„Dzisiaj młodzi mają w klubie jak u mamusi pod kołderką”
Weszło Extra

„Dzisiaj młodzi mają w klubie jak u mamusi pod kołderką”

Jak to jest grać w piłkę, gdy na konto nie wpływają pieniądze, a w brzuchu burczy i trzeba opłacić czynsz? Dlaczego Daisuke Matsui był lepszym zawodnikiem niż Abdou Razack Traore? Czemu trenerzy Polonii Warszawa zabrali swoim zawodnikom telefony przed meczem ostatniej kolejki sezonu 2005/06? Z czego można było oblać w liceum na lekcjach u Krzysztofa Chrobaka? Czy można było czerpać przyjemność z treningów u Ricardo Moniza, po których chciało się rzygać? Czy motywacyjne pogadanki z kibicami mogą rzeczywiście motywować? Czy przepis o młodzieżowcu ma sens? Wszystkie te kwestie – i wiele, wiele innych – w obszernym wywiadzie omówił Krzysztof Bąk, 37-letni obrońca Bytovii Bytów, a dawniej wieloletni zawodnik Polonii Warszawa i Lechii Gdańsk.

Jest pan – jak to się mówi – dobrym duchem szatni w Bytowie?

Trzeba zapytać moich kolegów z zespołu, ale generalnie – tak. Jestem osobą, która stara się tę atmosferę w szatni trzymać. Jeżeli nie wiadomo, kto zrobił dowcip, wszyscy w ciemno wskazują zawsze na mnie i to mnie najczęściej spotyka ewentualny rewanż. Uważam, że luz w szatni jest niezbędny do dobrych wyników. Nigdy nie miałem problemów, wrogów w zespole. Pewnie dlatego, że każdego człowieka staram się poznać, zanim go ocenię. Nigdy nie skreślam ludzi z góry.

W jakiej atmosferze przebiegało „ratowanie” Bytovii po spadku z I ligi? Pierwsze wiadomości były dość przygnębiające, mówiło się o tym, że klub może się nawet rozlecieć.

Jakiegoś wielkiego ratowania w gruncie rzeczy nie było, choć – to prawda – na początku był spory stres. Jednak dosyć szybko dostaliśmy pozytywne informacje. Ludzie związanie z klubem – sponsorzy, zarząd, ci wszyscy zaangażowani spoza struktur Bytovii – podjęli decyzję, że drużyna nie może w tej chwili upaść. W przeciwnym razie byłby to koniec dużego futbolu w Bytowie. Wiadomo, z jednej strony mówimy tylko o II lidze, ale dla Bytovii to mimo wszystko jest nadal „aż” II liga. Po odejściu Druteksu wszyscy wieszczyli klubowi rychły koniec, a my do ostatnich sekund poprzedniego sezonu walczyliśmy o utrzymanie. Niestety – ta nasza szczęśliwa bramka w ostatnich sekundach meczu z GKS-em Katowice okazała się… wcale nie taka szczęśliwa. Można powiedzieć, że to był radosny koniec naszej gry w I lidze. Ale na tę chwilę w klubie wszystko jest połatane tak, jak być powinno. Działacze nie powiedzieli ostatniego słowa, więc może wkrótce będzie nawet jeszcze lepiej.

To musiało być okrutne, gdy okazało się, że ten cudowny gol autorstwa Andrzeja Witana wcale nie gwarantuje wam utrzymania.

Przed meczem totalnie się wyłączyłem na jakiekolwiek wieści z zewnątrz. Od momentu, gdy weszliśmy do szatni zupełnie przestałem się interesować tym, co dzieje się na innych stadionach. Nie pytałem, nie zaprzątałem sobie tym głowy. Wiedziałem, że przede wszystkim my musimy wykonać nasz cel. A co będzie w pozostałych spotkaniach? Byłem święcie przekonany, że Raków Częstochowa przyklepie zwycięstwem ten wspaniały dla nich sezon. I się strasznie oszukałem.

Po końcowym gwizdku sędziego dostaliśmy informację, jak wygląda sytuacja. Wtedy się dowiedziałem. Nasza radość przy golu była spontaniczna, szczera, z serca. Wszyscy byliśmy pewni, że ten gol zapewnia nam upragniony cel, czyli utrzymanie.

Jechaliśmy do Katowic przekonani, że jesteśmy w stanie tam wygrać. Wiedzieliśmy, że to trudne spotkanie, trudny teren i rywal, który – podobnie jak my – ma nóż na gardle. Jednak byliśmy pewni tego, jak mam grać, by wyjść z tej konfrontacji zwycięsko. To nie był dla nas mecz z gatunku tych, w których się tylko czeka na wyrok. Czuliśmy się mocni. Chcieliśmy jak najdłużej utrzymać remis, żeby kibice z Katowic zaczęli tracić cierpliwość do swojej drużyny. Tak się zaczęło dziać. Oczywiście ta bramka Andrzeja nie była częścią naszego planu. Wiadomo, przypadek. Ale też efekt tego, że wypełnialiśmy przez cały mecz swoje założenia. W najczarniejszych snach nie przypuszczałem, że Raków nie poradzi sobie z Wigrami. Potem jeszcze oglądałem bramki z tamtego spotkania. Kiedyś bym pomyślał, że to „Piłkarski poker”. Oczywiście wiem, że tak się po prostu ułożyło i nie ma tam żadnego drugiego dna. Choć piętnaście lat temu bym się go doszukiwał i różne myśli po głowie by chodziły.

Sezon w II lidze zaczęliście od porażki. Duże rozczarowanie kiepskim startem, czy liczyliście się z tym?

Szczerze mówiąc – z przebiegu meczu nikt z drużyny przeciwnej by się nie mógł pogniewać, gdyby jednak doszło do podziału punktów. Mieliśmy swoje sytuacje, drużyna Elany Toruń również. Jednak to oni otworzyli wynik, a potem umiejętnie nas kontrolowali, kasowali nasze zapędy ofensywne. No i przegraliśmy. Aczkolwiek to nie był taki mecz, po którym możemy się załamać. Graliśmy z drużyną, która w poprzednim sezonie była bardzo blisko awansu do I ligi. Mieli z nami w sobotę trudną przeprawę. Liczę, że na bazie tego wyniku wyciągniemy wnioski i z kolejnymi, tymi teoretycznie słabszymi przeciwnikami uda nam się coś ugrać.

Dlaczego w zeszłym sezonie wpadliście w tak potężny dołek? Wasza seria meczów bez zwycięstwa ciągnęła się horrendalnie długo.

Początek był hurraoptymistyczny z uwagi na okoliczności, w jakich Bytovia przystąpiła w ogóle do rozgrywek. Wszyscy rywale podchodzili do nas jak do jakiegoś podrzędnego zespołu, a my potrafiliśmy to wykorzystać. Potem przeciwnicy zaczęli nas trochę bardziej doceniać. Rozumiejąc, że z nami to nie będzie tak łatwo, lekko i przyjemnie. Może i w Bytovii grają piłkarze troszkę zapomniani, ale jednak tacy, którzy swoje potrafią. Filip Burkhardt czy Julek Letniowski pokazali, że nie można ich na boisku lekceważyć. Nie było tak, że ktoś do nas przyjeżdżał i zaczynał wynik liczyć dopiero od trzech.

Później pojawiły się niestety kwestie pozasportowe. Punktem przełomowym była sytuacja Filipa – nie będę się w temat zagłębiał, wszyscy pamiętają sprawę. Filip był reżyserem naszej gry, to playmaker z prawdziwego zdarzenia. On decydował o tym, jak gramy, brał na siebie piłkę w trudnych momentach. Dawał na boisku bardzo dużo jakości. Już nawet nie wspominam o tym przygnębieniu psychicznym, bo przecież wszyscy cały czas byliśmy z nim, wspieraliśmy go. Po prostu w wielu meczach brakowało nam jego czysto piłkarskich umiejętności. Nie każdego zawodnika można na boisku zastąpić. Sami – jako drużyna – też sobie nie pomagaliśmy. Nie trafialiśmy do bramki w banalnych sytuacjach. U napastnika czasami jest tak, że jak kilka razy nie strzeli, to może się zaciąć na dłużej. Nas to dotknęło. Wychodziliśmy na mecz z myślą: „to wreszcie dzisiaj, to wreszcie dzisiaj”. Ten balon presji, jaką na siebie nakładaliśmy rósł i rósł z każdym meczem. Nie do końca umieliśmy sobie z tym poradzić.

Nie było takiej myśli, żeby po spadku do II ligi zawiesić już buty na kołku? W ostatnim czasie mało pan grał, więcej było pauzowania z powodu kontuzji. No i jeszcze doszło do tych kłopotów rozgoryczenie związane z degradacją.

Bujałem się z głupim naderwaniem Achillesa przez trzynaście miesięcy. Najgorszy okres w mojej karierze. Ale to właśnie przedłużające się treningi z boku boiska czy na siłowni dały mi motywacyjnego kopa, żeby wrócić do zespołu. Na zajęciach z drużyną nie mam dziś poczucia, żebym odstawał fizycznie, był wolniejszy. Chce mi się grać jeszcze w piłkę i po prostu lubię to, co robię. Na futbolu się wychowałem. Zaraz minie trzydzieści lat, odkąd profesjonalnie trenuję. Na razie nie wyobrażam sobie czegoś innego. Dostałem propozycję pracy jako trener w kilku klubach, ale priorytetem dla mnie jest w tej chwili Bytovia. Chciałbym tu zostać i cały czas nie planuję zakończenie kariery. Jeżeli życie nie napisze dla mnie innego scenariusza – czuję, że jestem w stanie jeszcze dużo dać na boisku.

Napędziły mnie też do tej decyzji rozmowy ze znajomymi z boiska, którzy pokończyli już swoje kariery. Gadałem z Łukaszem Surmą, Igorem Gołaszewskim, Piotrkiem Stokowcem, Darkiem Dźwigałą. Wszyscy mówią, że gdyby tylko mogli, to spakowaliby się w pięć minut i pojechali na mecz. Brakuje im tego jak tlenu. Powtarzali: „Jeśli piłka nadal sprawia ci przyjemność, jeśli dajesz radę fizycznie – nie kończ. Graj jak najdłużej”.

Co tak przyciąga pana do piłki – adrenalina związana z rywalizacją, codzienność w reżimie treningowym, bycie częścią zespołu?

Pewnie wszystko po trochu. Całe życie wychodzi się rano – rozgrzewka, trening. To nie zawsze jest przecież przyjemne. Każdy sport wymaga poświęceń. Nie z każdego treningu człowiek czerpie radość, czasami zostaje po nim tylko ból mięśniowy. Ale to jest właśnie to, co wciąga jak narkotyk. Nawet jak mam urlop, to mi tego brakuje. Zakładam buty, sprzęt i lecę pobiegać do Sopotu i z powrotem. Pół godzinki w jedną stronę, pół godzinki w drugą. Nie muszę tego robić, nie mam nakazu od trenera, ale jest we mnie głód sportu, głód zmęczenia. Może brzmi to jak choroba, ale chyba każdy ma jakiś nałóg. Po bardzo ciężkim treningu czuję się zmęczony.

Przypomina mi się opowieść dwukrotnego mistrza NBA, Isiah Thomasa. Thomas pewnego ranka rozłożył się na leżaku przed swoim basenem, wyciągnął nogi i nagle dotarło do niego, że nie chce mu się iść na popołudniowy trening. Pierwszy raz w życiu dotknęło go takie uczucie. Wtedy doszedł do wniosku, że czas zakończyć karierę.

Wypalił się. Ja się nie czuję wypalony, pomimo tych trzynastu miesięcy pauzy. Wręcz przeciwnie – to wywołało we mnie dodatkowy bodziec. Oni mogą? Ja też chcę. Chcę strzelić bramkę, pocieszyć się, zrobić sobie bekę z kolegów na treningu. To wszystko mnie dodatkowo nakręciło. Poza tym – mój syn też trenuje piłkę. Lubię chodzić na jego zajęcia, on lubi wpadać na moje. Jest na meczach, bardzo to wszystko przeżywa. Raczej nie dojdzie już do tego, żebyśmy zagrali w jednej drużynie albo przeciwko sobie, jak to kiedyś bywało. Jednak mam taką chęć, żeby cały czas być w gazie i móc swoją postawą nakręcać przy okazji syna.

Kontuzje to najmniej przyjemny aspekt futbolu?

Na szczęście tak wielu ich nie miałem. Moja ostatnia pauza trwała bardzo długo, ale to była raczej kwestia diagnozy niż tego, jak poważny był sam urazu. Podstawą jest tutaj dbanie o siebie – rozciąganie, nawodnienie, regeneracja. Ja mam 37 lat, a chyba w drużynie nie ma nikogo, kto byłby lepiej rozciągnięty ode mnie. Zawsze przykładałem do tego bardzo dużą wagę. Mięśnie są giętkie, plastyczne. Nie łapię kontuzji mięśniowych, pewnie właśnie dzięki temu. Czasami oczywiście zdarzają się na boisku pechowe przypadki, tak jak w życiu. Jadę samochodem zgodnie z przepisami, ktoś we mnie wjedzie – nie jest to moja wina. W futbolu też są kontuzje mechanicznie. Mogę robić wszystko zgodnie z instrukcjami, a nic mi to nie da. Ale szczęściu trzeba pomagać.

Radzenie sobie z kontuzjami to jest też wyzwanie dla rodziny. Powrót do zdrowia składa się często z momentów frustrujących, nieprzyjemnych. Po operacji Achillesa w ogóle nie spałem. Przez tydzień. Nie ruszałem się z łóżka, nie robiłem nic. Nie byłem w stanie. Wsparcie żony i dzieci duże daje w takich okolicznościach, choć to oczywiście bardzo indywidualna sprawa i każdy zawodnik ma inne potrzeby.

W ogóle patrząc na przygotowanie fizyczne – w piłce mamy kolosalny przeskok w ostatnich latach. Samo podejście do treningu jest inne. Teraz już nie ma wrzucania całej drużyny do jednego worka. Z tego też wynikały kontuzje. Jedni są szybsi, drudzy silniejsi, inni wydolniejsi. Jak trener wszystkich rzucał do jednego wora i krzyczał tylko: „dawaj, dawaj!”, to w końcu któraś kość musiała pęknąć, prawda? Dziś wszystko się sprofesjonalizowało. Analizy, GPS-y… Poza tym – zawodnicy są bez porównania bardziej świadomi. Teraz w Bytovii jestem grającym asystentem trenera – kiedy robię przygotowanie do treningu i idę do maserów, żeby zapytać się, kto jest gotowy do ćwiczeń, to siłownia zawsze jest już pełna zawodników. Kiedyś? Dwie, może trzy osoby w zespole dbały o takie szczegóły. Na przykład Łukasz Surma zawsze siedział na siłowni jako pierwszy.

No i trochę na najwyższym poziomie pograł.

To jest wzorowy przykład podejścia do treningu. Wiadomo, skąd on brał tyle energii, siły, możliwości. Przed każdym treningiem można go było spotkać, gdy wykonywał jakieś ćwiczenia, które sobie rozpisał. Szkoła świętej pamięci doktora Wielkoszyńskiego. Dzisiaj młodzi mają już swoich mentorów. Do tego suplementy, dobre odżywianie. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki za nieduże pieniądze.

Bytow, 20.10.2018 FORTUNA I LIGA PILKA NOZNA MECZ Bytovia Bytow - Odra Opole --- POLISH 2ND DIVISION LEAGUE FOOTBALL GAME MATCH Bytovia Bytow - Odra Opole --- NZ krzysztof bak , FOT. GRZEGORZ RADTKE / 400mm.pl

Zaczął pan karierę w Polonii Warszawa. Dlaczego padło akurat na ulicę Konwiktorską?

Konwiktorska to była, patrząc z punktu widzenia sportowego, pisana mi jeszcze przez narodzinami. Mój dziadek był lekkoatletą, biegał w Polonii. Dawne czasy, tuż po wojnie. Z kolei mój tata za młodu grał w Polonii w piłkę. Klub wtedy tułał cię wprawdzie po niższych ligach, no ale ojciec z bratem sobie tam grywali. A co najważniejsze, kiedy tata zabrał mnie na pierwszy trening – to było jakoś koło 1993 roku – Polonia była wiodącym klubem w Warszawie, jeżeli chodzi o szkolenie dzieci. Legia nie istniała w tym aspekcie. Jeżeli chodzi o pierwszą drużynę, była topowym klubem w Polsce, jeśli nie w Europie. Szkolenie w Polonii było jednak zdecydowanie lepsze. Dla mnie to było zatem najbardziej optymalne rozwiązanie, żeby się rozwijać.

Piłka zawsze się u mnie w domu przewijała. Ja non-stop spędzałem czas na podwórku, zresztą jak każdy w tamtym czasie. Teraz niestety dzieciaki wychowują się po pokojach, nie na trzepakach. Mnie nikt do gry w piłkę nie musiał namawiać – wręcz przeciwnie, rodzice starali się mnie w miarę możliwości ściągać do domu. Jak tylko widzieliśmy gdzieś z chłopakami rodziców na horyzoncie, to się natychmiast kitraliśmy, żeby jeszcze trochę sobie pograć. Dzisiaj jest odwrotnie – musi wyjść inicjatywa od rodzica, żeby dziecko zafascynowało się sportem.

Wejście do seniorskiej drużyny Polonii przyszło łatwo?

Miałem dużo szczęścia. Właściwie wszyscy mieliśmy. Drużyna Polonii zdobyła mistrzostwo Polski w 2000 roku, zaraz potem również Puchar Polski, jeszcze Puchar Ligi. Ale to się rozpadło, gdy prezes Janusz Romanowski zostawił naszą drużynę. Odeszli ważni zawodnicy. Wtedy pierwszy zespół w klubie objął Krzysztof Chrobak, który był jednocześnie moim pierwszym trenerem w Polonii. Prowadził mnie na każdym szczeblu szkolenia, a w liceum był jeszcze dodatkowo naszym nauczycielem… matematyki. Chodziliśmy do szkoły na Konwiktorskiej, która była pod patronatem Polonii. Treningi mieliśmy połączone z planem lekcji, wszystko to było fajnie poukładane. No i kiedy trener Chrobak przejął pierwszy zespół, wziął tam chyba sześciu czy siedmiu swoich wychowanków, w tym mnie. Były w klubie problemy finansowe, trzeba było tę dziurę kadrową uzupełnić. My mogliśmy się dzięki temu łatwiej odnaleźć w seniorskiej piłce.

Starsi zawodnicy – Igor Gołaszewski, Piotrek Stokowiec, Piotrek Dziewicki i inni – byli bardzo normalni. To nie byli gwiazdorzy. Nie utrudniali nam wejścia do zespołu. Oczywiście w tamtym czasie młody w drużynie chodził jak w wojsku, na baczność. Wiedział, gdzie jest jego miejsce w szeregu i u starszych zawodników musiał sobie zapracować na godne traktowanie. Nie było jednak żadnego poniżania, żaden z nas nie dostawał po łbie.

Pan w Bytovii też jest łagodny dla żółtodziobów?

Teraz młodzi mają w klubie jak u mamusi pod kołderką. Trzeba ich prosić, żeby piłki napompowali albo przynieśli sprzęt. Czasy się zmieniły, a przepis o młodzieżowcu jeszcze ten trend pogłębia. Część młodych zawodników to doceni i na tym skorzysta, ale dla wielu będzie to początek końca, gdy wszystko w życiu przyjdzie im za łatwo. Ja swoje dzieci uczę na przykład szacunku do pieniądza. Trzeba najpierw dobrze zapracować, żeby ten pieniądz uszanować. Tak samo powinno być w piłce. Piłkarz powinien zapracować sobie na to, żeby grać w wyjściowej jedenastce. Żeby to potem docenić. Te hektolitry potu, które trzeba było wylać, by dostać swoją szansę. Jesteś dobry – grasz. Jesteś słaby – siedzisz na ławce. Wiadomo – fajnie, że młodsi chłopcy dostają szansę, ale moim zdaniem na sprawę trzeba spojrzeć bardziej wnikliwie. Rozdawanie miejsca w składzie, bo taki jest przepis, to pierwszy stopień do tego, żeby ci młodzieżowcy odlecieli. Niektórzy jeszcze dobrze nie zaczną, a już skończą.

Wy w Polonii też nie mieliście najgorszej pod skrzydłami trenera Chrobaka.

Oj nie! Trener Chrobak to osoba, która była dla nas – tak sportowo – drugim ojcem. Ale nic nam się z urzędu nie należało. Wszystko trzeba było sobie wywalczyć. Trener znał mnie od dziecka – gdy poszedłem do liceum, trafiłem do niego na lekcje matematyki. I co? I w pierwszym semestrze byłem zagrożony. Bo nie umiałem materiału. Musiałem brać dodatkowe lekcje, wyciągnąć się. Nie było czegoś takiego, że trener szkoli mnie od dziesięciu lat, więc dostanę tróję za darmo. W matematyce i w piłce było tak samo – jesteś dobry, czeka cię nagroda. W tym pierwszym przypadku fajny stopień, a w drugim – gra z seniorami. Żadnej taryfy ulgowej nie mieliśmy. Łatwiejsze było tylko wejście do seniorskiej szatni, bo trafiliśmy do niej szerokim gronem. Kiedy młody zawodnik dołącza do drużyny sam, musi się szybko otworzyć na resztę zespołu. Z tym bywa różnie, zależy od charakteru. Poza tym – zawsze odbierałem trenera Chrobaka jako bardzo sprawiedliwego szkoleniowca. Nie było u niego czegoś takiego, że miał jednego czy dwóch ulubieńców, którzy grali zawsze. W tygodniu trzeba było udowodnić swoją pracą, że zasługuje się na szansę w weekend.

Miał pan niesprawiedliwych trenerów?

Jak tak sięgnę myślami, to chyba nie, chociaż sporo tych szkoleniowców mnie prowadziło. Udało mi się trafić na ludzi, od których mogłem coś ciekawego wyciągnąć. Najpierw był trener Jerzy Engel senior. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych patrzyłem w niego jak w obrazek. Budował drużynę z trzecioligowych, drugoligowych zawodników. Imponował swoim warsztatem i wiedzą. Prawdziwy profesor. Dla mnie też najważniejsze zawsze było, żeby trener miał swój charakter i komunikował pewne rzeczy wprost. W Lechii zrobił tak na przykład trener Probierz. Po zakończonym okresie przygotowawczym przyszedł do mnie i powiedział: „U mnie podstawowymi stoperami będą Sebastian Madera i Jarek Bieniuk. Ty na razie siedzisz na ławce”. I ja nie mam prawa mieć do niego w takiej sytuacji żalu. Taką decyzję podjął, przedstawił ją czarno na białym. To mnie zmotywowało, żeby mocniej popracować.

Pamiętam sytuację, gdy miałem problem z kostką. Poszedłem z tym do trenera Probierza, informując go, że nazbierał mi się tam jakiś syf i będę musiał sobie tę kostkę przeczyścić, co wiązałoby się z dłuższą pauzą. Trener oczywiście nie protestował, ale prosił, żebym opóźnił to jak najbardziej się da. Bo byłem mu potrzebny, choć wcale regularnie nie grałem. Dawało mi to świadomość, że jestem ważny dla drużyny, nawet gdy w pierwszym składzie wybiegają inni.

W Polonii pana podstawową pozycją chyba jeszcze nie był bok czy środek obrony?

Pod koniec mojej przygody z klubem trener Zieliński przesunął mnie najpierw na pozycję defensywnego pomocnika, a potem ustawiał mnie też jako stopera. Za trenera Jurka Engela młodszego grywałem sporo na boku obrony. Ale rzeczywiście – moją wyjściową pozycją, z czego się dzisiaj wszyscy śmieją, była prawa pomoc. Dopiero po przenosinach do Gdańska stałem się tak naprawdę najpierw prawym, a potem już pełną gębą środkowym obrońcą. Początkowo biłem się zresztą z myślami. Nie wiedziałem, czy to dobrze mi zrobi. Dzisiaj sądzę, że gdybym od małolata był przygotowywany do gry w obronie, mógłbym nawet trochę dłużej występować na fajnym poziomie w Ekstraklasie. Z drugiej strony – doświadczenie zebrane w pomocy dawało mi potem inne spojrzenie na grę z tyłu. Summa summarum jestem więc zadowolony z tego, jak to się potoczyło. Dzisiaj zresztą piłka poszła trochę w innym kierunku – nie tylko skrzydłowy, ale i boczny obrońca to musi być szybki, zwrotny, wydolny zawodnik. Nie ma możliwości, żeby tam grał tak mało dynamiczny piłkarz jak ja.

W pierwszym zespole Polonii zadebiutował pan w sezonie 2002/03, ale do wyjściowego składu udało się przebić tak na całego dopiero w rozgrywkach 2006/07, po spadku z najwyższej klasy rozgrywkowej. Przykre doświadczenie?

Na pewno bolesne. Ta Polonia to była dla nas taka druga rodzina. Było bardzo ciężko, co nas scaliło jako grupę. W tamtym okresie niektórzy zawodnicy naprawdę nie mieli co wrzucić do garnka, bo po prostu nie dostawaliśmy wypłat. Ci, którzy po weekendzie jechali do domu, przywozili od rodziców jakieś zapasy. Wszystko było wrzucane do wspólnej lodówki i póki starczało, to wszyscy korzystali. Ekstremalne sytuacje, ale naprawdę tak było. Ja akurat mieszkałem z rodzicami, więc nie miałem z tym problemu, ale kolegów wyrzucano z mieszkań, bo nie płacili czynszu.

Chciało się w ogóle wychodzić na trening w takiej atmosferze?

Walczyliśmy o swoją przyszłość. To była bardzo młoda drużyna. Dwóch czy trzech starszych zawodników i mnóstwo piłkarzy na dorobku. Trochę jak w tej Polonii za Króla, którą prowadził Piotr Stokowiec. Oni też nie dostawali pieniędzy chyba przez rok, ale grali dla siebie. Skończy się sezon, pójdą do lepszego klubu za lepsze pieniądze, odbiją sobie. Tylko my nie mieliśmy takich możliwości, nie marzyliśmy nawet o żadnych wielkich pieniądzach. Graliśmy, żeby w ogóle utrzymać się na najwyższym poziomie, nie wypaść z obiegu.

Zakończyło się to wszystko z niesmakiem. Przed ostatnią kolejką sezonu 2005/06, kiedy spadliśmy z ligi, trenerzy pozabierali chłopakom telefony, bo bali się, że ktoś będzie dzwonił… i tak dalej. Zostało to przez zespół odebrane jako potwarz. W drużynie nie mieliśmy ludzi, którym w głowie było ustawianie meczów, ale trenerzy się bali, że skoro tak długo nie dostajemy pieniędzy, to ktoś się skusi i na koniec sezonu sprzeda mecz. Ostatecznie wygraliśmy wtedy 1:0 na wyjeździe z Arką, lecz i tak nie uniknęliśmy degradacji. To był efekt problemów w klubie, które narastały od lat.

FOT Eliza Budzicz / 400mm.pl 2008-04-30 PILKA NOZNA - 2 LIGA POLONIA WARSZAWA - GKS KATOWICE 3 - 1 KRZYSZTOF BAK

Panu spadek w jakimś sensie wyszedł na dobre.

No tak, niby tak. Wiedziałem, że mogę na tym na dłuższą metę skorzystać, poszukać jakiegoś transferu, powrotu na najwyższy szczebel rozgrywek. Tylko wtedy zaplecze Ekstraklasy to były jednak zupełnie inne realia niż dzisiaj. Nie mam na myśli tylko kontraktu, ale również cele sportowe. Pojawił się w klubie prezes Wojciechowski, sytuacja się ustabilizowała. Mogłem się indywidualnie rozwijać, łapać ogranie. Dużo mi to pomogło, ale… to jednak był inny poziom. Nasze spotkania praktycznie nie były transmitowane w telewizji, zniknęliśmy trochę z radarów. Dzisiaj to inaczej wygląda, I liga ma lepsze opakowanie. Nie odczuwa się takiej przepaści między rozgrywkami.

Jak pan wspomina prezesa Wojciechowskiego?

Bardzo pozytywnie. Uważam, że to był człowiek przede wszystkim słowny. Jak powiedział, tak robił. Na pewno nie pomogli mu doradcy – niektóre wybory dotyczące trenerów i zawodników były za szybkie, no ale Polonia była przecież jego zabawką. On płacił, on decydował. Miał swoje zachcianki, jak każdy zamożny człowiek. W sumie zrobił dla klubu bardzo dużo dobrego. Wyłożył na Polonię grube miliony polskich złotych.

Nie mam oczywiście prawa mu niczego zarzucić, aczkolwiek w moich oczach jednak sporo stracił, że oddał potem drużynę temu panu z Katowic, który okradł ludzi w białych rękawiczkach. Zostawił klub rozwalony i zniknął, na dobrą sprawę dokonał skoku doskonałego. Prezes Wojciechowski chciał się pozbyć Polonii i miał do takiej decyzji prawo, jednak boli mnie strasznie, że akurat temu człowiekowi sprzedał klub. Do dzisiaj nie wiem, jak to jest możliwe, że można grube miliony oszukać mnóstwo ludzi i cały klub i nie ponieść z tego tytułu właściwie żadnych konsekwencji. Polska to jest chyba jakiś dziwny kraj, ale może ktoś mi kiedyś wytłumaczy, jak się robi takie przekręty w majestacie prawa.

Jak odebraliście wewnątrz Polonii fuzję z Groclinem?

Olbrzymi znak zapytania. Jak to będzie wyglądało, mamy sobie kombinować nowe kluby? Był taki okres, że siedzieliśmy i sporo na ten temat debatowaliśmy. Z jednej strony – Ekstraklasa. Fajnie, nie? Zaraz jednak pojawia się myśl: „Halo, oni mają pełny skład. Gdzie my tam będziemy pasować? Może żaden z nas się nie nadaje?”. Poruszenie było spore. Znaliśmy swoje miejsce w szeregu – byliśmy pierwszoligowym klubem. Groclin? Drużyna co sezon walcząca o pudło, grająca w europejskich pucharach. Liczyliśmy się z tym, że zostaniemy odprawieni z kwitkiem i będziemy musieli sobie szukać klubów. Mnie się udało – trener Jacek Zieliński wystosował pismo, w którym zgłosił, że chce mnie dalej mieć w drużynie. Spadłem na cztery łapy. Załapało się jeszcze czterech czy pięciu chłopaków, pojechaliśmy grać dalej w tej nowej Polonii. A reszta chłopaków musiała sobie szukać pracy. I to jest właśnie to… Przetrwaliśmy w klubie najtrudniejsze czasy, pojawił się bogaty sponsor, wszystko się poukładało, a zaraz większość z nas została zmuszona do jeżdżenia na testy po innych klubach.

Czemu zatem już wkrótce opuścił pan Warszawę?

Miałem wtedy umowę z panem Jarosławem Kołakowskim. Dostałem z Polonii ofertę przedłużenia kontraktu. Tam były jakieś niedociągnięcia – część chłopaków miała zagwarantowane mieszkanie, a ja nie, bo byłem z Warszawy. Niuanse. Generalnie chodziło mi o coś innego. Uznałem, że za długo jestem w jednym klubie. To był 2008 rok, miałem 26 lat. Niby zaistniałem w tej nowej Polonii – nie byłem trzydziestym w kolejce do grania. Albo występowałem w pierwszym składzie, albo przynajmniej siedziałem na ławce. Jednak postanowiłem, że potrzebuję zmienić klimat. Wkradła się w moje życie jakaś stagnacja. Zadowolenie z tego, co już mam. Uznałem, że muszę mieć nowy bodziec do rozwoju. Poprosiłem więc pana Jarka, żeby poszukał dla mnie nowego kierunku, jeżeli ma na to jakiś pomysł.

Podjąłem decyzję, że wolę odejść, niezależnie od oferty z Polonii. Sytuacja potoczyła się tak, że prezes Wojciechowski upatrzył sobie, zresztą razem z trenerem, Łukasza Trałkę z Lechii, który grał w tamtym czasie naprawdę bardzo dobrze. Chyba dostał nawet powołanie do reprezentacji. Kluby się dogadały. Równolegle ja otrzymałem z Gdańska umowę, jaka mnie zadowoliła i podpisałem z Lechią kontrakt. Niby wszystko sobie z działaczami Polonii wyjaśniliśmy, podaliśmy ręce, ale i tak wylądowałem w „Klubie Kokosa”, który właściwie jeszcze się tak wtedy nawet nie nazywał, bo ta nazwa weszła do użytku dopiero kilka lat później. Byłem sprzedany, więc niepotrzebny. Na szczęście oba kluby się dogadały i przyspieszyły przenosiny moje do Gdańska, a Trałki do Warszawy. Zimą dojechałem do chłopaków z Lechii na obóz do Turcji.

Dla wychowanka strącenie do rezerw było upokorzeniem?

To było przykre. Spędziłem w klubie kilkanaście lat, byłem cały czas zawodnikiem kadry meczowej. Kiedy dogadałem się z Lechią – do widzenia, stałem się niepotrzebny. Przeniesiono mnie do drugiego zespołu, musiałem trenować na sztucznej nawierzchni. Na szczęście krótko to trwało, ale wtedy nie potrafiłem zrozumieć, jak można tak potraktować piłkarza. Potem ta praktyka stała się niestety bardzo popularna. Nie tylko zresztą w Polonii. Z jakichś powodów w Polsce tak się piłkarzy traktuje. Trzeba się po prostu przemęczyć. Chociaż pamiętam, że obawiałem się wtedy o swoje zdrowie. Sztuczna murawa, gra w rezerwach – nie wpływa to korzystnie na kondycję.

Lechia płaciła wtedy na tym samym poziomie co Polonia?

Ależ nie. W Polonii dostałem finansowo lepszą ofertę. Nie o to chodziło. Potem jeszcze mi powiedziano: „Czemu do nas nie przyszedłeś? To był dopiero początek negocjacji, mogłeś dostać jeszcze więcej”. Ja się tym nawet nie interesowałem, nie chciałem się targować. Szukałem nowych bodźców, chciałem coś w życiu zmienić.

Polonia była czołowym klubem w lidze, Lechia natomiast biła się o utrzymanie.

Dopiero w ostatniej kolejce udało nam się to utrzymanie wywalczyć. To był wbrew pozorom fajny czas – drużyna się mocno scaliła. Były dodatkowe motywacje kibicowskie, ale dało się wyczuć, że fani cały czas są z nami. Na ostatni mecz do Gliwic, gdzie decydowały się losy naszego utrzymania, przyjechała naprawdę spora ekipa z Gdańska. Nie zdążyliśmy jeszcze wyjechać stamtąd po wygranym meczu, a oni już do nas dołączyli i razem świętowaliśmy awans. Dlatego sądzę, że w jakimś sensie tamten sezon był dla klubu przełomowy. Gdyby Lechia nie utrzymała się w Ekstraklasie, pewnie nie byłoby w Gdańsku tak dobrej drużyny, jaka jest teraz. Małymi kroczkami klub doszedł do tego punktu. Ja tylko żałuję, że w tym najlepszym sezonie za kadencji trenera Kafarskiego nie udało nam się dostać do europejskich pucharów. Zabrakło kilku punkcików.

Graliście efektowną piłkę.

To była mocna drużyna, choć pozbawiona gwiazd. Jedyną był Abdou Razack Traore – on rzeczywiście potrafił świecić na boisku pełnym blaskiem, choć początkowo nie zrobił na nas piorunującego wrażenia. Chyba był trochę zapuszczony. Reszta zespołu – to był po prostu kolektyw. Trener Kafarski stworzył maszynę, w której każda zębatka idealnie pracowała. Bazowaliśmy na grze zespołowej, nie indywidualnościach. Świetnie się ze sobą dogadywaliśmy – spotykaliśmy razem z żonami, wyskakiwaliśmy razem na kolacje, na plażę. To wszystko też zapewniało nam dodatkowy team spirit. Wychodziliśmy na boisko jak po swoje. Kiedy trzeba było się bić – szliśmy wszyscy. Takie drobne sytuacje budują atmosferę. Zdaję sobie sprawę, że koniec końców nic wielkiego nie osiągnęliśmy, w sezonie 2010/11 zajęliśmy ostatecznie ósmą pozycję w tabeli. Ale mówiono wtedy o nas, że naprawdę fajnie się nas ogląda. I do dzisiaj słyszę na mieście, że ludzie ciepło wspominają tamten zespół.

Aklimatyzacja w Gdańsku była trudna?

Tak. Znałem tylko Huberta Wołąkiewicza, który wcześniej był w Polonii na jakichś testach i wtedy się zdążyliśmy poznać. Dlatego Hubert początkowo wprowadzał mnie do zespołu. Jednak to nawet nie chodzi o sytuację w szatni. Problem polegał na tym, że kiedy pojechałem w lutym na pierwszy obóz z Lechią do Turcji, mój syn miał dopiero dwa miesiące. Przyjechałem do nowego miasta, gdzie nie znałem nikogo. Nie miałem tu żadnej babci, cioci, dziadka. Żona całymi tygodniami była sama z dzieckiem, przez pierwsze dwa i pół roku nigdzie nie wychodziliśmy sami, bo wkrótce na świat przyszła również córka. Wszędzie z dziećmi. Musieliśmy na nowo ułożyć sobie życie, totalnie. Poznać nowe środowisko. Ja miałem łatwiej – w szatni, chcesz czy nie, nawiązujesz relacje z kolegami z drużyny. Trudniejsze zadanie stało przed żoną, żeby złapać z kimś tutaj wspólny kontakt.

Żona nie protestowała, że poszukał pan nowych bodźców sportowych – związanych ze zmianą otoczenia – akurat w takim momencie?

Płakała bardzo mocno. Dzisiaj już się z tego śmieje, ale wciąż powtarza, że to była najgorsza decyzja, jaką mogliśmy w tamtym czasie podjąć. Dla niej to był dramat. Ja ogólnie też nie potrafiłem sobie wtedy wyobrazić, że zapuszczę korzenie gdzieś poza Warszawą. Jednak momentalnie, poznając plusy Gdańska, zmieniliśmy oboje front. Dziś jest odwrotnie. Nie wyobrażamy już sobie powrotu do Warszawy. Całą przyszłość wiążemy z Gdańskiem.

Jakie były pierwsze wrażenia z gry na stadionie przy Traugutta, w porównaniu z Konwiktorską?

Uważam, że gdyby ten stadion funkcjonował do dzisiaj – oczywiście nie w takiej formie, tylko odrestaurowany, odnowiony, dostosowany do współczesnych realiów – to Lechia by miała o co najmniej dwa, trzy medale więcej niż do tej pory. Nawet biorąc pod uwagę poprzedni sezon, który był kapitalny. Bo jak to jest teraz? Na stadion przychodzi trzynaście tysięcy ludzi, a wygląda to tak, jak gdyby było pusto. Kibice zdzierają gardła, robią co mogą, ale na Traugutta taki doping byłby czymś niesamowitym. Teraz? Jest bardzo fajnie, ale nic ponadto. Dla chłopaków, którzy niedawno trafili do klubu tamten dawny obiekt nie ma takiego znaczenia, ale prawda jest taka, że stadion przy Traugutta miał duszę. Wszyscy, którzy byli w Gdańsku na długo przede mną uważają tak samo. Kibice też powtarzają, że na Traugutta czuło się „to coś”. Kiedy tam przyszło dwanaście, trzynaście tysięcy ludzi, to czuło się efekt „wow” na widok takich tłumów. Na Energa Stadionie trudniej o coś takiego.

Wierzę, że kiedyś ten nowy stadion też będzie mógł uchodzić za taki obiekt z duszą. Potrzeba do tego lat, kolejnych udanych sezonów w Ekstraklasie. Teraz trochę mnie martwi, że po takim znakomitym sezonie na Broendby jest tylko 25 tysięcy ludzi. To o wiele za mało. Ta drużyna potrzebuje wsparcia i zasługuje na nie. Już mniejsza z tym, czy ci nowi kibice będą śpiewać, czy tylko siedzieć i od czasu do czasu klaskać. Ważne, żeby byli na trybunach i swoją obecnością pokazali, że zależy im na tym zespole. Awans po trzydziestu latach do europejskich pucharów powinien wywołać poruszenie. Oczekiwałbym na meczu pucharowym kompletu na trybunach. Przecież Lechia ma za sobą najlepszy sezon w historii!

Malkontentów zawsze mamy dużo. I dobrze – kibic od tego jest, żeby narzekał. Ale z drugiej strony… Oczekujesz czegoś od drużyny? Nie siedź przed telewizorem, idź na stadion, wesprzyj zespół. Jeżeli słabo zagrają, wtedy możesz powiedzieć: „Słabi jesteście, nie będę wam kibicował”. Choć powtarzam – według mnie teraz Lechia zasługuje na doping jak nigdy wcześniej. Szkoda, że za wynikami nie idzie frekwencja.

GDANSK 03.05.2012 MECZ 29. KOLEJKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2011/12: LECHIA GDANSK - LEGIA WARSZAWA 1:0 --- POLISH TOP LEAGUE FOOTBALL MATCH: LECHIA GDANSK - LEGIA WARSAW 1:0 SEBASTIAN MALKOWSKI KRZYSZTOF BAK FOT. PIOTR KUCZA

Wspomniane spotkania motywacyjne z kibicami rzeczywiście was motywowały, czy raczej wzbudzały jakiś sprzeciw?

Kibice nas odwiedzali w bardzo przemyślany sposób. Tam nie było czegoś takiego, co ostatnio widzieliśmy na Śląsku. To była rozmowa na zasadzie: „Kurwa, panowie! Jesteśmy z wami, ale musicie dać więcej od siebie. Zmieńcie to, tamto”. Kibice przedstawiali jakieś swoje postulaty na zasadzie pewnej merytoryki. Nie było powodu, żeby się ich bać albo na nich obrażać. Kibicom bardzo mocno zależało na tym, żeby klub nie zrobił kroku wstecz, czyli nie wrócił do I ligi. Wiadomo jak to jest – czasem tego rodzaju gadki się jednym uchem wysłuchuje, a drugim wypuszcza. Jednak jeżeli są kibice, których szanujesz i o których wiesz, że oni ciebie szanują, to zawsze trzeba posłuchać, co mają do powiedzenia.

Powrót na Polonię – już w barwach Lechii – był szczególnym przeżyciem?

Wracałem do swojego piłkarskiego domu. Na mecz przyszło mnóstwo kumpli, rodzina. Sentymentalny powrót. Musiałem się skupić, żeby zostawić buty przy tej ławce co trzeba i nie pomylić szatni. Kibice fajnie zareagowali na mój powrót – społeczność fanów Polonii jest mniejsza niż w Lechii, ale oni też zawsze potrafili docenić zawodnika, który grał z odpowiednim zaangażowaniem. To było bardzo miłe. Mogę powiedzieć, że mecze, które rozegrałem na Konwiktorskiej w roli gościa wspominam z uśmiechem na twarzy. Tym bardziej, że osobiście z Polonią nigdy nie przegrałem. Lechia co prawda raz poległa 1:3, ale akurat wtedy leczyłem jakiś uraz i nie mogłem zagrać.

Kto przez te wszystkie lata spędzone w Lechii zrobił na panu najlepsze wrażenie, jeżeli chodzi o umiejętności?

Mam tutaj taką dwójkę. Jeśli mówimy o zdolności do tego, żeby w pojedynkę zmienić oblicze spotkania, to na pewno Razack. Ale gdy chodzi o całokształt – Daisuke Matsui. Niestety, był to człowiek-szklanka. Po każdym meczu musiał mieć dwa, nawet trzy dni luźniejszego treningu, żeby w ogóle dojść do siebie. Jednak podczas spotkania grał tylko dla zespołu. Robił wszystko, żeby partnerzy mogli rozwinąć skrzydła, nigdy nie ustawiał akcji pod siebie. A umiejętności techniczne miał naprawdę topowe. Razack też miewał swoje przebłyski, jednak był w tym wszystkim nierówny. Raz mu się coś udawało, innym razem nie. Natomiast Matsui zawsze trzymał wysoki poziom. Na mojej liście – numer jeden.

Jeśli chodzi o Polaków, to musiałbym wymienić zawodnika, z którym nie grałem w Lechii, tylko w Polonii Warszawa. Radek Majewski. Naprawdę niewyobrażalne umiejętności techniczne. Do dzisiaj nie zdarzyło mi się trenować z równie utalentowanym zawodnikiem. Wyprawiał z piłką cuda. Brylancik. No i poza tym, również poza boiskiem świetny człowiek, bardzo otwarty, żadne tam muchy w nosie.

Sporą uwagę pan zwraca na ten aspekt atmosfery wewnątrz klubu.

Bo to bardzo istotne. Podam przykład – kiedyś z żoną chcieliśmy się wybrać do kina albo do teatru, już nie pamiętam co to była za okazja. Nie mieliśmy z kim zostawić dzieci – były jeszcze za małe, żeby zostać same w domu. I Marko Bajić, który był człowiekiem-imprezą, mówi: „Dobra, przyprowadźcie dzieciaki do mnie. Ja się nimi zajmę”. Marko, który był wtedy młody, pozytywnie roztrzepany, zajmował się naszymi dzieciakami! Im to zresztą bardzo bardzo odpowiadało – jak usłyszały, że idą do wujka Marko, to nie zdążyły dobrze założyć butów, a już czekały przy samochodzie. Wielu było takich chłopaków, którzy przyjechali do Polski i świetnie się w naszej ekipie odnaleźli. Sergejs Kożans, Wania Lukjanovs, Deleu. Ze wszystkimi mam do dzisiaj kontakt. Akurat Łotysze siedzieli obok mnie w szatni, więc nauczyłem się dzięki nim rosyjskiego.

Deleu nie miał łatwego początku w Lechii. Nie znał języków, kibice fatalnie go przyjęli, były rasistowskie ekscesy.

To był pierwszy ciemnoskóry zawodnik w Lechii od niepamiętnych czasów. Część kibiców… No, sceptycznie do niego podchodziła. Wydarzył się nieprzyjemny incydent podczas sparingowego meczu na Litwie. Nie spodobało nam się to. Chociaż Deleu był z nami krótko, postawiliśmy sprawę jasno: „Albo jesteście z nami włącznie z nim, albo gramy  w tym sezonie do innej bramki”. Nie może być tak, że jedenastu gra, a tylko dziesięciu dostaje oklaski. Na szczęście Didi szybko złapał z nami wspólny języki i w Gdańsku dzisiaj ma olbrzymie znajomości. Ma tu mieszkanie, związał swoją przyszłość z miastem. Początek był słaby, lecz ostatecznie wszystko ułożyło się z nim jak najlepiej.

Skoro już przy obcokrajowcach mowa – ciekawy epizod w Gdańsku zanotował trener Ricardo Moniz.

Bardzo intensywny czas. Niezwykle wymagający szkoleniowiec, szalenie profesjonalny. Miał wszystko zaplanowane co do ostatniego szczegółu. Nigdy w życiu – ani wcześniej, ani później – nie trenowałem tak mocno jak za trenera Moniza. W sensie jakości i objętości treningowej to był po prostu kat. Ale z tego narodziły się wyniki. Zrobiliśmy czwarte miejsce w lidze. Oczywiście architektem tamtej drużyny był trener Probierz, ale te przygotowania u trenera Moniza sporo nam dały na finiszu rozgrywek.

W ogóle wspominam tego trenera bardzo ciepło. Facet nie brał jeńców. U niego wszystko było albo czarne, albo białe. Niezwykle szczery człowiek. Można było do niego przyjść zawsze, w każdej sprawie. Byłeś gwiazdą w zespole, walczyłeś o kadrę meczową? Każdego traktował tak samo. Wiele się od niego nauczyłem. Otworzył nam oczy na inne formy treningu. Kiedy dzisiaj z trenerem Stawskim przygotowuję zajęcia w Bytowie, to stosuję wiele ćwiczeń zaczerpniętych właśnie od trenera Moniza. Widziałem po sobie, jak wiele mi one dały.

Nie kręciliście nosem na taką harówkę?

Nie mieliśmy prawa. Z trenerem Monizem była krótka piłka. Jesteś ze mną, albo jesteś przeciwko mnie. Jednak pola do konfliktu nie było, bo jemu wszyscy ufali. Widać było, że on po prostu wie co robi. To nie było tak, że katował nas treningami, a my się potem zastanawialiśmy, czy to ma jakiś sens. Nie – on nam wszystkie swoje pomysły przedstawiał z uzasadnieniem i entuzjazmem. Każde ćwiczenie, które nam pokazywał, potrafił jednocześnie sam wykonać i to z niezwykłą swobodą. Moniz samą swoją osobą, swoim podejściem przekonał nas, że wierzy w swoje metody. Więc czemu my mieliśmy w nie wątpić? Zaufaliśmy jego filozofii. Kiedy odchodził, to ja już kończyłem kontrakt, ale myślę, że chłopcy żałowali tego rozstania. Wiadomo – kiedy człowiek wychodzi z domu ze świadomości, że po treningu porzyga się z wysiłku, to trudno czerpać z tego przyjemność. Ale po wszystkim pojawia się myśl: „Zrobiłem kawał dobrej roboty. To przyniesie efekty”.

Najlepsze wspomnienie z Lechii?

Mam takie trzy super-wspomnienia. Przede wszystkim – zwycięstwo 3:0 na Legii. To była ta drużyna Tomasza Kafarskiego, gdzie graliśmy efektowną piłkę. Takiego wyniku nikt się nie spodziewał.

Wspomnienie numer dwa – mecz z Barceloną. Jasne, to było tylko sparing, ale ja jestem kibicem Barcelony odkąd pamiętam, więc to było dla mnie świetne przeżycie. A trzy – zdecydowanie remis 2:2 w Gdyni z Arką. Jak przyjechaliśmy po tamtym spotkaniu na Traugutta, to kibice przywitali nas jak mistrzów Polski.

Właściwie spuściliście wtedy Arkę z ligi.

Tak to się skończyło. Nie układała nam się gra w tamtym meczu, pomogło nam szczęście. Ale szczęście sprzyja lepszym.

Dlaczego po odejściu z Lechii wybór padł na Bytovię? Brak ofert z najwyższego poziomu rozgrywek?

Ofert było sporo. O mojej decyzji zadecydowały jednak dwa aspekty. Po pierwsze – osoba trenera Janasa, z którym współpracowałem wcześniej w Lechii. No i odległość z Gdańska. Dzieci zaczęły wiek szkolny, żona miała już swoją pracę. Doszliśmy do wniosku, że życie na dwa domy nie ma sensu, przeprowadzka też nam nie odpowiadała. Różnice finansowe między Bytovią a klubami z ekstraklasy nie były w tamtym okresie na tyle wielkie, żeby decydować się na przeprowadzkę. Mnie nie potrzeba do szczęścia tłustej umowy. Dostałem w pełni satysfakcjonujący mnie kontrakt.

Skąd taka sympatia do trenera Janasa?

Powtarzam się, ale… To był po prostu szczery człowiek. Bardzo mało mówił. Jeżeli już zabierał głos, był niezwykle oszczędny w swoich ocenach. Ale jednocześnie był też genialnym obserwatorem, dokładnie wszystko analizował. Podczas treningów czy innych zajęć wszystkim zajmował się asystent, a Janas gdzieś sobie tylko spacerował, spoglądał to tu, to tam. Czasami dodawał jakieś swoje sugestie i to wszystko. A mimo to – nic mu nie umknęło. Dokładnie wiedział, kto się przykłada do ćwiczeń, a kto odpuszcza. Spokojnie sobie to wszystko śledził i wyciągał wnioski. Potem decydował o kształcie wyjściowe jedenastki. Poza tym – bardzo życiowy facet. Nigdy nie traktował zawodników z góry. Sam do nas przychodził, prosił nas o sugestie. Czy coś zmienić w treningach, czy czegoś potrzebujemy? Bardzo otwarty na ludzi, nie dyktator. To mnie ujęło. Przecież mówimy o człowieku, który jako piłkarz i jako trener osiągnął ogromne sukcesy, a mimo to traktował nas jak starszy kolega.

Pan chciałby być trenerem w stylu Janasa?

Gdybym miał się od niego uczyć, na pewno wziąłbym dla siebie spokój, wyrachowanie, oszczędne dobieranie słów. Dużo jakości, mało bicia piany. Wystarczyło, że spojrzał i już zespół chodził jak w zegarku. Widać było, że sam grał w piłkę na najwyższym poziomie, bo doskonale potrafił rozumieć bolączki piłkarza i wczuć się w naszą sytuację.

Bardziej pana kręci trenowanie seniorów, czy może praca z dziećmi albo młodzieżą?

Od momentu jak mój syn zaczął piłkarskie szkolenie, byłem praktycznie na wszystkich jego treningach, na które tylko mogłem przyjść. Bardzo mnie to kręci. Ale od pół roku jestem też asystentem w Bytovii, prowadziłem część treningów w seniorach i chyba ta droga jeszcze lepiej mi pasuje. Z dziećmi mówimy o pracy u podstaw. Naucza się rzemiosła, mniej jest tego aspektu zarządzania drużyną, emocjami w zespole. W ogóle uważam, że w grupach młodzieżowych szkoleniowcami powinni być wyłącznie byli zawodnicy. Dzieci bazują nie na teorii, ale na praktyce. Trener musi umieć wszystko pokazać, zademonstrować. Ktoś, kto nigdy nie grał w piłkę nie będzie potrafił pokazać dziecku, jak ma poprawnie wykonać dany ruch, przyjęcie czy przerzut. Dorosłemu łatwiej wiedzę przekazać w teorii. Jak seniorzy nie potrafią grać w piłkę, to już jest ich problem. Trener zajmuje się taktyką, przesuwaniem formacji. Totalnie inna praca.

Choć czuję, że w obu tych funkcjach bym się odnalazł bez problemu. Jak już wspominałem, ostatnio miałem propozycję pracy w jednym z młodzieżowych roczników Lechii, dzwonił do mnie Paweł Pęczak. Szesnasto-, siedemnastolatkowie. To już są ukształtowani piłkarze – jeżeli chodzi o same umiejętności, na tym etapie rozwoju wiele się już nie poprawi. Bardziej wchodzi tutaj w grę głowa, nauka boiskowych zachowań. Jestem otwarty na takie propozycje, ale na razie mam cały rok gry w Bytovii przed sobą i oby to jak najdłużej trwało.

Ambicje Bytovii – jeszcze sponsorowanej przed Drutex – były naprawdę spore. Czemu nie wypaliły?

Ambicje były wielkie. Mieliśmy naprawdę majętnego sponsora, który nie szczędził grosza na zespół. Myślę jednak, że w klubie brakowało tej postaci, która jest w nim teraz, gdy zrobiło się biednie. Dyrektora sportowego. W tamtym czasie podobną funkcję pełnił Rafał Gierszewski, z ramienia Druteksu. On o wielu kwestiach decydował, ale nie był człowiekiem piłki. Na takim stanowisku potrzebny jest gość, który zjadł zęby na futbolu. Tego jednak zabrakło i można powiedzieć, że tamte lata zostały delikatnie zmarnowane. Co roku były założenia, że będziemy walczyć o górną piątkę w tabeli, ambicje sięgały awansu do Ekstraklasy, ale rzeczywistość skierowała nas w zupełnie przeciwną stronę. Aż w końcu pan Leszek Gierszewski się zdenerwował i trzeba było kombinować.

Na co w tym sezonie stać  odmienioną Bytovię?

To duża niewiadoma. Na razie wychodzimy na każdy mecz po to, żeby zwyciężyć. Na koniec rundy będziemy mogli ocenić, jakie są nasze możliwości. Mamy bardzo młody zespół. Są u nas chłopcy, którzy nie znają jeszcze poziomu centralnego. Totalnie nowa drużyna i potrzeba czasu, żeby zespół się zgrał. Niektórzy z tych chłopców dopiero się rodzili, gdy ja już grałem w seniorskiej piłce. Nie czuję jednak, że jesteśmy skazani na porażkę.

rozmawiał Michał Kołkowski

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (3)