Górnicy mieli nas za darmozjadów
Weszło Extra

Górnicy mieli nas za darmozjadów

W 1979 roku rywalizował z Diego Maradoną o tytuł króla strzelców Młodzieżowych Mistrzostw Świata w Tokio. Później na wysokim poziomie grał jeszcze przez wiele lat, został nawet brązowym medalistą Mundialu w Hiszpanii z 1982 roku i trzykrotnym mistrzem Polski z Górnikiem Zabrze, ale zdaje się, że karierę zrobić mógł większą.  

Andrzej Pałasz, a właściwie Andreas Pallasch, w dłuższej rozmowie opowiada m.in. o szarej rzeczywistości PRL, kolorowej technologii w Japonii, pobieraniu opłat w kopalni, lekceważącym spojrzeniu górników, wpływie Zbigniewa Bońka na zespół Antoniego Piechniczka, trenowaniu młodzieży w Chinach i wielu innych tematach. 

Zapraszamy. 

*** 

O co mnie pan będzie pytał? Życie już trochę trwa, nasze czasy już minęły, a i tak cały czas muszę o sobie opowiadać.

Powstało mnóstwo mitów na temat polskiego futbolu z pańskich czasów i kto inny ma o tym opowiadać, jeśli nie sami bohaterowie? 

Oczywiście, że my powinniśmy! Większość ludzi niewiele wie o kulisach naszego brązowego medalu z 1982 roku i póki chcą się tylko dowiedzieć czegoś więcej, to nie mam z tym żadnego problemu. Ten pojawia się dopiero wtedy, kiedy ktoś, nie mając pojęcia o niczym, nagle zaczyna się mądrzyć. I powstają totalnie wyssane z palca mity. Dla nas za to było to wielkie spełnienie marzeń. Czuliśmy, że nawiązujemy do sukcesów Orłów Górskiego, że też nas się będzie wspominać po latach 

Wychował się pan na tej drużynie z 1974 roku? 

Miałem czternaście lat, chłonąłem piłkę, jej klimat, zapamiętywałem nazwiska wszystkich zawodników, żeby potem podziwiać ich na ekranie. Każdy mecz tamtych Mistrzostw Świata był świętem. Domowym rytuałem. Celebrowaliśmy każdy moment. I proszę sobie wyobrazić, co mogłem czuć, kiedy kilka lat później wybiegałem na boisko z Grzegorzem Lato czy Andrzejem Szarmachem. Urzeczywistnienie marzeń z dzieciństwa.  

Zanim mógł pan zagrać ze wspomnianymi legendami, piłkarska Polska usłyszała o panu w kontekście świetnej gry na młodzieżowych Mistrzostwach Świata z 1979 roku. 

Wydarzenie na skalę światową. Wielkie przeżycie. I to nie tylko w sensie piłkarskim, bo przecież w tamtych czasach praktycznie nie można było podróżować, a tamte mistrzostwa odbywały się w Japonii. Zupełnie inna kultura, inny świat, inni ludzie.  

Co najbardziej uderzyło młodych chłopaków przyjeżdżających z rzeczywistości PRL do jednego z najbardziej rozwiniętych krajów Azji? 

W Polsce nie było nic. Nic nie można było kupić, nic nie można było zobaczyć, w żaden sposób nie można było pokolorować tego świata. A Japończycy, już wtedy, znajdowali się na wysokim standardzie technologicznym i nas ta cywilizacja dziwiła na każdym kroku. Chodziliśmy po wielkim, skomunikowanym, oświetlonym Tokio i porównywaliśmy sobie do szarych, ciemnych, polskich miast. Wiadomo, pochodzę ze Śląska i jedyne światło, jakie mogłem na co dzień widzieć, to światło z koksowni.  

Dzisiaj brzmi to anegdotycznie. 

Śmieje się pan, a dla nas to było tak uderzające, że chodziliśmy przestraszeni ogromem skali tej różnicy między tym światem a naszym. Wszystko to imponowało i zaciekawiało, ale mimo wszystko przyjemnie było wrócić do domu. Dwa tygodnie wystarczyły. Powrót do siebie, do swojego życia, do tego co się znało stanowił pewną ulgę.  

Zanim wyjechaliście, zdarzało wam się wychodzić na miasto w poszukiwaniu wrażeń? 

Większość czasu spędzaliśmy w hotelach, na treningach i przygotowaniach do meczów. Odpadliśmy dopiero w półfinale, a potem graliśmy jeszcze przecież o trzecie miejsce, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na luźniejsze wieczory. Dużo przemieszczaliśmy się z miejsca w miejsce i to dopiero były przeżycia. Wszyscy wiedzą, jak wyglądały polskie pociągi, niemające zbyt ciekawego rozkładu, a tam? Świat jak z bajki. Przejeżdżało się na przykład obok góry Fudżi, przepięknej, widocznej z pociągu. Wrażenia niezapomniane, choć przyznam, że wtedy jako młody chłopak, nie byłem jeszcze na tyle światły, żeby chodzić po muzeach, zwiedzać, spacerować. Do tego trzeba dorosnąć. 

Pojechał z wami jakiś partyjny wysłannik, żebyście się za bardzo nie zachłysnęli cywilizacją innej kultury? 

Przy wszystkich zagranicznych wyjazdach pojawiało się dużo osób towarzyszących, ale nigdy nie interesowało mnie, kto to jest i jaki ma status społeczny. Dla mnie nie ma znaczenia, z jakiej ktoś jest partii, a jakim ktoś jest człowiekiem. 

To był dla pana bardzo udany turniej. Strzelił pan pięć goli, kręcił pan defensorami drużyn przeciwnych i zaczęto mówić, że pierwszą reprezentację zasili niedługo wschodząca gwiazda światowej piłki.  

Znajdowałem się na dobrej fali. Cieszyłem się, bo nigdy nie byłem typowym snajperem, a tylko dwóch zawodników strzeliło więcej bramek ode mnie – Ramon Diaz z ośmioma golami i Diego Maradona z sześcioma. Do medalu, bo zajęliśmy czwarte miejsce, zabrakło nam bardzo niewiele. Przegraliśmy po rzutach karnych z Urugwajem 

Po Maradonie było widać, że jest dotknięty palcem bożym? 

Wywodzi się z kraju piłkarskich geniuszy. Sam ten fakt w piłce predestynuje go do jakichś wręcz metafizycznych, ponadludzkich umiejętności. Kiedy jednak jechałem do Japonii, w ogóle go nie znałem. Nic nawet o nim nie słyszałem. Gadaliśmy sobie z chłopakami, że mamy tak dobrą drużynę, że pokonamy wszystkich. Dopiero na miejscu zaczęliśmy słyszeć, że w Argentynie gra jakiś chłopak o nieprawdopodobnych umiejętnościach i że kręci się wokół niego cały turniej. Ale mnie tam było wszystko jedno. Wrażenie zrobił już na samym boisku. Popatrzyłem i pomyślałem: ,,nieźle”. To co robił z piłką, lekkość, gracja, klasa, trudne do opisania.  

A pan wcale nie był wtedy od niego wiele gorszy! 

Zawsze pełniłem rolę wolnego elektronu w ofensywie. Za niski, za wątły, żeby grać w obronie musiałem nadrabiać talentami technicznymi po drugiej stronie boiska. Dużo biegałem, szybko, byłem szczupły, zwinny, wykorzystywałem swoje przewagi, pełniąc często rolę podwieszonego napastnika. Większą satysfakcję niż strzelanie goli sprawiało mi dryblowanie, oszukiwanie rywali, obsługiwanie kolegów celnymi podaniami. Asysty były moją największą bronią.  

Słynął pan z niebanalnego i nieschematycznego dryblingu.  

Andreas Pallasch, wtedy jeszcze Andrzej Pałasz, to dziecko podwórka! Wszystkie umiejętności tam ukształtowałem. Do Górnika Zabrze przyszedłem mając dziesięć lat. W dzisiejszych czasach byłyby to cztery lata straty. I te braki rekompensowało właśnie podwórko. Mieliśmy relatywnie dużo miejsca między blokami, przed szkołą, na placach. Tworzyliśmy drużyny, osiedle na osiedle, szkoła na szkołę, blok na blok. Sami przyszywaliśmy sobie numery na koszulki, słupki bramek tworzyliśmy z kamieni, kto miał piłkę, ten był kapitanem i wybierał drużyny. Teraz każdy ma po kilka futbolówek w domu, wtedy to był rarytas. 

Zdarzało się, że miał pan piłkę? 

Jak rodzice mieli trochę odłożonych pieniędzy, to mogłem kupić sobie taką tanią, gumową piłkę w siatce z kiosku. Zawsze, w drodze do domu ze szkoły, kopałem sobie w nią i za każdym razem wracała do nogi. Teraz powstała unowocześniona wersja na bungee gumie i jest to bardzo dobry sposób na szkolenie podstawowych umiejętności technicznych. Wracając, to takiej prawdziwej piłki przeważnie nie miałem. Tylko raz dostałem taką piękną, skórzaną od dziadka. Wyglądała jak szydło z buta, pompowało się w nią powietrze, zakorkowywało się i można było grać. Na co dzień korzystałem z hojności chłopaków, których rodzice mieli akurat więcej kasy.  

Jak pan trafił do Górnika? 

Długo byłem za niski i za chudy, aż wreszcie pewnego razu syn znajomej mojej mamy, grający w drugim zespole Górnika, zaczepił trenera i powiedział mu, żeby zobaczył, jak mi idzie, że mam potencjał, to coś i nic przecież nie szkodzi mnie przetestować. Doszło do tego, przyszedł i już zostałem. Na siedemnaście kolejnych lat.  

W tym czasie trzykrotnie zdobył pan mistrzostwo Polski. Lata 80. generalnie to barwny czas w polskiej piłce. Istniało coś takiego jak typowy styl życia PRL-owskiego piłkarza? 

Że dużo wódki się piło? 

Właśnie głównie wódkę miałem na myśli.  

Takie były czasy, że zawsze pojawiało się coś na stole. Zawsze. Pytanie tylko, jak dużo tej wódki. Pamiętajmy, że nie byliśmy wtedy żadnymi zawodowcami. Zatrudniano nas w kopalniach, tylko że nie musieliśmy tam pracować, a na swoje pensje zarabialiśmy na boisku. Wszyscy młodzi, spełniający marzenia, myślący tylko o piłce nie za bardzo mieliśmy świadomość tego, ile umożliwi nam nasz talent. Oczywistym jest, że kopanie piłki jest mniej męczące niż praca górnika w kopalni, więc siłą rzeczy pewne udogodnienia nam przysługiwały w tym względzie.  

Kiedy chodziliśmy po wypłaty do kopalni, nie byliśmy mile widziani. Kopalniacy, wychowywani na starej śląskiej szkole i specyficznych zasadach, nie mogli zrozumieć, dlaczego – w ich rozumieniu – mamy prościej. Też ich trochę rozumiem, mam wykształcenie górnika, potrafię się wczuć. Pracowali naprawdę ciężko. Codziennie. Z drugiej strony każdy może grać w piłkę. Głupim byłoby niewykorzystywanie swojego talentu, bo ktoś inny go nie ma i musi inaczej zarabiać na chleb. Tak czy inaczej, długo nazywali nas darmozjadami.  

Część osób może uważała was za darmozjadów, ale potem oni wszyscy i tak przychodzili na stadion. 

Kibiców na Górniku zawsze było mnóstwo. Nie można było narzekać. Mieliśmy z nimi bezpośredni kontakt. Znaliśmy ich. Szedłem na kopalnię, miałem swój numerek, normalnie obok pracowników, mogli do mnie podejść, porozmawiać, a potem spotkać się ze mną na stadionie. Oni na trybunach, ja na boisku, ale ta więź była zwyczajnie bliższa.  

Szybko przebiłem się z juniorów do pierwszej drużyny, moja pensja wzrastała i wszyscy w mojej rodzinie bardzo się cieszyli, bo w domu nigdy nie było u nas za wiele pieniędzy, a na każdy grosz patrzyliśmy z szacunkiem. 

Życie piłkarza pozwalało na obracanie się w bardziej kolorowej rzeczywistości? 

Kolorowe życie brzmi nieco przewrotnie i zabawnie, nie wiem dokładnie, jakie kolory miałyby nagle się pojawić, ale niewątpliwie można było sobie na więcej pozwolić. Głownie ze względu na wyższe zarobki.  

A już na pewno, kiedy trafił pan do reprezentacji Polski. 

Początkowo dostawałem szansę głównie w meczach towarzyskich. Sztab szkoleniowy próbował nowych wariantów, nowych zawodników, nowych ustawień i nie osiągaliśmy jakichś wybitnych wyników, ale nie o to w tym wszystkim chodziło.  

Pamiętam swój debiut w kadrze. Miałem raptem dwadzieścia lat. Irak, egzotyczny kraj, później, wiadomo, była tam wojna, ale znowu nie mieliśmy czasu na zwiedzaniem. Wychodzę na boisko, trochę pograłem i od razu strzeliłem gola. 1:1. 

Może czegoś pan nie pamięta, ale we wszystkich statystykach figuruje informacja, że debiutował pan w przegranym 0:1 spotkaniu z Marokiem.  

To nie był oficjalny mecz, przynajmniej nikt go tak nie traktował. A może wcale nie mam racji? Tyle lat minęło, że może mi się coś czasami pomylić. Kwestia pamięci. Moja zapamiętała Irak, gola, radość i dumę po nim. 

Rozmawialiśmy na początku, że wychował się pan na Orłach Górskiego. Jak pana przyjęli do kadry? 

Wspaniale. Trudne charaktery, ale bardzo życzliwi ludzie. Obserwowałem ich z boku i skrycie podziwiałem. Szarmach w polu karnym wyprawiał takie rzeczy, że żaden bramkarz nigdy nie mógł być spokojny. Z Januszem Kupcewiczem znaliśmy się z Gliwic, z Zbyszkiem Bońkiem z Łodzi, byliśmy przeciwnikami, rywalami, a na Mistrzostwa 1982 wszyscy zjednoczyliśmy się w jednym celu. Miał być medal.  

I oczywiście, wielka frajda, świetna drużyna, ale osobiście nie jestem zadowolony z tego turnieju. Nie mógłbym być. Dostałem medal, zapisałem się w historii polskiej piłki, ale nie osiągnąłem tego, co bym mógł. Nie pokazałem nic specjalnego. 

Zagrał pan tylko w dwóch meczach. 

Planem Antoniego Piechniczka na spotkanie z Kamerunem było ofensywniejsze ustawienie, więc dostałem szansę. Nie trafiłem z formą. Nie czułem się dobrze, nie asystowałem, nic nie strzeliłem, nikogo nie wkręciłem w ziemię i trochę sensacyjnie zremisowaliśmy bezbramkowo.  

Potem w półfinale wszedłem przeciwko Włochom w drugiej połowie. Miałem pomysł. Chciałem wykorzystać swoją świeżość, wypoczęcie i pomęczyć trochę defensywę rywala, ale znowu jak głową w mur. Przegraliśmy, bo byliśmy zwyczajnie gorsi. Trudny moment. Brutalna weryfikacja marzeń. Półfinał, tak blisko finału, ale natrafiliśmy na ścianę nie do przejścia. Kiedy o tym myślę, odczuwam silną nostalgię. Zapamiętałem ułamki sekund, złe zagrania, wszystko to się rozpamiętuje, rozgrywa w głowie, zastawiając się, co poszło nie tak i co można było zrobić lepiej. Nie mogłem być zadowolony ze swojej dyspozycji. Słusznie Piechniczek nie wystawił mnie w meczu o trzecie miejsce z Francją. Nie zasłużyłem. 

W piłce o tym jak cię zapamiętają decydują minuty. Przychodząc z juniorów do pierwszego składu Górnika dostałem szansę wejścia na boisko, bo kolega z zespołu złapał kontuzję. Zaprezentowałem się z najlepszej strony. Tu pobiegłem, tam podałem, tu pompa, tam drybling i zostałem w drużynie. Trafiłem na swój moment. Opozycyjnie do tego mogę przytaczać półfinał z Włochami. Wtedy całkowicie rozminąłem się ze swoim przygotowaniem na doniosłość chwili.  

Jechał pan na turniej z przeświadczeniem, że będzie grał więcej? 

Każdy chce grać. Nie wyobrażam sobie, żeby jechać na Mistrzostwa Świata i akceptować siedzenie na ławce. Świadczyłoby to o zaburzeniach naturalnej ambicji. Cztery lata po Hiszpanii, w Meksyku, przeżyłem coś takiego. Powołano mnie, przejechałem pół świata i ani razu nie wyszedłem na boisko. Pojawia się ogromna frustracja. Nikt nie jedzie przecież w roli turysty. Cały czas jednak będę powtarzał, że pretensje mogę mieć tylko do siebie. Nie starczyło talentu, dopasowania do taktyki, formy.  

Tym większa musiała być pana irytacja, jako zawodnika, który nie był zadowolony ze swojej dyspozycji, kiedy Joao Havelange postanowił oddać tackę z medalami Władysławowi Żmudzie, pokazując tym samym stosunek zachodu do krajów bloku komunistycznego. Bolało was to? 

Prawo organizatorów. Nam udzielała się euforia związana z medalem, z pokonaniem Francuzów, mnie oczywiście nie, bo siedziałem na ławce, ale chłopcy byli w siódmym niebie i żaden Havelange nie mógł nam tego zepsuć. Medal stanowi tylko symbol. I nic ponadto. 

Taki Waldemar Matysik turniej przypłacił odwodnieniem. Temperatura od początku wam doskwierała? 

Nie do wytrzymania. Hiszpańskie piekło. Robiliśmy wszystko, żeby zneutralizować skutki gorąca. Owijaliśmy się mokrymi prześcieradłami, zdejmowaliśmy z siebie koszulki, nawadnialiśmy się na każdym kroku, a i tak było, jak było. W pewnym momencie nawet trenerzy zarządzili treningi na polu golfowym, bo temperatura nie pozwalała na żadne bieganie. Staliśmy tylko w kole, żonglowaliśmy albo wymienialiśmy krótkie podania. Tam nie było miejsca na nic innego. Szukanie cienia i zbierania sił na najważniejsze mecze. 

Sporo czasu spędzaliście na basenie przy hotelu. 

Dzisiaj nazwaliby to regeneracja, a dla nas to była… ucieczka. Pływanie było absolutnie najlepszą rzeczą, jaką mogliśmy zrobić. Po wysiłku w pełnym słońcu marzyliśmy, żeby tylko zanurzyć się w wodzie. Zresztą wszystkie reprezentacje tak odreagowywały. 

Sporo mówi się o atmosferze w tamtym zespole. Dużo trudnych charakterów, zawodników mających swoje do powiedzenia, mogły pojawić się zgrzyty. 

Nie osiągnęlibyśmy sukcesu, nie zdobylibyśmy modelu, jeśli nie stworzylibyśmy drużyny. Oczywiście, jeśli w kadrze jest dwudziestu kilku facetów pojawiają się iskry. Na treningach i poza nimi każdy walczy o swoją pozycję. Cała sztuka w tym, żeby nauczyć się przekładać rywalizację na progres i rozwój. 

Prawdą jest, że Zbigniew Boniek miał bardzo duży wpływ na decyzje podejmowane przez Antoniego Piechniczka? 

Zbyszek był kapitanem, liderem, zaliczył swoją wspaniałą noc z Belgią, zbudował swoją legendę, rozgrywał wyśmienity turniej, więc oczywistym jest, że trener liczył się z jego zdaniem. Pełnił wręcz rolę pośrednika między nami a sztabem. I to całkowicie naturalne, bo jego elokwencja, szeroki horyzont, trafność jego uwag czyniły jego opinie ważnymi dla każdego. Taka jest rola kapitana. Buduje pozycje wokół siebie, żeby potem móc zbudować swoją drużynę. A że ktoś tam sobie wymyślił, że nas wszystkich dominował, blokował czy cokolwiek innego, to są to głupoty wyssane z palca.  

Pałasz-2222

Wrócił pan do Polski i inaczej na pana patrzyli? Że pojawił się brązowy medalista Mistrzostw Świata? Że to już pan piłkarz? 

W tamtych czasach nie było jeszcze do końca normalnie. Wróciliśmy na Okęcie z dużym opóźnieniem. Wystartowaliśmy, samolot miał problemy, awaryjne lądowanie, musieliśmy się wrócić i lecieć jeszcze raz innym lotem. Kibice czekali w Warszawie, przyjechały nasze rodziny, przylecieliśmy późno nocą, zostając jeszcze na sen w stolicy i dopiero mogliśmy pojechać do domu. Żadnej fety, żadnych koncertów. Tylko władza, oczywiście, zaprosiła nas, żeby oficjalnie złożyć nam gratulacje, ale życie toczyło się tak jak wcześniej. Żadnej zmiany. 

Z każdym rokiem coraz bardziej zaczynałem zastanawiać się też nad wyjazdem na zachód. Problem w tym, że system pozwalał wówczas na transfer zawodnika, który skończył trzydzieści lat. Wielu świetnych polskich piłkarzy nie zrobiło przez to europejskiej kariery. Miałem to szczęście, że mój przypadek potraktowano indywidualnie. Jako zasłużonego reprezentanta i niezmieniającego klubu wychowanka Górnika pozwolono mi w końcu wyjechać, kiedy miałem dwadzieścia siedem lat. Przyszła propozycja z Hannover 96 z 1. Bundesligi. Wygrałem trzecie kolejne mistrzostwo Polski i wyjechałem.  

Czy zderzenie z życiem codziennym w RFN było tak samo brutalne jak konfrontacja z Japonią kilka lat wcześniej? 

W Polsce nic nie było. Mogę to tylko powtórzyć. Bieda. Jechaliśmy czasami na mecze do Czechosłowacji, ewentualnie na Węgry i dużo więcej mogliśmy tam kupić. Nie mówię już nawet o wyjazdach do Szwajcarii, gdzie chodziliśmy po sklepach i oglądaliśmy półki pełne produktów, do wyboru, do koloru. W RFN to już w ogóle. Laskowik ze Smoleniem mieli nawet taki skecz, który kapitalnie to pokazywał. Przychodzi klient do sprzedawcy:  

– Macie chleb?  

– Nie. 

 – Macie jajka? 

 – Nie.  

– A co macie? 

 – Biedę! 

Tak było, ale nikt nie narzekał. Ale porównanie wschodu z zachodem wypadało blado. Teraz to wszystko się poprawiło. Polska dostosowała się do Europy. Mnie trochę ominął ten cały proces transformacji i rozpadów krajów komunistycznych, bo kiedy burzono Mur Berliński, od jakiegoś czasu grałem już w Turcji i następnym razem, kiedy przemieszczałem się po dawnej linii Polska-NRD-RFN, to mogłem normalnie jechać. Nawet pan sobie nie wyobraża, jakie to ułatwienie i jaka to ulga.  

Znał pan język niemiecki, kiedy wyjeżdżał do Bundesligi? 

Jako urodzony Ślązak miałem ten komfort, że posługiwałem się śląską odmianą niemieckiego. Dużo wyrazów miało to samo znaczenie, tylko przy tym używałem jeszcze specyficznej gwary, która odróżniała mnie od rodowitego Niemca. Generalnie moje przystosowanie do życia w Hanowerze przebiegało dużo łatwiej niż mógłbym przypuszczać. Moi dziadkowie mówili tylko po niemiecku, więc jako dzieciak, w latach 60., nauczyłem się dużej liczby przydatnych zwrotów i trochę zostało mi to we krwi. Cieszyłem się niezmiernie z przenosin do Bundesligi, bo duża część mojej rodziny mieszkała w Niemczech i łatwiej było mi na ich ziemi postawić nogę. 

Nie podbił pan jednak niemieckiej piłki ligowej. 

Nie starczyło mi na tyle umiejętności, siły i talentu, żeby zostać gwiazdą ligi. Może jeśli wyjechałbym kilka lat wcześniej, to łatwiej byłoby mi się przyzwyczaić? Mając dwadzieścia siedem lat nie czułem się już do końca na siłach, żeby wejść na swoim najwyższy poziom. Z perspektywy dzisiejszej piłki brzmi to śmiesznie, ale kiedyś było inaczej. Piłkarze szybciej wchodzili na swój szczyt, ale też szybciej z niego schodzili.  

W Bundeslidze się pan nie zadomowił, ale w Niemczech już jak najbardziej. Zmienił pan nawet nazwisko na niemieckie. I teraz rozmawiam nie z Andrzejem Pałaszem, a z Andreasem Pallaschem. 

Decyzję podjąłem w 1991 roku. W Turcji przytrafiła mi się kontuzja, nie mogłem dalej grać, w międzyczasie zmarł mój ojciec, przyjechałem na pogrzeb, wziąłem mamę nad Bosfor i potem wróciliśmy wszyscy do Niemiec, bo chciałem, żeby syn poszedł tam do szkoły. Przyjąłem przy tym niemieckie obywatelstwo i postanowiłem zmienić nazwisko, chcąc założyć moją rodzinną gałąź pod innym nazwiskiem. 

Nikt nie miał do pana o to żalu? 

Nie mam żadnych powodów do wstydu. Jeśli podróżujesz po świecie, to spotykasz się z ciekawym zjawiskiem. W Polsce nie uważają cię za Polaka, a w Niemczech nie uważają cię za Niemca, a nie nazwiesz się obywatelem świata, bo nie ma takiego paszportu. Zmiana nazwiska nie zmienia mnie jako człowieka, niczego się nie wypieram, nawiązuję do historii moich przodków, którzy za czasów niemieckiej Rzeszy mieli w nazwisku ,,L’’ i dopiero po wyswobodzeniu Śląska administracja zmieniła je na ,,Ł’’. Wróciłem więc do korzeni.  

Zakorzenił się pan w Niemczech poprzez znalezienie pracy po zakończeniu kariery? 

Początkowo szukałem jej w Szwajcarii, ale miałem trzydzieści dwa lata i w żadnym klubie nie było dla mnie miejsca, ponieważ pojawiła się moda, a może nawet mania, na budowanie młodych zespołów. Zdecydowałem się skończyć karierę, milionerem nie zostałem, więc coś musiałem ze sobą zrobić. Pojawiały się czasami jakieś tam propozycje pracy na zawodowym poziomie, ale miałem już dość piłki. Czułem się pusty. Wypaliło mnie. Żadnej pasji. Żadnego ognia. Dlatego potrzebowałem trochę dystansu i mogłem wrócić.  

Pracowałem w różnych firmach, szukałem stałego zajęcia, które będzie mnie satysfakcjonować, aż w końcu zająłem się na poważnie szkoleniem młodzieży w prywatnej szkółce. Starałem się przekazać dzieciakom widzę i najlepiej jeszcze zrobić to w jak najprostszy sposób. Skoro zawsze wyróżniałem się w technice i koordynacji, to zależy mi na tym, żeby przekazać swoją wiedzę młodszym.  

Któryś z pana wychowanków trafił do Bundesligi? 

Moim celem nigdy nie była Bundesliga. Do niej bardzo, ale to bardzo trudno się przebić. Skala skautingu jest niewyobrażalna. Z tysiąca zostaje kilkunastu, a reszta może sobie iść. A dzieci, które chcą grać w piłkę, niekoniecznie na najwyższym poziomie, też są szczęśliwe z tego, że mogą realizować swoje marzenia w niższych ligach. Czasami, po latach, spotykam swoich wychowanków i najwyższym docenieniem są ich słowa, że ułożyły sobie życie. Nawet poza piłką.  

Przekonanie dzieci, że namacalna piłka, zapach murawy i żywa rywalizacja są atrakcyjniejsze niż substytuty komputerowe stanowi największe wyzwanie dla trenera w naszych czasach. Mnie zawsze chyba się to udawało. Doceniali mnie. Pracowałem dla DFB i w szkole specjalnej, gdzie trudnej młodzieży mieliśmy pomóc w wyjściu na prostą. Mnie trafiła się akurat bardzo niezdyscyplinowana grupa. Słabo się uczyli, przeklinali, nie chcieli nic robić, a ja przez sport musiałem ich zachęcić do socjalizacji. Ciekawa praca. Dużo się nauczyłem. Z początku się jej bałem, bo nie jestem żadnym nauczycielem, ale w końcu zdecydowałem się i nie żałuję. Wielu chłopakom pomogłem. Jestem z tego dumny.  

Tak dobrze panu szło, że dostał pan ofertę pracy z młodzieżą w Chinach. 

Dużo jeździłem po Niemczech i jeden kontakt załatwił mi pracę w Pekinie. Pojechałem tam, szkoliłem, przekazywałem programy. Całość trwała trzydzieści dni i szybko wróciłem do domu. Jakiś czas później otrzymałem jednak ponowną propozycję. Tym razem ze szkoły sportowej z Szanghaju, gdzie, jako dwóch niemieckich trenerów, mieliśmy odpowiadać za rozwój piłki nożnej. Daleki świat, ciekawy, inny. Spędziłem tam owocny rok. 

W Chinach chcą wyszkolić całe pokolenie wybitnych piłkarzy… 

I za kilkanaście lat podbić świat. Oczywiście. Wpompowali w to wiele milionów. Przyjechało tam wielu ekspertów od szkolenia z całego świata. Jak mistrzami świata zostali Hiszpanie, to Chińczycy ściągali szkoleniowców z Hiszpanii. Jak mistrzami zostali Niemcy, to Niemców. A teraz jak mistrzami są Francuzi, to masowo rozchwytywani są Francuzi. Tak to u nich działa. Próbują wszystkiego, żeby trochę na siłę, znów zostać siłą w piłce. Wiele lat temu byli mocni. Najmocniejsi w Azji, ale zaspali, uciekły im Korea i Japonia, a teraz próbują nadganiać. Oczywiście, to jest wielki kraj, więc trudno tam wprowadzić jeden, klarowny system szkolenia na całe państwo. Do tego potrzeba czasu i cierpliwości. 

Chińczycy mają potencjał? 

Na pewno jest ich bardzo dużo (śmiech). Zastosowaliśmy praktyczną metodę na rozpoznawanie ich, bo wszyscy mają długie i złożone, dla nas Europejczyków, imiona i nazwiska. Otóż, nadaliśmy im europejskie imiona, każdemu inne, żeby móc ich rozróżniać!  

Nie mieli z tym problemów? 

Żadnych, mieli dużo śmiechu i zabawy, żeby samemu nauczyć się swoich angielskich imion.  

A jak z tym potencjałem? 

Piłkę trenuje tam mnóstwo ludzi, a niewielu przebija się do poważnego futbolu. I to jest wielki problem. Wynika on też trochę z tego, że mają tam długoletnią tradycję i kult nauki. Dzieci bardzo dużo czasu spędzają w szkole i zwyczajnie nie mają ani siły, ani ochoty, żeby potem jechać jeszcze do szkółki. Tam cały czas tylko nauka, nauka, nauka. Po to są tam tworzone szkoły sportowe, żeby dzieci mogły rozwijać swoje czysto dydaktyczne talenty.  

Ale finalnie wrócił pan do Niemiec. 

Rok mi wystarczył. Chiny niesamowicie się rozwijają, przyjemnie się to ogląda, rozwój technologiczny jest wręcz namacalny, ale kurczę, to nie był jednak dom.  

To skoro teraz jest pan w domu i czuje się pan w pełni komfortowo, to mogę spytać, czy nie uważa pan, że nie wykorzystał pełni swojego potencjału z 1979 roku? 

Zostałem odkryciem roku 1979. Wszyscy mówili o mnie wspaniałe rzeczy, pompowali, zapowiadali świetlaną przyszłość. Ale to otoczka. Ja robiłem swoje. Zawsze grałem na miarę swojego potencjału. Żyjemy w cywilizacji niespełnienia i ciągłego poszukiwania szczytu szczytów, którego nie ma. Mogłem zagrać nie dwa, a wszystkie mecze na Mistrzostwach Świata? Mogłem zdobyć nie trzy, a pięć mistrzostw Polski? Mogłem strzelić nie siedem, a piętnaście goli w reprezentacji Polski? Może mogłem, a może nie mogłem. Nikt tego nie wie. Każdy ma swój limit. Chciałbym osiągnąć więcej, ale było wielu wspaniale się zapowiadających piłkarzy, którzy nie zrobili żadnej kariery. A ja byłem w Hiszpanii, byłem w Bundeslidze, byłem w Górniku. To nie jest mało.  

W pewnym momencie patrzy się na życie bardziej realistycznie. Nie ma takiej ciągłej pogoni za czymś nieosiągalnym. Marzyło mi się zawsze mistrzostwo Niemiec, ale wtedy rządził Bayern, Werder, oni kupowali wszystkich najlepszych i dzieli się trofeami. Na więcej nie było nas stać. W tureckim Bursaporze też nie było szans na pierwsze miejsce, zarezerwowane zawsze dla Galatasaray czy dla Fenerbahce, do którego mogłem przejść, ale złapałem kontuzję i plany spaliły na panewce.  

Czyli mimo wszystko jest zadowolenie? 

Miałem spory talent, ale wykonałem też kolosalną pracę, żeby osiągnąć sukces. I nigdy nie pozwoliłbym, żeby ktoś nazwał mnie darmozjadem.  

Fot. Archiwum własne

ROZMAWIAŁ: JAN MAZUREK 

KOMENTARZE (9)