Ołówek już nic nie napisze – Przysiężny kończy piękną karierę
Inne sporty

Ołówek już nic nie napisze – Przysiężny kończy piękną karierę

Miał tego pecha, że jego kariera przypadła na lata, w których to o koleżankach i kolegach z kortu było dużo głośniej. To Agnieszka Radwańska wygrywała turnieje i pięła się w rankingu aż do drugiego miejsca, to Łukasz Kubot triumfował w deblowych Wielkich Szlemach, to Jerzy Janowicz przebijał się do półfinału Wimbledonu, to Matkowski i Fyrstenberg oraz Jans i Rosolska przez lata tworzyli nasze eksportowe deble. Ale – choć może tego nie wiecie – to Michał Przysiężny grał z nich wszystkich najpiękniej. Dziś zagrał po raz ostatni.

Michał Przysiężny wygrał w długiej karierze jeden turniej ATP, w dodatku w deblu, w którym się wcale nie specjalizował. Jakby tego było mało, dokonał tego… trochę przypadkiem, w Tokio, ponad cztery lata temu, w parze z Pierrem Huguesem Herbertem. Panowie grali w kwalifikacjach, ale przegrali decydujący mecz. Na ich szczęście, w ostatniej chwili ktoś wycofał się ze startu i polsko-francuski duet zajął wolne miejsce. W roli szczęśliwych przegranych poczuli się tak dobrze, że najpierw ograli najlepszych na świecie braci Bryanów, a potem poszło już z gorki. I to aż do finału, w którym pokonali Ivana Dodiga i Marcelo Melo.

Nazywany „Ołówkiem” Przysiężny zdecydowanie jednak wolał być sam na swojej stronie kortu. We wspomnianym turnieju w Japonii pokonał choćby 12. wówczas w rankingu Jo-Wilfrieda Tsongę. To był najlepszy okres w jego karierze. Po latach przebijania się do światowej czołówki, dopiął swego, gry już zbliżał się do trzydziestki. W 2013 roku nie tylko zaliczył pierwszy półfinał turnieju ATP, ale także spełnił marzenie o powrocie do czołowej setki świata (po trzech latach i serii kontuzji). Ba, rok zakończył na 66. pozycji, a kilka miesięcy później był nawet 57. Jasne, to nie jest miejsce, które mogłoby zadowolić kogoś z topu, ale dla gościa, który przez lata tułał się gdzieś na zapleczu wielkiego tenisa, to było ukoronowanie kariery.

Kariery, dodajmy, pełnej pięknej gry. Bo „Ołówek” słynął właśnie ze wspaniałej do oglądania, technicznej gry. Określenie „polski Federer” oczywiście było mocno na wyrost, ale przecież głownie ze względu na wyniki. Bo jeśli chodzi o styl, Przysiężnemu nie można było niczego zarzucić. Jasne, możecie teraz powiedzieć, że co nam po pięknych porażkach, przecież mamy ich nadmiar w futbolu. Ale w kontekście tenisisty z Głogowa trzeba powiedzieć, że i tak wycisnął ją jak solidnie soczystą cytrynę, aż do ostatniej kropelki. Dziś powiedział: pas.

Przez wiele miesięcy próbowałem różnego rodzaju rehabilitacji, ale nie byłem już w stanie grać na poziomie pierwszej setki rankingu. Jeżdżenie po mniejszych turniejach przestało dawać mi tyle przyjemności, ile bym chciał. Nie jest to na pewno łatwa dla mnie decyzja, ale każdy tenisista będzie musiał kiedyś ją podjąć – mówił przed challengerem w Sopocie. Dziś, w pierwszej rundzie, mierzył się z Danielem Michalskim, także grającym nad Bałtykiem z dziką kartą. Młodszy o 16 lat rywal po zaciętym meczu wygrał 6:2, 7:5. 35-latek już wcześniej zapowiedział, że ostatni mecz w Sopocie będzie jednocześnie ostatnim w całej karierze.

Co tu dużo gadać… „Ołówek”, baw się dobrze na sportowej emeryturze!

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (7)