwo kraju – drugie z rzędu – sięgnął Baník, w barwach którego szalał w tamtym czasie na szpicy znany i lubiany Verner Lička. Oczywiście cały czas najmocniejszym piłkarskim ośrodkiem w kraju była Praga – gdy Vítkovice rozegrały swój pierwszy sezon na najwyższym poziomie rozgrywek, mistrzostwo Czechosłowacji zdobyła Dukla, na trzecim miejscu w tabeli uplasowali się Bohemians. W lidze grały jeszcze Sparta oraz Slavia.

Przez kilka pierwszych lat spędzonych w czechosłowackiej ekstraklasie, zespół z Witkowic trzymał się w środku tabeli. Z dala od strefy spadkowej, ale i bez perspektyw na miejsce na pudle. Wiodącą siłą w mieście cały czas pozostawał Baník. Wszystko zmieniło się jednak w sezonie 1985/86, gdy pieczę nad drużyną przejął Ivan Kopecký – początkujący trener, a przed laty całkiem niezły piłkarz.

Z miejsca udało mu się zrobić jedną z największych niespodzianek w dziejach czeskiego futbolu.

Screenshot_2019-07-31 1 československá fotbalová liga 1985 86 – Wikipedie

Zdeněk Svatonský w 1976 roku został mistrzem Czechosłowacji w barwach Baníka, ale wystąpił wtedy tylko w dwóch meczach ligowych. Nie przebił się do wyjściowego składu i niedługo potem wylądował za miedzą, właśnie w Witkowicach. Przeżył z niżej notowanym klubem z Ostrawy zarówno awans na najwyższy poziom rozgrywek, jak i sensacyjne mistrzostwo z 1986 roku.

– Wszystko zaczęło się w 1977 roku – wspominał w rozmowie z portalem iDNES.cz. – W TJ Vítkovice utworzyła się naprawdę silna kadra, klub zaczął przyciągać do siebie zawodników otrzaskanych z pierwszą ligą. To szybko zaowocowało awansem. Byliśmy blisko już w 1980 roku – musieliśmy wygrać ostatni mecz 4:0, rywal był kiepski, więc szanse były spore. Szybko wyszliśmy na dwubramkowe prowadzenie, potem zdobyliśmy trzecią bramkę. Niestety – sędziowie nas skręcili i nie uznali tamtego gola. To podcięło nam skrzydła, awans przeszedł nam koło nosa. Jednak byliśmy przekonani, że za rok damy radę. Do zespołu trafiły kolejne posiłki z Baníka – mieliśmy wtedy bardzo mocną kadrę jak na drugoligowe realia.

– W 1981 roku baraż o awans rozegraliśmy z Teplicami – kontynuował swoją opowieść Svatonský. – U siebie wygraliśmy 1:0. Piłkarsko wyglądaliśmy gorzej od przeciwników, ale naszym sprzymierzeńcem była rzęsista ulewa. Przed rewanżem sądziliśmy, że to będzie naprawdę cud, jeżeli na wyjeździe uda nam się zremisować. Szczęśliwie skończyło się 0:0, choć przeciwnicy mieli chyba sześć stuprocentowych okazji do zdobycia gola. Nie oznacza to jednak, że byliśmy słabi. W Pucharze Czech pokonaliśmy Spartę Praga, z „Bohemką” przegraliśmy tylko 2:3. Robiliśmy postępy.

Postępy, które zakończyły się mistrzostwem kraju.

W 1985 roku ważną rolę w zespole zaczął odgrywać 21-letni wówczas Lubomír Vlk, późniejszy zawodnik FC Porto i reprezentacji Czechosłowacji. Piłkarz fenomenalnie utalentowany, lecz jednocześnie obdarzony niezwykle kruchym zdrowiem. Kontuzje kolana przekreśliły jego karierę w Portugalii i zmusiły do przedwczesnego zawieszenia butów na kołku. Kiedy kolejny raz zerwał więzadła, dał sobie spokój z piłką.

1ab75a8a710cd3892e8a93cfeba94e40

Vlk pozostał w pewnym sensie wierny Vítkovicom, do których trafił po raz pierwszy tuż po odbyciu służby wojskowej – były obrońca pracował w klubie jako trener do 2011 roku, starając się za wszelką cenę uchronić zespół przed kompletną degrengoladą.

– Nasze mistrzostwo to był futbolowy cud – opowiadał Vlk w wywiadzie z portalem moravskoslezsky.denik.cz. – Kiedy przed sezonem trafiłem do klubu, w ogóle nie oczekiwałem, że będziemy walczyć o czołowe lokaty w tabeli. Zależało mi na regularnych występach. To, czego dokonaliśmy było szokiem dla wszystkich w Czechosłowacji. Graliśmy futbol mocno… wyczynowy. Po dwóch tygodniach naszych letnich przygotowań chciałem opuścić zgrupowanie i rozwiązać kontrakt z klubem. Trenowaliśmy na boisku żużlowym. Byliśmy czarni, nie mogliśmy się doczyścić, a z nieba lał się żar. Trzydzieści stopni w cieniu. Jednak dzisiaj nie zamieniłbym tamtych doświadczeń na nic innego. Wciąż jestem w stanie wymienić wszystkie wyniki z tego pamiętnego sezonu. Kiedy spotykam się z chłopakami z mistrzowskiego składu, zawsze mamy co wspominać. Boli mnie tylko to, że nie mogliśmy świętować mistrzostwa z pucharem w dłoni. Dostaliśmy medale, dyplomy. A pucharu nie. Kiedy Sparta wygrała mistrzostwo rok później, normalnie przyznano jej trofeum. Niby bzdura, ale mnie to zabolało.

Jakie były zatem powody niespodziewanego sukcesu ligowego średniaka?

– Myślę, że strzałem w dziesiątkę okazało się ściągnięcie młodych zawodników. W zespole powstała mieszanka młodości i rutyny, co świetnie zadziałało – uważa Vlk. – W drużynie wcale nie było tak wielu lokalnych piłkarzy z Ostrawy. Wręcz przeciwnie – działacze klubu ściągali utalentowanych graczy z całej Czechosłowacji. Od Stropkova po Teplice. Naszym najlepszym zawodnikiem był Milan Lišaník, jeden z naszych obrońców. To był wielki bohater mistrzowskiego sezonu. Choć muszę też docenić doświadczonych kolegów, takich jak Zdeněk Svatonský.

Sam Svatonský z rozrzewnieniem wspomina swoją rolę w zespole: – Młodzi często się wściekali na to, jak ich traktowaliśmy. Ale takie były realia piłkarskiej szatni. Działała hierarchia.

Nie da się ukryć, że kluczowa dla mistrzostwa ekipy z Witkowic była właśnie atmosfera, doskonałe przygotowanie fizyczne i bezwzględna, twarda defensywa. Rzut oka na tabelę mówi wszystko – wicemistrzowie kraju, Sparta Praga, zdobyli 75 goli w trzydziestu ligowych kolejkach. TJ Vítkovice – ledwie 48 trafień na koncie. Przepaść. Oczywiście spartańskie warunki do treningu i morderczy wysiłek to połączenie, które kosztowało zawodników sporo zdrowia. Wiecznie poturbowany Vlk opowiadał po latach, że gdy po przenosinach do Portugalii lekarze zbadali stan jego kolan i dowiedzieli się więcej o metodach stosowanych przez trenerów z Czechosłowacji, to stwierdzili, że nawet najbardziej wyczerpująca praca fizyczna w kopalni nie doprowadziłaby jego organizmu do takiego stanu. – Porto kupiło mnie w momencie, gdy leczyłem poważną kontuzję, co potrwało w sumie dziesięć miesięcy. Można sobie wyobrazić, jakie to uczucie – jesteś piłkarzem, wyjeżdżasz do nowego klubu i zamiast grać, odwiedzasz kolejnych lekarzy, którzy mówią tylko po portugalsku…

Mimo wszystko – mistrzostwo kraju pozwoliło się wielu zawodnikom z Witkowic po prostu wypromować.

– Przed tamtym sukcesem dziennikarze kompletnie się nami nie interesowali – opowiadał szkoleniowiec mistrzowskiej drużyny, Ivan Kopecký. – Interesował ich w Witkowicach wyłącznie hokej. A potem dwukrotnie pokonaliśmy Baník w derbach, zajęliśmy pierwsze miejsce w tabeli. Nagle wszyscy zdali sobie sprawę, że istniejemy. Zaczęła się popularność, ale dla nas największą nagrodą i tak była możliwość występu w Pucharze Europy.

PARYŻ

Zupełnie inaczej wyglądała w tamtym czasie sytuacja Paris Saint-Germain, które – podobnie jak Vítkovice – w sezonie 1985/86 sięgnęło po pierwszy tytuł mistrzowski w swojej historii. Dość krótkiej – klub założono w 1970 roku, a szesnaście lat później znalazł się on na szczycie francuskiej pierwszej dywizji. Oczywiście mówimy o innych realiach w świecie futbolu – PSG w tamtym czasie, choćby nie wiem jak wielkie miało ambicje, nie miało możliwości, by poruszać się po rynku transferowym tak zamaszyście jak dzisiaj.

Co nie zmienia faktu, że ekipa ze stolicy Francji już w tamtych latach dysponowała odpowiednią mocą przyciągania i skupiała w swoim składzie wiele piłkarskich znakomitości znad Loary.

Pierwszym sygnałem, że paryski klub ma zamiar rozsiąść się wygodnie na najwyższej grzędzie we francuskim futbolu był finał Pucharu Francji z 1982 roku, w którym PSG zmierzyło się z potężnym w tamtych latach AS Saint-Étienne. Zainteresowanie spotkaniem było gigantyczne – stadion Parc des Princes mógł w tamtym czasie pomieścić nieco ponad 46 tysięcy widzów, tymczasem chęć kupna biletu zgłosiło… prawie 200 tysięcy kibiców. Wszyscy chcieli na własne oczy zobaczyć, czy „Zielony Anioł” Rocheteau, były zawodnik ASSE, zdoła przyćmić ostatni występ Michela Platiniego w ramach francuskich rozgrywek, psując słynnemu rywalowi pożegnanie z klubem. Późniejszy kolekcjoner Złotych Piłek miał lada moment opuścić ojczyznę i przenieść swoje talenty do Juventusu, było zatem jasne, że zechce się pożegnać jak przystało na wielkiego czempiona – zwycięstwem. Jednak to paryżanie wyszli z tamtego starcia górą. Platini strzelił dwie bramki, w tym jedną w dogrywce, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 2:1. Swoje zrobił.

Wyrównującym trafieniem w – dosłownie – ostatnich sekundach spotkania odpowiedział jednak Rocheteau.

psgsainterocheteau2

Stadion eksplodował ze szczęścia – kibice gospodarzy chyba w przypływie dzikiej radości zapomnieli, że mecz się jeszcze nie zakończył – wdarli się na boisko, powodując totalny chaos. Trochę potrwało, nim uspokojono sytuację na boisku i poza nim. Panowanie nad sobą stracił też prezydent Les Parisiens, Francis Borelli, który ze wzruszenia wycałował nawet murawę Parku Książąt. – Tamten gol to był najbardziej emocjonujący moment mojego życia. Nie wierzyłem już w wyrównanie. Nikt na stadionie nie wierzył. Wszyscy wokół mnie powtarzali, że jest po meczu. A jednak Rocheteau strzelił. Spontanicznie pocałowałem błogosławioną ziemię naszego stadionu, żeby podziękować za tę bramkę niebiosom. Widziałem w Tunezji, że muzułmanie dziękują w ten sposób swojemu Bogu – opowiadał Borelli, cytowany przez parisunited.fr.

Koniec końców – jedenastki lepiej egzekwowali natchnieni euforią zawodnicy PSG i Puchar Francji trafił do ich gabloty. Platini zagrał fenomenalnie, ale musiał obejść się smakiem. To było pierwsze duże trofeum w historii Saint-Germain. I wyraźny sygnał, że ze stołecznym klubem wszyscy w lidze muszą się już na poważnie liczyć.

Wywalczone cztery lata później mistrzostwo, uświetnione passą 26 spotkań ligowych bez porażki, było zatem naturalną konsekwencją rosnącej potęgi kadrowej i finansowej klubu, wprost nafaszerowanego gwiazdami. Przynajmniej w skali francuskiej ekstraklasy. Dość powiedzieć, że mistrzowski skład paryżan został jeszcze dodatkowo umocniony ściągnięciem wspomnianego już Vahida Halilhodžica, bodaj największej gwiazdy wicemistrzów kraju z Nantes. Oraz transferem Julesa Bocandé, króla strzelców rozgrywek. Działacze PSG chcieli mieć w składzie każdego z najbardziej znaczących zawodników ligi. Montowali pakę na Puchar Europy i nie wstydzili się otwarcie o tym mówić.

Halilhodžić wyznał po latach bośniackiej prasie: – W Nantes zostałem królem. Przyjęto mnie tam z takimi honorami, że w końcu otrzymałem nawet propozycję podpisania dożywotniego kontraktu. To pierwszy i ostatni taki przypadek w historii klubu, a może i futbolu. Jednak po kilku latach spędzonych na francuskich boiskach czułem się już gotowy, by wrócić do ojczyzny. Miałem 34 lata, a w dodatku mój ojciec był w tamtym czasie ciężko chory. Nie mógł się ruszać, chciałem się nim zaopiekować i spędzić z nim ostatnie lata jego życia. Zacząłem zatem żądać od Nantes niewyobrażalnej podwyżki zarobków. Postawiłem warunki, których po prostu nie mogli zaakceptować. Tymczasem odezwał się do mnie Borelli z Paryża. Dał mi taki kontrakt na rok, że sytuacja się odwróciła – tym razem to ja po prostu nie mogłem odmówić. Warunki jego oferty były fantastyczne. Potrzebowali mnie w Paryżu, bo chcieli dobrze się zaprezentować w Pucharze Mistrzów.

Z jednej strony zatem – Paris Saint-Germain, oferujące gwiazdom takie pieniądze, by zza ich stosu nie było widać łoża boleści, na którym spoczywa umierający ojciec. Z drugiej – TJ Vítkovice. Drużyna, której nawet w lidze czechosłowackiej nikt nie traktował do końca poważnie, a jej mistrzostwo odebrano jako coś w rodzaju błędu Matrixa.

Wydawać by się mogło, że los nie był łaskawy dla ambitnego klubu z Ostrawy.

PUCHAR EUROPY

Gdy 17 września 1986 roku mistrzowie Francji i Czechosłowacji wyszli na murawę stadionu Parc des Princes, żeby rozegrać pierwsze starcie I rundy Pucharu Europy Mistrzów Krajowych, nikt w Paryżu w ogóle nie rozpatrywał innego scenariusza, niż spokojny triumf gospodarzy. Kilka bramek do zera i Les Parisiens żegnają czeskiego frajera. Rewanż? Formalność. Francuscy kibice niespecjalnie się nawet tamtym spotkaniem zainteresowali. Na mecz pofatygowało się zaledwie około szesnaście tysięcy widzów. Dla gości z Moraw to i tak był niewyobrażalny tłum, gospodarze natomiast czuli się raczej jak na pikniku. Podczas spotkań naprawdę istotnych obiekt wypełniał się przecież po brzegi. Przyjazd przybyszów zza żelaznej kurtyn nie zwiastował jednak zbyt interesującego widowiska.

Trudno przecież, by takiemu gigantowi jakim był Safet Sušić drżały łydki na widok Jaroslava Zápalki. Gdyby to była jakaś poważniejsza czeska firma – podejście byłoby całkiem inne. Ale anonimowe Vítkovice?

Screenshot_2019-07-31 Paris Saint-Germain - MFK Vitkovice, Sep 17, 1986 - European Champion Clubs' Cup - Match sheet

W gruncie rzeczy Francuzi wcale nie mieli aż tak wielu powodów do żadnej przesadnej pewności siebie. Ich dotychczasowe przygody w europejskich pucharach wypadały bardzo, ale to bardzo blado. Stąd gorączkowe wzmocnienia przed sezonem. No i już po ośmiu minutach meczu z czeską ekipą – prztyczek w nos. Luděk Kovačík wyprowadził przyjezdnych na prowadzenie.

– W naszej drużynie panował porządek i pełna koncentracja – wspominał trener gości, Ivan Kopecký na łamach strony mfkv.cz. – Kiedy przejąłem zespół, zrobiłem w nim czystkę. Niektórzy gracze musieli odejść, bo nie chcieli się podporządkować zasadom. Wyeliminowałem też tych, którzy nadużywali alkoholu. Zaczęliśmy ciężko trenować, rozpoczynając drogę do sukcesu. Chociaż byłem początkującym trenerem, starsi zawodnicy, którzy byli w zespole już od dawna, zaakceptowali metody i pozwolili sobie narzucić dyscyplinę. Oczywiście trzeba było w tym wszystkim znaleźć złoty środek. Zawodnicy w mojej obecności nie mieli prawa napić się piwa, ale przecież wiem, że robili to gdzieś z tyłu w autobusie. Po jakimś czasie oduczyłem się też chodzenia przed meczem do toalety, bo można się tam było udusić od dymu papierosów. W szatni palenie było zakazane. Ale miałem świadomość, że jak Zápalka sobie nie zakurzy, to nie będzie w stanie złapać żadnej piłki.

Rzeczywiście. Bramkarz musiał zapalić papierosa przynajmniej raz na godzinę. – W mistrzowskim sezonie naszą najlepszą piłkę zaczęliśmy grać dopiero po dwudziestej kolejce, gdy inni pomału tracili tempo, a my cały czas czuliśmy się świetnie – dodał szkoleniowiec. – Ja bez ustanku się kształciłem, chcąc poprawiać naszą szybkość i wytrzymałość. Czerpałem ze szkoły niemieckiej. Korzystałem też z pomocy psychologa, co było w Czechach kompletnie nieznaną praktyką.

– Zawodnicy Paris Saint-Germain chyba nie do końca wiedzieli, kim my w ogóle jesteśmy i na co nas stać – dodał wprost trener.

Stan meczu w osiemnastej minucie wyrównał Halilhodžić, lecz po paru chwilach gol z przypadku i zrobiło się 1:2. W drugiej połowie podopieczni Gérarda Houlliera zdołali wyrównać stan meczu. I nic ponadto. – To było najbardziej nerwowe spotkanie w mojej trenerskiej karierze – mówił trener Kopecký. – Dziesięć minut przed końcem Bocandé władował się w naszego bramkarza, strasznie go poturbował i wybił mu obojczyk. Chciałem już ustawić między słupkami napastnika, ale lekarze powiedzieli, że Zápalka da sobie radę. Nie mieliśmy dostępnych zmian. Jakoś dotrwał do końca, a lekarze stali za bramką i krzyczeli mu tylko: „Teraz w prawo! Teraz w lewo!”.

Sensacja stała się faktem. Oczywiście paryżanie wciąż mieli szansę, żeby odrobić straty. Jednak lata osiemdziesiąte to były jeszcze takie czasy, gdy atut własnego stadionu naprawdę coś znaczył. Dziś w europejskich pucharach większość klubów zna się już na wylot i nie ma możliwości, żeby ten czy inny stadion albo specyficzna płyta boiska wywołała w jakimś zawodniku efekt zaskoczenia, jakąś formę konsternacji. W 1986 roku troszkę inaczej to wyglądało.

Być może dlatego słynne pismo L’Équipe wyliczyło przed rewanżem, że PSG ma… 17% szans na awans do kolejnej rundy. Kolejnej, czyli drugiej. Ambicje francuskiego klubu naprawdę sięgały w tamtym czasie wyżej.

– Rywal był tak wymagający, że nawet nasi najlepsi zawodnicy z linii ataku musieli maksymalnie zaangażować się w grę defensywną, za co mam dla nich największe uznane – mówił przed drugim starciem z PSG trener Czechów. – Teraz nie możemy dać się ponieść euforii. Przeciwnik będzie zdeterminowany, że odpokutować swój kiepski występ na naszym stadionie. Dowiedziałem się, że piłkarze z Paryża za awans do kolejnej rudy zarobią po 50 tysięcy franków na głowę, a my wystąpimy bez naszego podstawowego bramkarza.

Screenshot_2019-07-31 MFK Vitkovice - Paris Saint-Germain, Sep 30, 1986 - European Champion Clubs' Cup - Match sheet

Kopecký w rewanżu pokusił się o kilka zaskakujących rozwiązań personalnych. Z przodu oddelegował do gry Zbynka Houškę, którego nikt się w wyjściowej jedenastce na tak istotne spotkanie nie spodziewał. Tymczasem to właśnie ten wyciągnięty z kapelusza Houška zrobił podczas meczu w Ostrawie akcję, której efektem był zwycięski gol dla gospodarzy. Czech dał się sfaulować w obrębie szesnastego metra, rzut karny został bezbłędnie wykorzystany i po 68 minutach spotkania na stadionowym zegarze pojawił się wynik 1:0.

Osiem tysięcy kibiców stłoczonych na miejskim obiekcie oszalało z radości. Choć Vítkovice broniły się w dziesięciu, kolejne gole nie padły.

– Drużyna z Czech grała prosty, bardzo bezpośredni futbol. Na ich tle nie mogliśmy zaistnieć, prezentując znacznie bardziej wyrafinowany sposób rozegrania akcji – mówił po spotkaniu przybite Houllier. Jego słowa można zweryfikować TUTAJ i obejrzeć rewanżowe starcie w całości.

– Tak właśnie wtedy graliśmy – opowiadał pauzujący z rewanżu Zápalka portalowi e15.cz., niejako przyznając rację szkoleniowcowi PSG. – Wchodziliśmy na boisko z zamiarem zabicia meczu w trakcie pierwszego kwadransa. Potrafiliśmy się długo i skutecznie bronić. Dla mnie dwumecz z Paryżem był akurat dość niefortunny – kontuzja, jakiej doznałem w pierwszym spotkaniu prawie zakończyła moją sportową karierę. Dostałem potężny cios w głowę, lecz nie mieliśmy już dostępnych zmian, a do końca meczu nie brakowało wiele. Zaraz po ostatnim gwizdku arbitra trafiłem do paryskiego szpitala – okazało się, że mam potężne wstrząśnienie mózgu i około trzynastu złamań. Spędziłem w szpitalu osiem miesięcy. Bałem się, że nigdy już nie zagram, ale w końcu wróciłem na boisko. Na początku było mi trochę nieswojo, jednak szybko wróciłem do dawnej dyspozycji. Na szczęście nikt nie kazał mi bronić w hełmie. Odmówiłbym.

Jak łatwo się domyślić – paryskiej drużynie nie było łatwo otrząsnąć się po takiej porażce. PSG zajęło dopiero siódme miejsce w lidze i wkrótce potem popadło w taki kryzys formy, że bilety na ich mecze były rozdawane za darmo. W 1988 roku drużyna ledwo wybroniła się przed spadkiem. Tymczasem Vítkovice poszły za ciosem.

POTWIERDZIĆ KLASĘ

W II rundzie Pucharu Europy 1986/87 los skojarzył ekipę z Ostrawy z FC Porto, które w tamtym czasie było jeszcze groźniejszym rywalem niż PSG. Czesi znów sposobili się do zrobienia niespodzianki, wygrywając pierwszym meczu u siebie 1:0. Jednak rewanż na Estádio das Antas stanowił ostatni etap pięknej, europejskiej przygody. Porto – przy wsparciu prawie 80 tysięcy widzów – zatriumfowało aż 3:0. I wygrało już potem wszystkie mecze w rozgrywkach, sięgając po Puchar Mistrzów. Vítkovice to jedyny zespół, który w tamtej edycji turnieju pokonał późniejszych mistrzów. Mecz w Portugalii też nie był wcale jednostronny, nawet jeżeli wynik świadczy inaczej.

– Byliśmy jedynymi, którzy tego dokonali! – ekscytował się w jednej z rozmów cytowany już Alois Grussmann. – Ja dołączyłem do zespołu już po zdobyciu mistrzostwa, więc przeżywałem ten sukces trochę inaczej. Jednak pamiętam, że euforia wokół naszego zespołu była wręcz niewyobrażalna. Nikt więcej nie potrafił pokonać wtedy Porto. W całej Europie daliśmy radę tylko my.

W kolejnym sezonie ligowym klub z Witkowic potwierdził duże możliwości, zajmując drugie miejsce w lidze. Udało się potem zawędrować Czechom do ćwierćfinału Pucharu UEFA. Tam po wyrównanych bojach polegli z hiszpańskim Espanyolem, który w poprzednich rundach wyeliminował z rozgrywek kolejno Milan i Inter i smak porażki poznał dopiero w finale, zresztą – po rzutach karnych. – Miałem kolegę z Betisu. Opowiedział mi, że w Espanyolu bardzo się nas obawiali – zapewniał Grussmann. – Ich trener wyszedł przeciwko nam ośmioma defensywnymi zawodnikami. Nie udało nam się przebić ich muru. W pierwszym meczu przegraliśmy 0:2, w rewanżu obijaliśmy słupki i poprzeczkę, ale nic nie chciało wpaść do siatki.

I runda Pucharu UEFA 1987/88.

To były już ostatnie europejskie podrygi podupadłego dziś klubu.

– Szczerze mówiąc, to ja tak samo mocno cenię sobie nasz drugi znakomity sezon, gdy osiągnęliśmy wicemistrzostwo kraju – przyznał Lubomír Vlk. – Udowodniliśmy, że nasz pierwszy sukces nie był dziełem przypadku, tylko efektem naszej ciężkiej pracy. Nasza drużyna się trochę zmieniła, niektórzy z bardziej doświadczonych zawodników odeszli, a jednak utrzymaliśmy wysoki poziom. Nasze mistrzostwo nie było zbiegiem okoliczności, udowodniliśmy to. Odmienionym zespołem z dobrej strony pokazaliśmy się w Pucharze UEFA. Bardzo doceniam to drugie miejsce. Nie bez powodu mówi się, że łatwiej jest osiągnąć szczyt niż się na nim później utrzymać.

Wkrótce jednak ruchów transferowych zrobiło się zbyt wiele. Drużyna – niczym kometa – zniknęła z krajowego topu. – Odchodzili kolejni zawodnicy. Osiągnęli tak wiele w klubie, że chcieli poszukać większych, sportowych wyzwań – wspominał trener Kopecký. – Mój trzeci rok był kiepski. Nie było wyników. Czułem, że zespół potrzebuje nowego impulsu.

– Czasami zastanawiałem się nad tym, jak to by wyglądało, gdyby ta przygoda zdarzyła nam się dziesięć lat później, już w latach dziewięćdziesiątych – zadumał się z kolei Luděk Kovačík. – Zwłaszcza gdy widzę, kto robi dzisiaj karierę w ligach zagranicznych. Wystarczy mieć dziurę w dupie, żeby wyjechać. Dobry agent wszystko załatwi. Jednak wiem, że nie warto w ten sposób myśleć i żałować czegoś, na co się nie ma wpływu. Bo co mają powiedzieć piłkarze, którzy osiągali sukcesy jeszcze wcześniej? Oni też byli wspaniali, ale nie dane im było zrobić kariery. Takie realia.

Michał Kołkowski

cytaty: iSport.cz, iDNES.cz, e15.cz, mfkv.cz, moravskoslezsky.denik.cz

KOMENTARZE (3)