Kawa była dziś za słaba. Polka przegrała z Sevastovą w finale Baltic Open
Inne sporty

Kawa była dziś za słaba. Polka przegrała z Sevastovą w finale Baltic Open

Gdyby ktoś tydzień temu powiedział nam, że Katarzyna Kawa dojdzie do finału turnieju WTA, pomyślelibyśmy, że nie wie, co mówi. Kilka miesięcy temu pewnie wsadzalibyśmy go do psychiatryka. A jeszcze wcześniej – gdy Polka była w ósmej setce rankingu – uznalibyśmy, że dla takiego człowieka nie ma już ratunku. Tymczasem Kasia nie dość, że do finału doszła, to zaprezentowała się w nim z naprawdę dobrej strony. Tam przegrała, ale to wciąż jej życiowy sukces.

Iga Świątek i Magda Linette. To dwie tenisistki, po których spodziewalibyśmy się takiego osiągnięcia. Ta pierwsza zresztą już raz w tym sezonie miała okazję zaprezentować się w finale turnieju rangi WTA. Za nic nie pomyślelibyśmy jednak o Katarzynie Kawie. Jasne, Kasia w ostatnich miesiącach zaczęła grać o kilka klas lepiej. I jasne, debiutowała w kwalifikacjach imprez wielkoszlemowych, wygrała też turniej ITF w Jackson, pokazując się przy tym z naprawdę dobrej strony. To wciąż jednak poziom, przy którym nie powinna być w stanie dojść do finału imprezy WTA.

A jednak, w Jurmale Polka pokazała, że w sporcie nigdy nie można używać słowa „niemożliwe”. Po kolei eliminowała każdą rywalkę, jaka stanęła na jej drodze, poczynając od… kwalifikacji. Bo przecież musiała przez nie przejść. I, żeby było śmieszniej, mało brakowało, a w ogóle nie weszłaby do turnieju głównego. Kiedy tam się już jednak znalazła, to zaczęła się impreza.

Bo Kawa perfekcyjnie wykorzystała drabinkę, która ułożyła się zresztą najlepiej, jak tylko mogła – na swojej drodze do finału Polka nie napotkała bowiem ani jednej rozstawionej zawodniczki. I przez te cztery spotkania Kasia przebrnęła w naprawdę świetnym stylu. Właściwie na minus zapisać moglibyśmy jej tylko pierwszego seta meczu… pierwszej rundy.

Tam ugrała ledwie dwa gemy, ale gdy już się otrząsnęła (przypominamy, że dla niej było to pierwsze spotkanie w drabince głównej turnieju WTA w życiu!), to z rywalek nie było czego zbierać. Drugiego i trzeciego seta meczu z Ysaline Bonaventurą wygrała 6:4 6:1. Janę Fett odprawiła 6:3 6:0, wygrywając wszystkie gemy od stanu 3:3. Chloe Paquet w starciu z Polką wygrała po dwa gemy w każdym z setów. A w półfinale wyższość Kasi musiała za to uznać Bernarda Pera. Skończyło się 6:2 6:3.

W każdym z tych meczów Kawa grała solidnie, imponując niemal każdym elementem swojej gry. Znakomicie funkcjonował backhand po linii, świetnie pracowała w defensywie, ale potrafiła też szybko przejść do ataku, przejmując inicjatywę w wymianie. Nie bała się wypraw do siatki, często podejmowała ryzyko. Nagle zobaczyliśmy zupełnie inną tenisistkę. Taką, którą stać na awans do najlepszej setki rankingu i utrzymanie się w niej przez kilka lat. Podobne przemiany zdarzają się często, gdy mowa o… juniorkach. A Kawa w tym roku skończy przecież 27 lat. Skąd więc ta odmiana? Napiszemy szczerze: nie mamy pojęcia. Cieszymy się jednak, że nastąpiła. Bo dzięki temu do listy Polek, które awansowały do finału turnieju WTA, dopisaliśmy szóste nazwisko.

Tyle tylko, że w decydującym meczu Kawa miała zupełnie inne zadanie niż do tej pory – zmierzyła się z turniejową „jedynką” i 11. rakietą świata, Anastasiją Sevastovą. Łotyszka grała w swym ósmym w finale i walczyła o czwarty tytuł. Jej doświadczenie przy tym, jakie ma Polka, wygląda jak Mount Everest przy Śnieżce. Ale mimo tego to Kawa zgarnęła pierwszego seta. Znów imponowała całokształtem swojej gry, ale i stroną psychiczną. Ani przez moment nie widzieliśmy u niej zdenerwowania. Zachowywała się, jakby to nie był mecz o tytuł, a rekreacyjna gierka gdzieś na przydomowym korcie. Sevastovą irytowało to niesamowicie, nawet w rozmowach z trenerem narzekała, że Kasia „po prostu nie popełnia błędów”.

I taki stan rzeczy utrzymywał się długo, ale… i tak zbyt krótko. Błędy przydarzyły się Polce w drugim secie. Najpierw gdy była o krok od zwycięstwa, a potem kiedy serwowała na 6:5. Prowadziła już wówczas 40:0 i nagle coś się zacięło. Inna sprawa, że poziom swej gry znacząco podniosła Łotyszka, ale w takiej sytuacji serwis po prostu trzeba wygrać. Kawa tego nie zrobiła, a po chwili rywalka wyrównała stan rywalizacji.

W trzecim, decydującym secie we znaki Polce ewidentnie dawało się zmęczenie. Bo, licząc razem z kwalifikacjami i grą podwójną, w której też występowała, rozgrywała swój dziewiąty mecz na Łotwie. I choć walczyła naprawdę dzielnie, imponując niektórymi zagraniami, to ostatecznie przegrała. Ale ze swego występu powinna być zadowolona. Bo nikt nie mógł przypuszczać, że w ogóle zamelduje się w finale. A jeśli ktoś tak obstawiał jeszcze przed turniejem, to niech pokaże nam screena na dowód. W zamian otrzyma od nas potężną porcję braw. Na razie taką dedykujemy Katarzynie Kawie, bo po prostu na nią zasłużyła.

Na koniec, ważna rzecz – ranking. I to też powinno wam uzmysłowić, jaka była pozycja Polki w światowym tenisie przed tym turniejem. Mimo awansu do finału, Kasia nie wskoczy do najlepszej setki. W jutrzejszym notowaniu będzie zajmować najprawdopodobniej 127. miejsce. Jeśli utrzyma formę, za niedługo powinniśmy ją zobaczyć w gronie stu najlepszych tenisistek. I za to trzymamy kciuki.

Wynik:

Katarzyna Kawa 6:3 5:7 4:6 Anastasija Sevastova

Fot. Newspix

 

KOMENTARZE (1)