Maksym Dadaszew nie żyje. Kolejna tragiczna śmierć w ringu…
Inne sporty

Maksym Dadaszew nie żyje. Kolejna tragiczna śmierć w ringu…

Maksym Dadaszew. Możecie nie kojarzyć tego nazwiska, ale warto je zapamiętać i poświęcić chociaż chwilę chłopakowi, który zginął, walcząc o marzenia. Rosyjski pięściarz nie wyszedł do 12. rundy eliminatora wagi super lekkiej federacji IBF. W drodze do szatni stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Dziś lekarze poinformowali o jego śmierci. Miał 28 lat, zostawił żonę i dziecko w żałobie, a całe bokserskie środowisko z cisnącym się na usta pytaniem: po co to wszystko…

Co pewien czas słychać o podobnych przypadkach: odbywa się walka, ktoś przegrywa przez ciężki nokaut, potem mdleje w szatni i kilka dni lub tygodni później jest po wszystkim. Najczęściej jednak do takich tragedii dochodzi na peryferiach wielkiego boksu, na małych, szemranych galach, na imprezach bez właściwego zaplecza, organizowanych przez promotorów, którzy przymykają oczy na badania lekarskie, czy szalone odwadnianie organizmu i zbijanie wagi. Gdzieś w trzecim świecie, na Filipinach, w Tajlandii, czy w jakimś afrykańskim państewku; słowem: z dala od cywilizacji.

Tym razem tragedia rozegrała się w zupełnie innych okolicznościach przyrody: w MGM National Harbor, czyli nowiutkim ośrodku hotelowym (z kasynem, salami konferencyjnymi, basenami), zbudowanym trzy lata temu za prawie półtora miliarda dolarów w amerykańskim Maryland. Na wielkiej gali, zorganizowanej przez szanowanego promotora Boba Aruma, pokazywanej na żywo przez ESPN i sankcjonowanej przez Komisję Sportu Stanu Maryland.

Dadaszew urodził się w Sankt Petersburgu, ale mieszkał i trenował w słonecznej Kalifornii pod okiem świetnie znanego polskim kibicom Buddy’ego McGirta (pracował między innymi z Andrzejem Gołotą i Tomaszem Adamkiem). Na koncie miał 13 zawodowych walk, wszystkie wygrane, z czego 11 przed czasem. Kiedy w marcu znokautował Ricky’ego Sismundo, zrobił kolejny krok w stronę wymarzonego pojedynku o mistrzostwo świata. Ostatni miał zrobić w piątek, w Maryland. W eliminatorze IBF (zwycięzca staje się obowiązkowym rywalem dla mistrza świata) mierzył się z Subrielem Matiasem. Portorykańczyk pod wieloma względami był jego kopią: także mocno bije, także ma na koncie 13 walk i 13 zwycięstw i także za wszelką cenę chce dostać walkę o mistrzostwo świata.

W ringu było mniej więcej to, czego można się było spodziewać w starciu dwóch królów nokautu: jazda bez trzymanki i ostra młócka, cios za cios, wymiana za wymianę. Raczej nieustanny atak niż jakiekolwiek akcje w obronie. Kiedy po 11. rundzie Dadaszew na miękkich nogach zszedł do narożnika, doświadczony trener McGirt już wiedział, co musi zrobić.

Maks, zatrzymam walkę. Maks, zatrzymam ją. Za dużo przyjmujesz. Za dużo przyjmujesz, Maks. Proszę, pozwól mi to zrobić, ok? Spójrz na mnie. Proszę! Za dużo przyjmujesz. Jeśli ja tego nie zrobię, oni to zrobią. Rozumiesz? Jeśli ja nie przerwę walki, sędzia przerwie. Proszę, Maks, proszę – mówił do kręcącego głową zawodnika. A kiedy to nie przyniosło efektu, zwrócił się do swojego rosyjskiego asystenta, mówiąc: „Słuchaj, musisz być z nim szczery”, na co ten, po rosyjsku tłumaczył bokserowi powagę sytuacji. Sekundy później zostało ogłoszone poddanie Dadaszewa.

– Nie mogłem go przekonać do przerwania walki, ale jednocześnie widziałem, że przyjmuje coraz więcej czystych ciosów. Powiedziałem do siebie: czy to jest tego warte? Broń Boże, przecież jeden cios może zmienić życie człowieka i ja zdecydowałem, że nie mogę na to pozwolić. Wolałem, żeby był na mnie wściekły przez dzień czy dwa niż żeby miał być na mnie wściekły przez resztę życia – tłumaczył później.

Niestety, w tym przypadku resztą życia okazało się kilka… W drodze do szatni rosyjski pięściarz najpierw wymiotował, a potem stracił przytomność. Został przewieziony do szpitala i wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Dziś lekarze potwierdzili jego śmierć.

W takich chwilach zdajesz sobie sprawę z tego, jakim sportem się zajmujemy. On zrobił wszystko dobrze w treningu, nie było żadnych problemów. Teraz moja głowa szaleje: może mogłem coś zrobić inaczej. Ale naprawdę, wszystko przebiegało dobrze, Maks wyglądał dobrze, był przygotowany do walki. Po prostu taki jest boks, czasem wystarczy jeden cios – mówi wstrząśnięty Buddy McGirt. – Kiedy zobaczyłem go po 11. rundzie, już podjąłem decyzję. Pytałem go, ze względu na szacunek, ale już wiedziałem co zrobię. Wiedziałem, że nie pozwolę mu z powrotem wyjść do ringu.

Śmierć Dadaszewa to kolejny dowód na to, jak niebezpiecznym sportem jest boks. Nawet na najwyższym poziomie, gdzie walczą najlepsi z najlepszych, doskonale przygotowani i prowadzeni przez profesjonalnych trenerów, może dochodzić do tragedii. Tak, jak mówi McGirt, czasem wystarczy jeden cios. Tym bardziej przeraża myśl, że ze względu na interesy, zaniedbania, czy brak zwykłego pomyślunku, ktoś na przykład dopuszcza do sędziowania w ringu arbitra, dobijającego do osiemdziesiątki i mającego problemy nie tylko z refleksem, ale także ze słuchem. Przecież w Rydze, w walce Briedisa z Głowackim, także mogło dojść do tragedii. Albo w Londynie, gdzie sędzia pojedynku Chisora – Szpilka po ciosie, który tak naprawdę odłączył Polakowi prąd, zamiast doskoczyć do bokserów, cofnął się i czekał na kolejne bomby…

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (5)