16 lat temu Łotysze upokorzyli Wisłę Płock. „Przestroga dla Piasta”
Weszło Extra

16 lat temu Łotysze upokorzyli Wisłę Płock. „Przestroga dla Piasta”

Dwumecz Piasta Gliwice z Riga FC będzie dziewiątym polsko-łotewskim starciem w europejskich pucharach. Z dotychczasowych ośmiu przeważnie wychodziliśmy suchą stopą i to raczej bez wielkich stresów. Jest jednak pewien niechlubny wyjątek, o którym do dziś niestety pamiętamy i który zawsze znajdzie swoje miejsce w czołówce przy tworzeniu listy hańby polskich pucharowiczów. Szesnaście lat temu debiutująca na międzynarodowej arenie Wisła Płock odpadła z FK Ventspils, mimo że miała już rywala na widelcu. Niestety, zamiast go skonsumować, dźgnęła się tym widelcem w oko. 

Przy okazji dzisiejszego starcia w Gliwicach warto wrócić do tamtych chwil. Choćby ku przestrodze.

Wylosowanie Łotyszy przyjęto w Płocku z zadowoleniem, choć niepełnym. Mający świetne kontakty na Litwie prezes Krzysztof Dmoszyński liczył na rywala właśnie z tego kraju. Tak czy siak, nie mógł zbytnio narzekać. Wiadomo było, że „Nafciarze” są zdecydowanym faworytem, a na dodatek uniknięto dalekich podróży na azjatyckie stepy.

W momencie losowania o FK Ventspils nie wiedziano nic, poza tym, że jego sponsorem również jest koncern paliwowy. – Mnie kojarzy się z koszykówką. Grali przecież z Prokomem Trefl Sopot w Pucharze Mistrzów. Myślę, że powinniśmy z nimi sobie spokojnie poradzić – cytowała „Gazeta Wyborcza” rzecznika Wisły, Macieja Wiącka.

Siłą rzeczy piłkarze również nie mieli potem w głowach nadmiaru informacji. – Na Łotwę jechaliśmy trochę w ciemno, niewiele wiedzieliśmy o przeciwniku. To były inne czasy jeśli chodzi o analizę i rozpracowywanie rywali. Nie istniały jeszcze takie platformy jak InStat, dzięki którym prześwietli się na wylot każdego. Jak się trafiało na zespół z klasowej ligi, można było dowiedzieć się czegoś więcej, ale przy zespołach z takich krajów jak Łotwa pole manewru było niewielkie. Taktyka opierała się głównie na tym, że to my jesteśmy górą i mamy grać swoje – mówi nam Dariusz Gęsior, który strzelił wtedy gola w pierwszym spotkaniu.

 – Podchodziliśmy do tych meczów spokojnie, ale bez lekceważenia rywala. Wręcz sami się mobilizowaliśmy, żeby nie tracić koncentracji. Czegoś jednak zabrakło. Po wyjazdowym remisie czuliśmy, że to przeciwnik jak najbardziej do wyeliminowania – wspomina Ariel Jakubowski, dziś trener drugoligowej Elany Toruń.

Z wyjazdu „Nafciarze” przywieźli remis 1:1. Gęsior przed rewanżem na łamach „Piłki Nożnej” przestrzegał: – Łotysze to wcale nie kelnerzy, więc mecz w Płocku nie będzie taki łatwy, jak się niektórym wydaje. 

Dziś dodaje: – Lepiej pamiętam mecz na Łotwie. Debiut Wisły Płock w pucharach, mój drugi występ dla tego klubu po przyjściu z Amiki. Mogliśmy tam wygrać. Pamiętam, że było wtedy strasznie gorąco.

Zarejestruj konto w ETOTO i odbierz freebet 20 zł za darmo!

1:1 przed rewanżem odebrano jednak jako całkiem niezły wynik. Nadszedł 28 sierpnia 2003 roku. Do przerwy wszystko układało się wybornie. Wisła prowadziła 2:0 po golach Ireneusza Jelenia, który do siatki trafił jeszcze przy wyniku bezbramkowym (dobitka strzału w poprzeczkę jednego z kolegów), lecz sędziowie wychwycili minimalnego spalonego. Tak czy siak, zanosiło się na pewny awans. – Do przerwy wydawało się, że już nic się nie wydarzy, ale niestety… Ventspils pokazał jakość przy golach, bo najpierw idealnie wykonali rzut rożny, a potem wyrównali po składnej akcji. Tego się nie spodziewaliśmy i nie potrafiliśmy już odpowiedzieć – przyznaje Jakubowski.

Nie ma co ukrywać, „Nafciarze” mieli trochę pecha. W drugiej połowie jeszcze raz trafili w poprzeczkę, z kolei Radosław Matusiak zaraz po wejściu – przy stanie 2:1 – znalazł się w sytuacji sam na sam. Miał mnóstwo miejsca i czasu, ale uderzył fatalnie, prosto w wychodzącego bramkarza. – Niewykluczone, że to też nas trochę uśpiło. Nie tylko wynik długo był dobry, ale i cały mecz przebiegał pod nasze dyktando. Dyktowaliśmy warunki i dochodziliśmy do kolejnych sytuacji. A niestety puchary nie wybaczają żadnego rozprężenia, co teraz pokazały też mecze Piasta Gliwice z BATE Borysów, gdzie wydawało się, że mistrz Polski kontroluje sytuację, a w końcówce wszystko posypało się w pięć minut. Należy wyciskać maksa ze swojego dobrego okresu. Zabrakło koncentracji i cierpliwości do ostatniego gwizdka sędziego. Gdy poczujesz się zbyt pewnie na boisku i cokolwiek cię z tego stanu wytrąci, trudno wrócić do gry, bo musisz się od początku maksymalnie zmotywować i skoncentrować. Dziś chyba Piastowi to jednak nie grozi, łotewskie drużyny też poziomem poszły do przodu. A piłkarze stamtąd mocno się mobilizują na nasze drużyny, bo mogą się pokazać i zapracować na transfer do Polski. Trzeba uważać – przestrzega Jakubowski.

 – Był to jeden z tych meczów, o których chciało się jak najszybciej zapomnieć. I szczerze mówiąc, niewiele już z tamtego dnia pamiętam. Złe wspomnienia staram się wyrzucać z pamięci – Dariusz Gęsior tego wątku rozwijać nie chciał.

Maciej Terlecki miał pretensje do trenera Mirosława Jabłońskiego za złe zmiany, po których drużyna „totalnie stanęła”. Terlecki na Łotwie zaliczył tylko epizod, ale w rewanżu zagrał od początku i widać było, że czuje się dobrze. Grał swobodnie, miał duży udział przy pierwszym golu. Mimo tego zszedł już po godzinie, a wprowadzony za niego Matusiak zaraz potem zmarnował „setkę”.

Ariel Jakubowski za to na terenie Ventspilsu grał do 75. minuty, by dwa tygodnie później siedzieć na ławce. – Decyzja trenera (śmiech). Co do zmian, nie chcę się rozwodzić. Trener przeprowadzając je miał przecież jakiś cel i założenia. Być może też sądził, że mecz jest wygrany i myślał już trochę o następnej kolejce w Ekstraklasie – komentuje.

Wpłać po raz pierwszy i graj w ETOTO za 3 razy więcej! Bonus 200% aż do 100 zł!

Gdy goście wyrównali, z Wisły zupełnie uszło powietrze, co jeszcze spotęgował fakt, że przez ostatni kwadrans trzeba było grać w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Marcina Wasilewskiego. Po końcowym gwizdku komentarze były jednoznaczne: doszło do kompromitacji. Jakubowski się z tym zgadza, zwraca jednak uwagę na jeden aspekt. – Nie jest to żadne usprawiedliwienie, ale nie byliśmy wtedy ligowym potentatem zobligowanym do walki o trofea. Do pucharów weszliśmy dzięki występowi w finale Pucharu Polski, nie poprzez pokazywanie klasy przez cały sezon w Ekstraklasie. W niej zajęliśmy dopiero dziesiąte miejsce i dość długo musieliśmy uważać, by przypadkiem nie spaść. Indywidualnie było kilku klasowych zawodników jak Darek Gęsior, Maciej Terlecki, Irek Jeleń czy Marcin Wasilewski, ja też grałem już wcześniej w pucharach. Mieliśmy jakieś doświadczenie. Jako drużyna byliśmy jednak ekstraklasowym średniakiem – przekonuje.

Od razu dodaje, że mimo to on i koledzy mieli poczucie klęski. – W szatni panowała grobowa atmosfera, bardzo źle się z tym czuliśmy. Jak to się często mówi, padły mocne słowa. Asystentem był wtedy Maciej Skorża i pamiętam, że też siedział załamany i powtarzał „Jak mogliśmy tak odpaść?”. Odczuwaliśmy straszny niedosyt.

Dariusz Gęsior w rewanżu z Ventspilsem.

Dariusz Gęsior w rewanżu z Ventspilsem.

W zupełnie innym nastroju znajdował się Branislav Jasurek, Słowak występujący w tamtym czasie w barwach Ventspilsu. Dziś jest pracownikiem polsko-słowackiej agencji menadżerskiej FairSport. Przeciwko Wiśle zaliczył 45 minut w pierwszym meczu i pół godziny w drugim.

 – U siebie zagrałem fatalnie, by nie powiedzieć: chujowo. Możliwe, że był to mój najgorszy występ w karierze. Byłem załamany i wkurzony, bo całe życie czekałem na taki moment. Bardzo chciałem i nic mi nie wychodziło, słusznie zszedłem już w przerwie. Pamiętam jak dziś słowa trenera Sauliusa Sirmelisa, gdy w rewanżu szykował mnie do wejścia na boisko na początku drugiej połowy: „Spróbuj zrobić coś więcej niż w domu”. A potem się uśmiechnął. Podszedł do tego na spokojnie i to mi, młodemu chłopakowi, pomogło. Zdjął ze mnie presję, co dało efekty na boisku. Asystowałem przy bramce na 2:2 i po faulu na mnie czerwoną kartkę dostał Marcin Wasilewski – opowiada.

Jego uznanie dla Sirmelisa nawet dziś jest bardzo duże. – Super się zachował i staram się teraz podchodzić podobnie do chłopaków, którzy mają trudne początki, mam tu chyba większą empatię. Po pierwszym spotkaniu Sirmelis mnie nie dołował. Miał zasadę, że nigdy kogoś nie oceniał przy wszystkich, zostawiał to na rozmowy face to face. Pogadaliśmy może z pięć minut przed treningiem, mówił, że mnie rozumie, że takie rzeczy się zdarzają. Jeśli się nie mylę, kilka dni później w lidze ustrzeliłem hat-tricka. Byłem potem trochę wkurzony, że rewanż z Wisłą zaczynam na ławce, rozsadzała mnie ambicja, ale trener dobrze to wykorzystał. Mieliśmy świetne relacje. Gdy Sirmelis odchodził do Żalgirisu Wilno, poszedłem tam razem z nim – dodaje.

Wracając do drugiego meczu, Jasurek podkreśla, że w pewnym momencie jego drużyna postawiła wszystko na jedną kartę. – Przeważnie graliśmy systemem 4-4-2. W Płocku zaczęliśmy jednak 4-5-1. Ale gdy przegrywaliśmy już dwiema bramkami, zmieniliśmy ustawienie i wszedłem jako drugi napastnik. Pamiętam, że jak czekałem na wejście, mieliśmy rzut rożny, po którym zdobyliśmy bramkę kontaktową. Bałem się, że trener cofnie zmianę. I faktycznie, musiałem poczekać kilka minut dłużej, ale zdążyłem zagrać ponad pół godziny i przydałem się drużynie. Do przerwy Jeleń mógł strzelić znacznie więcej niż dwa gole, jednak po złapaniu kontaktu naprawdę uwierzyliśmy, że awans jest w zasięgu – przyznaje.

Nie bez znaczenia mógł być fakt, że Ventspils nie miał wtedy żadnych kompleksów względem Wisły Płock.

– Nie czuliśmy się kopciuszkiem w porównaniu do niej, choć startowaliśmy z tego samego pułapu. Do pucharów dostaliśmy się dzięki zdobyciu Pucharu Łotwy. Było to pierwsze trofeum w historii klubu i nasze pierwsze mecze pucharowe. Uczucie, że jesteśmy z trochę „innego świata” dopadło nas rok później podczas meczów z Broendby. Ładny stadion, wielu kibiców, markowy rywal – zupełnie inna otoczka. Mimo to wyeliminowaliśmy Duńczyków po dwóch remisach – po domowym 0:0 było wyjazdowe 1:1. Co do Wisły, na boisku również nie odczuliśmy większej różnicy. Pierwsze spotkanie utwierdziło nas w przekonaniu, że jesteśmy w stanie przejść dalej i nie ma między nami takiej przepaści, jak pewnie zakładali kibice w Polsce. Sądzę, że tamten Ventspils spokojnie poradziłby sobie w Ekstraklasie. O mistrzostwo pewnie by nie walczył, ale na pewno by się utrzymał – mówi Jasurek.

Branislav Jasurek w towarzystwie Michała Probierza.

Branislav Jasurek w towarzystwie Michała Probierza.

Po ograniu Wisły łotewska ekipa została brutalnie sprowadzona na ziemię. – Dostaliśmy 1:10 w dwumeczu z Rosenborgiem, ale to był inny Rosenborg, regularnie grający w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Wtedy im się nie udało, odpadli po zaciętych bojach z Deportivo i wyżyli się na nas. Strach pomyśleć, ile przegrałaby Wisła, skoro ją wyeliminowaliśmy (śmiech) – dziś słowacki agent patrzy na to z dystansem.

Co ciekawe, rok później płocczan pomściła Amica Wronki, która na wyjeździe także zremisowała 1:1, tyle że potem udźwignęła rolę faworyta i zwyciężyła w najskromniejszych rozmiarach. Tutaj Jasurek nie ukrywa gorzkich wspomnień. – Ventspils w kolejnym sezonie jeszcze się wzmocnił. Trudniej było się przebić i grałem mniej. Z Amiką wystąpiłem tylko przez 15 minut w rewanżu. W pierwszym meczu równie dobrze mogliśmy wysoko wygrać, byliśmy strasznie nieskuteczni. Z rewanżu zapamiętałem jedynie… sędziego. Niech to posłuży za cały komentarz. Czuliśmy się rozgoryczeni, bo gra toczyła się już o fazę grupową Pucharu UEFA – wspomina.

Dokonaj drugiej wpłaty i zgarnij kolejny bonus od ETOTO, 100% aż do 900 złotych

Przy okazji warto nadmienić, że choć cały czas mówimy o wielkiej wpadce Wisły, to fakty są takie, że nie odpadła z jakimiś amatorami. Jasurek obrazuje to konkretnie: – Ventspils był wtedy fajnym klubem, bardzo dobrze płacili. Zupełnie inaczej niż dzisiaj. W tamtym czasie były to kwoty atrakcyjne nawet dla Słowaków czy Czechów. Jeżeli na Słowacji zarabiałeś 1-2 tys euro miesięcznie, tam mogłeś dostać 4-5 tys. dolarów. Do tego atrakcyjne premie. Mieliśmy bodajże 300 dolarów na głowę za zwycięstwo, a jeśli było wyższe niż 3:0, to stawka jeszcze rosła, podobnie jak przed najbardziej prestiżowymi meczami ze Skonto Ryga czy Metalurgsem Liepaja. Wszystko płacone na czas, żadnych opóźnień. Podczas przygotowań lataliśmy na zagraniczne obozy, dwa tygodnie w Turcji w komfortowych warunkach nie stanowiły wyjątku.

Skoro już zagłębiliśmy się w temat, warto wyjaśnić, co młody Słowak robił wtedy na piłkarskich peryferiach, o których na pewno nie marzył zaczynając kopanie piłki. – Grając w młodzieżowych reprezentacjach wypromowałem się do Niemiec. Tam jednak nie wyszedłem poza ligi juniorskie, trudno było się przebić. Chciałem wrócić do Żyliny, ale klub nie był chętny. Wylądowałem w trzeciej lidze słowackiej. Pojawiały się myśli, żeby skończyć z profesjonalną piłką i skupić się na nauce. W ciągu jednej rundy strzeliłem jednak 15 goli i jeden z czeskich agentów, pamiętający mnie z młodzieżówek, zapytał, czy chciałbym jeszcze spróbować z zawodowym graniem. Wiadomo, co odpowiedziałem. Wtedy przedstawił mi Ventspils. Nie wzbudziło to mojego entuzjazmu, nawet nie kojarzyłem tej nazwy. Przekonały mnie argumenty finansowe, na wejściu dostałbym 3 tys. dolarów miesięcznie. Pojechałem na 10-dniowe testy do holenderskiego Den Haag, gdzie zespół przebywał na obozie i już po pierwszym sparingu przekonałem trenera Paula Ashwortha. Podpisaliśmy trzyletni kontrakt. Klasę pokazał ten agent, bardzo fajnie wyczuł sytuację. Potrafił patrzeć do przodu, dostrzegając mój potencjał. Zaimponowało mi też to, że Ashworth od razu wiedział, kim jestem, jak gram, znał moją historię. Świetny facet. Do niedawna po raz drugi prowadził Ventspils, a dziś jest dyrektorem technicznym w Astanie – tłumaczy Jasurek.

Łotwę opuszczał jeszcze przed erą mistrzowskiej serii Ventspilsu, ale za to kilka razy wznosił krajowy puchar. – W 2005 roku poszedłem do Żalgirisu, ale klub ten popadł w kłopoty finansowe i trzeba było odejść. Poszedłem do czeskich Jakubcovic, a na koniec kariery rozegrałem jeszcze sezon w słowackiej ekstraklasie dla AS Trencin. Okrężną drogą udało się to osiągnąć, choć miałem może połowę tego, co zarabiałem na Łotwie. Dziś słowacka piłka jest znacznie wyżej niż łotewska, ale wtedy Ventspils organizacyjnie to był top. Spędziłem tam świetny czas – podsumowuje Branislav Jasurek.

Dobrze, że chociaż on ma miłe wspomnienia z tego wstydliwego dla polskiej piłki dwumeczu. – Dziś można go traktować jako przestrogę dla naszych pucharowiczów, żeby nigdy nie poczuli się za pewnie – uważa Ariel Jakubowski.

Dariusz Gęsior: – Awans nigdy nie jest sprawą oczywistą i trzeba do końca być skoncentrowanym. No i skutecznym. Zebraliśmy jakieś doświadczenie, wnioski wyciągnęliśmy. W następnym sezonie zajęliśmy piąte miejsce w lidze, rok później znów zagraliśmy w pucharach i choć ze szwajcarskim Grasshoppersem też odpadliśmy, to zaprezentowaliśmy się lepiej.

Wówczas jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale z perspektywy czasu widzimy, że tamten rok stanowił pewien negatywny przełom, mimo że równolegle historycznych wyczynów dokonywał Groclin, eliminując Herthę i Manchester City. Można zaryzykować tezę, że sezon 2003/04 jest fundamentem dla całej serii późniejszych eurowpierdoli, bo w tamtym czasie GKS Katowice odpadł z macedońską Cementarnicą Skopje, a jeszcze nadal bardzo mocna Wisła Kraków nie dała rady Valerendze Oslo, co odebrano jako totalną klęskę.

Dziś nad takim obrotem sprawy szybko przeszlibyśmy do porządku dziennego. I to też pokazuje, jak wiele się zmieniło – niestety na gorsze.

PRZEMYSŁAW MICHALAK

1i5LLhW

Fot. newspix.pl/Michał Chwieduk/400mm.pl

KOMENTARZE (6)