Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Viitorul Konstanca, rumuński klub założony przez Gheorge Hagiego, za moment skończy równe dziesięć lat. Obecnie dysponuje kameralnym stadionikiem na 4,5 tysiąca miejsc, bazą treningową położoną pośrodku niczego oraz całkiem sympatycznym budżetem zasilonym 4 milionami euro, które belgijskie Genk zapłaciło za Ianisa Hagiego. Jutro zagra w II rundzie Ligi Europy, będzie to ich jedenasty i dwunasty mecz w europejskich pucharach. 

O „Przyszłości”, bo tak trzeba tłumaczyć nazwę, pisaliśmy już na Weszło całkiem sporo, w różnych kontekstach. Najczęściej: jako o drogowskazie dla polskich klubów oraz jednym wielkim kontrargumencie dla większości krajowych wymówek.

Im dłużej patrzę na obecny zestaw klubów w Ekstraklasie, tym mocniej się zastanawiam – kiedy odpali nasza własna, rodzima „Przyszłość”?

Bo odpalić przecież musi. Nie jesteśmy okutani żelazną kurtyną, zza której nie dostrzegamy światowych trendów. Nawet najbardziej wystrzeleni w kosmos działacze posiadają Internet, zakładkę Weszło w przeglądarce, zdarza im się zajrzeć na Transfermarkt czy Wikipedię. Oni muszą to widzieć, muszą to dostrzegać i gdzieś w głębi ducha muszą dopytywać: dlaczego właściwie nie my? Dlaczego nie u nas?

Zawsze z dystansem traktuję zapowiedzi prezesów, że montują polski Red Bull Lipsk, polski Ajax Amsterdam, albo polski Athletic Bilbao. Szukanie wzorców w tak egzotycznych ekosystemach to jak zapowiadanie, że hitem na bałtyckich plażach będzie kolekcja futrzanych płaszczy z Mediolanu. A przecież wystarczy spojrzeć dwie plaże obok, np. do tej Rumunii, która mierzy się od lat z tymi samymi problemami, co rodzima piłka nożna.

Viitorul ma dziesięć lat, jest młodziutka, startowała od zera, a na czele nie miała wcale multimilionera z trzema rafineriami i kuzynem w Dubaju, tylko człowieka z głową na karku. To nie było tak, że Hagi przyszedł na puste pole i wzorem Red Bulla w Austrii finansowo wykasował całą konkurencję. Nie, wręcz przeciwnie, Viitorul walczyła z bogatszymi, bardziej utytułowanymi, starszymi i niekiedy faworyzowanymi przez władze klubami poprzez własny pomysł i gigantyczne zaangażowanie. W kraju rządził hegemon, z problemami wizerunkowymi i szalonym prezesem, ale jednak: hegemon. Stołeczna, wojskowa Steaua (dziś już niewojskowa i pozbawiona tradycji FCSB, o rozłamie pisałem TUTAJ), kładła finansowo i organizacyjnie całą stawkę, nie było dla niej problemem (nadal zresztą nie jest) wykupienie najlepszych zawodników rywali.

Ba, sama Viitorul oddała do Bukaresztu Comana, Nedelcu, Tanasę, Vinę i Benzara. Łącznie jakieś 6-7 milionów euro, zawierzając informacjom z Transfermarktu. Co więcej, i grupa pościgowa to żadne leszcze, zawodników z klubu Hagiego brał i Cluj, i Craiova, a przecież trzeba jeszcze dodać Astrę czy Dinamo.

A mimo to w zaledwie dziesięć lat klub Hagiego zdobył mistrzostwo Rumunii, wygrał Puchar Rumunii, czterokrotnie kończył sezon na miejscu premiowanym występami w pucharach, sprzedał szesnastu piłkarzy za pół miliona euro i więcej (łącznie blisko 30 milionów euro). No i co chyba najważniejsze został najmłodszym mistrzem w Europie ze średnią wieku piłkarzy 22,2 (to już ze wspomnianej Wikipedii).

Zastanawiam się – czy Hagi miał większy kapitał początkowy niż niektóre polskie kluby? Czy rumuński związek piłkarski dostarczył mu trenerów o wyższej jakości? Czy Steaua Bukareszt, Cluj albo Astra Giurgiu to o wiele prostsi rywale niż nasi najmocniejsi gracze? Pogoda lepsza? Rumuńskie lekcje WF-u bardziej efektywne?

Strzelam, że nie. Przejrzałem sobie akademię Viitorulu, tam naprawdę nie ma jakichś kwadratowych jaj, trenerów z Amsterdamu, lekarzy z Hiszpanii i dyrektorów finansowych z Kataru. Hagi wiedział, że rumuńskich cudownych dzieciaków za wiele nie ma, że cenieni rumuńscy trenerzy też nie znajdują się pod każdym bukaresztańskim kamieniem, że konkurencja jest mocna, że o tytuły będzie trudno, że bogatsi rywale rozkupią jego najlepszych chłopaków. Ale mimo to postawił na szkolenie własnych talentów, na rozwijanie własnych trenerów, na budowę klubu od boisk treningowych, od wychowania dzieciaków.

Już pomijając, że tego Ianisa to w ogóle sam spłodził, to jest dopiero historia. Jesteś Maradoną Karpat, od lat nie masz następcy. Co robisz? Płodzisz syna, zakładasz klub z akademią, wychowujesz go w tym klubie, na jego dwudzieste urodziny masz już 6 milionów euro więcej – bo obecny transfer Hagiego to już drugi w jego karierze gotówkowy ruch, wcześniej jako 17-latek trafił do Fiorentiny. No i dużą nadzieję, że następcą Hagiego w kadrze będzie drugi Hagi.

Zrób to sam, nic trudnego!

Wracając jednak do samego klubu – to nie jest tak, że działa magia nazwiska Hagiego, albo jakieś układy menedżerskie. Ci chłopcy z Viitorul jadą przecież na Euro U-21 i wygrywają grupę, pokonując Chorwację i Anglię. Nie tak jak my – monolitem, siłą zespołu, uważną grą w defensywie – ale szalonym nakurzaniem kolejnych goli. Poza niezbyt chwalebnym remisem z Francją – cztery gole z Chorwatami, cztery z Anglikami, dwa z Niemcami… Ten mecz z Anglią? Trzy gole i wywalczony rzut karny przed czwartym to zasługa Comana i Hagiego, dwóch wychowanków Viitorul. Duet w środku pola Cicaldau i Baluta? Kolejna dwójka z Konstancy. Manea i wchodzący z ławki Nedelcu to też wszystko dzieciaki od Hagiego. Literalnie rzecz ujmując, Hagi „wziął i zbudował” połowę młodzieżowej kadry. A przypomnijmy – to wszystko działo się w dziesięć lat.

Rumuńska liga przypominała w ostatnich latach kabaret, pod względem infrastruktury, kibiców, otoczki marketingowej to jakieś dwa szczeble niżej od Ekstrakalsy. Narzekamy na Raków, grający w Bełchatowie? Viitorul też się snuła po wynajętych stadionach, a jej własny obiekt, na którym występuje obecnie, przypomina nieco kurnik. Pieniądze? Tak, rumuńskie talenty też są transferowane już jako siedemnastoletnie perły, tak, Viitorul mierzy się z tym samym problemem co Lech czy inne Zagłębie Lubin. Konkurencja? Rumuńska liga jest równie wyrównana jak polska, ma nawet podobną konstrukcję. Promocja zawodników poprzez europejskie puchary? Viitorul też odpada w początkowych rundach, swego czasu zremisowała nawet 0:0 z luksemburskim Unionem. Oni naprawdę mają te same kłopoty, stoją przed tymi samymi wyzwaniami. Nie mają pieniędzy z Kataru, nie mają młodzików wyszkolonych na asfalcie amsterdamskich blokowisk czy skąpanych w andaluzyjskim słońcu.

Ale im dłużej na to patrzę, tym bardziej wydaje mi się, że po prostu oni mają Hagiego a my nie.

Albo inaczej, czyli pozytywna i nieoczekiwana puenta.

Dostrzegam na horyzoncie jednego człowieka z wizją i koncepcją futbolu bardzo podobną do tej, którą proponuje Hagi. Gościa, który rozwija klub i akademię, wspina się po kolejnych szczeblach, a jego wychowankowie powoli zyskują miejsce w młodzieżowych reprezentacjach. Który nie ogląda się na ligową konkurencję. Konkurencję, z którą drastycznie przegrywa finansowo, ale wygrywa pomysłem, cierpliwością i pracowitością. Trzymam za niego mocno kciuki i wierzę, że za dwa lata odkurzę ten tekst z myślą: zaczyna nam się kształtować polska Viitorul. Nie polski Ajax, nie polskie Basel, ale polska Viitorul. Trochę w opozycji do stołecznej Steauy, trochę w opozycji do przepompowanych pieniędzmi projektów, oparta na młodych, krajowych zawodnikach.

Oby temu naszemu Hagiemu nie zabrakło cierpliwości i zimnej krwi. Nie podaję na razie jego nazwiska, najwyżej za dwa lata powiem, że chodziło o KTS Weszło.

KOMENTARZE (12)