Polski lekarz na wojnie ze światem. „Najgorsza była bezsilność”
Inne sporty

Polski lekarz na wojnie ze światem. „Najgorsza była bezsilność”

Jesteś powszechnie cenionym lekarzem i pewnego dnia budzisz się wplątany w międzynarodową aferę dopingową. Nie zrobiłeś nic, co byłoby nielegalne gdziekolwiek w Europie, ale za sprawą splotu kuriozalnych zdarzeń zostajesz skazany poza granicami swojego kraju. W takich realiach – niczym z „Procesu” Franza Kafki – musiał odnaleźć się niemal z dnia na dzień profesor Krzysztof Ficek – specjalista ortopedii, traumatologii i medycyny sportowej, który operował między innymi Maję Włoszczowską i Pawła Nastulę. Po latach pojawił się dokument, który pozwala spojrzeć na jego sprawę w zupełnie innym świetle.

Wszystko zaczęło się od niewinnej kontroli granicznej. Pod koniec lipca 2002 roku właśnie dobiegała końca 89. edycja Tour de France. Na starcie zameldowało się 189 kolarzy, a jedną z największych niespodzianek wyścigu była świetna postawa Raimondasa Rumsasa. Litwin był postacią dobrze znaną w Polsce – pod koniec lat dziewięćdziesiątych z sukcesami jeździł w barwach grupy Mróz. Na szerokie wody wypłynął już jednak gdzie indziej.

W 2000 roku jako zawodnik grupy Fassa Bortolo finiszował na piątej pozycji podczas Vuelta a Espana, a kilkanaście miesięcy później był odkryciem „Wielkiej Pętli”. Ostatecznie ukończył wyścig na trzeciej pozycji, przegrywając tylko z Lancem Armstrongiem i Josebą Belokim. Na Litwie zyskał status bohatera i został potem nawet wybrany „Sportowcem Roku”. Nad jego znakomitą postawą szybko zawisł jednak cień bardzo poważnych podejrzeń.

W dniu ostatniego etapu wyścigu, francuscy celnicy odkryli coś niepokojącego w bagażu wracającej do domu we Włoszech żony kolarza. Edita Rumsiene przewoziła przez granicę torbę pełną przeróżnych substancji. Były tam legalne leki, ale także erytropoetyna (EPO), testosteron, sterydy anaboliczne i hormon wzrostu. W sumie 35 substancji – zidentyfikowanie wszystkich zajęło kilka tygodni.

Pojawiło się oczywiste pytanie – co zakazane środki robią w bagażu żony zawodowego kolarza, który właśnie dość niespodziewanie przebojem wdziera się do światowej czołówki? Tłumaczenie zatrzymanej było cokolwiek osobliwe. Utrzymywała, że środki planowała zawieźć… na Litwę do swojej chorej matki. Trudno jednak sobie wyobrazić, w jaki sposób emerytce może pomóc EPO lub hormon wzrostu.

Gdzie w tym wszystkim polski lekarz? Okazało się, że Krzysztof Ficek widział się z żoną kolarza dokładnie miesiąc przed jej przygodą na granicy. Do spotkania doszło 28 czerwca 2002 roku w Polsce. Kobieta jechała wówczas z Litwy do rodzinnego domu Rumsasów we Włoszech i wiozła ze sobą różne leki. Jej wizytę poprzedził grzecznościowy telefon od męża.

„Raimondas poprosił mnie, żebym zobaczył co to za leki i napisał odręcznie – bo wtedy się to robiło – takie potwierdzenie, żeby jego żona mogła przewieźć je przez granicę. Sporządziłem taką listę – przegląd tych środków, które mi okazała. To wszystko wypisałem na drukach recepturowych, bo akurat miałem je pod ręką. Najśmieszniejsze jest to, że gdybym to zrobił na kartce A4, to pewnie nie byłoby potem żadnego tematu i byłbym rozgrzeszony. Na tych drukach opisałem, co zostało mi okazane – wszystkie leki, które przewoziła. To były środki dozwolone. Niektóre substancje wymagały wprawdzie oddzielnej zgody do używania ich – takiej, jaką teraz dostaje się do celów terapeutycznych (TUE), ale traktowane były jako dozwolone” – tłumaczy profesor Ficek.

Wizyta trwała kilkadziesiąt minut i nie wzbudziła żadnych wątpliwości lekarza. Samego Raimondasa Rumsasa poznał kilka lat wcześniej – często oceniał wyniki badań zawodnika, gdy ten jeździł jeszcze w barwach grupy Mróz. Historia dosyć nieoczekiwanie doczekała się jednak ciągu dalszego. Po miesiącu żona kolarza przewoziła już nie tylko legalne środki opisane przez profesora Ficka, ale także substancje niedozwolone. W bagażniku znaleziono także dokumenty podpisane miesiąc wcześniej przez polskiego lekarza.

W głowach śledczych pojawiła się teoria, że skoro znaleziono tam środki zabronione, to one również musiały zostać zakupione na bazie recept. Problem w tym, że dokumenty podpisane przez polskiego lekarza nie spełniały takich kryteriów – żadna apteka w Polsce i na świecie na podstawie czegoś takiego nie wydałaby leku. Poza tym gdyby profesor Ficek faktycznie wystawił żonie Rumsasa receptę na EPO albo inny zabroniony środek, to kobieta dokonując zakupu w aptece musiałaby ją tam zostawić. Jednoznacznych dowodów nigdy nie znaleziono, a w zeznaniach kolarza i jego żony nie ma choćby śladu o jakichkolwiek niepokojących działaniach lekarza.

W centrum dopingowej afery

W jaki sposób Rumsas podczas Tour de France w 2002 pozytywnie przeszedł wszystkie kontrole dopingowe? To temat na oddzielną dyskusję, ale ten sam wyścig wygrał w końcu Lance Armstrong, który też był regularnie badany, ale nikt chyba nie chciał go złapać. Litwin w końcu wpadł na dopingu kilka miesięcy później – podczas Giro d’Italia 2003 w jego organizmie wykryto… EPO.

Sprawa nielegalnego przewozu niedozwolonych środków żyła już wtedy swoim życiem, a polski lekarz początkowo był traktowany jako świadek. Taki miał status składając zeznania, ale niedługo potem został dopisany do listy oskarżonych. Prokuratorzy uznali, że skoro znał i widział się z żoną kolarza, a wcześniej współpracował z nim samym, to cała trójka musiała funkcjonować w ramach jakiejś grupy przestępczej, która przemyca i sprzedaje leki. Oprócz prostego skojarzenia nie było jednak nic więcej – poza dokumentami znalezionymi w bagażniku nie było żadnych dowodów oraz poszlak z innych źródeł.

„Nie mogłem uwierzyć, że na tym opiera się oskarżenie. Zapytałem nawet, czy gdyby ona po miesiącu od spotkania ze mną przewoziła przez granicę trupa, ale gdzieś tam byłby druk z moim podpisem, to automatycznie zostałbym uznany za współwinnego morderstwa. Doping to też morderstwo, ale na organizmie. Żaden lekarz o zdrowych zmysłach nie podpisałby się pod dokumentami, które mogłyby chociaż sugerować doping” – dodaje lekarz.

Proces ruszył w 2005 roku. Litewskie małżeństwo zostało oskarżone o przemyt i rozprowadzanie zabronionych środków, co było zagrożone karą do trzech lat pozbawienia wolności i wysoką grzywną. Lekarz z kolei usłyszał zarzut wystawiania recept na niedozwolone środki, choć nie znaleziono żadnego takiego dokumentu. Sąd pierwszej instancji uznał winę wszystkich oskarżonych. Rok później przed sądem drugiej instancji prokuratura odstąpiła nawet od oskarżenia profesora Ficka, ale i tak usłyszał wyrok roku więzienia w zawieszeniu na pięć lat. Został potraktowany… surowiej niż Rumsasowie, którzy dostali wyrok czterech miesięcy więzienia w zawieszeniu.

Lekarz miał prawną reprezentację, ale o swoje musiał walczyć na odległość. W 2004 roku wystawiono za nim nawet… europejski nakaz aresztowania. W tym momencie lawiny nie dało się już zatrzymać. Sąd apelacyjny podtrzymał werdykt, a próba kasacji nie przyniosła skutku. Wszystko opierało się na teorii, która jest może atrakcyjna z publicystycznego punktu widzenia, ale nie została nigdzie udowodniona: jeśli ktoś zażywał doping, to ktoś musiał na te niedozwolone środki wystawiać recepty. Takich dokumentów jednak nigdy nie znaleziono, a same niedozwolone substancje można przecież uzyskać także nielegalną drogą, co w tym przypadku wydaje się nawet bardziej prawdopodobne.

W 2012 roku – w akcie desperacji – Krzysztof Ficek napisał nawet do ówczesnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego z prośbą o ułaskawienie. Znów odbił się od ściany. „Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, w jakiej sytuacji może się znaleźć obywatel Polski. Zostaje skazany za granicą za czyn, który popełnił w Polsce i który w Polsce jest legalny, a mimo to polskie państwo w ogóle go nie broni” – gorzko komentował skazany w „Gazecie Wyborczej”.

Jak w ogóle mogło dojść do takiego prawnego mętliku? Zaczęło się od prostego błędu, który nigdy nie został skorygowany. Generalna zasada mówi, że nie stosuje się francuskiego prawa do czynów popełnionych za granicą. Jest jednak kilka wyjątków – pierwsze cztery można od razu skreślić. To sytuacje, kiedy dochodzi do przestępstw godzących w interesy narodu lub gdy w grę wchodzą najcięższe zbrodnie prawa międzynarodowego. Kolejne dwa podpunkty dotyczą spraw na statkach i samolotach, a ostatnie dotyczą przestępstw ciągłych i złożonych, które częściowo popełniono za granicą, a częściowo we Francji.

Dr hab. Maria Rogacka-Rzewnicka – profesor Uniwersytetu Warszawskiego i specjalistka w zakresie postępowania karnego – nie ma wątpliwości, że w sprawie profesora Ficka popełniono szereg błędów. Decyzje o wszczęciu śledztwa i orzekaniu przez sądy dwóch pierwszych instancji zostały podjęte z naruszeniem przepisów, a sąd apelacyjny nie odniósł się do tych wątpliwości. Nad ewidentnym błędem postanowiono przejść do porządku dziennego. Tymczasem rozstrzyganie sprawy przez organ, który nie ma do tego kompetencji, to poważne uchybienie procesowe, które pozbawia wydane w takich okolicznościach orzeczenie skuteczności prawnej.

„Wyrażam przekonanie, że sądy francuskie nie miały kompetencji do orzekania w sprawie dr. Krzysztofa Ficka. Wydane w jego sprawie przez francuskie sądy orzeczenia nie powinny były z tego powodu zapaść, lecz żaden z wykorzystanych środków prawnych nie doprowadził do takiego rezultatu. Wydany prawomocnie wyrok z dnia 18 stycznia 2007 roku pozostaje traktować jako wadliwy i niesłuszny, co z przekonaniem stwierdzam” – ocenia prof. Rogacka-Rzewnicka.

To fragment stanowiska w przedmiocie sprawy karnej, o które poprosił w 2018 roku polski lekarz. Na tym etapie wszystkie możliwości odwołania się zostały już wyczerpane, ale profesorowi zależało już tylko na tym, by szereg błędów w postępowaniu został potwierdzony przez niezależnego eksperta. W sensie stricte prawnym nastąpiło już zresztą zatarcie skazania, co oznacza, że ortopeda odzyskał status osoby niekaranej w każdym możliwym aspekcie. Warto dodać, że przed polskim wymiarem sprawiedliwości ani przez moment nie toczyło się żadne postępowanie – nawet przed izbą lekarską.

Opowieść wigilijna

Ktoś może powiedzieć, że sednem sprawy jest jednak doping, więc surowość orzeczenia nie powinna dziwić. Rumsas i jego żona, w przeciwieństwie do lekarza, nie odwoływali się jednak od skazującego wyroku. Można odnieść wrażenie, że zależało im, aby o sprawie jak najszybciej zapomnieć. Wiadomo również, że profesor Ficek nie został wmanewrowany w całą sprawę za sprawą ich zeznań – po prostu dokumenty z jego podpisem znalazły się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, a sam zainteresowany dostał potem rykoszetem, wbrew wszelkiej logice. Nawet dziś nie jest w stanie powiedzieć, na ile i czego tak naprawdę winni są Litwini i o co w ogóle toczyła się gra.

„Z Raimondasem Rumsasem widziałem się potem tylko raz. Do spotkania doszło w przedziwnych okolicznościach – już kilka lat po całej sprawie. To była… wigilia Bożego Narodzenia. On jechał z Litwy do swojej rodziny we Włoszech i wiedział, że nie zdąży na czas. Jechał od wielu godzin, chciał odpocząć i widocznie byłem jedynym wyjściem. Najpierw zadzwonił, a potem przyjechał do mnie na wigilię i spędziliśmy razem parę godzin. Rumsas był zakłopotany i przepraszał, że zostałem wciągnięty w tę sprawę. Tym bardziej, że zdecydowała o tym tylko moja dobra wola. Mogłem przecież powiedzieć jego żonie: „jedź sobie dziewczyno przez granicę, nic mnie to nie obchodzi”. Cały czas miałem jednak poczucie, że robię rzecz legalną, więc nic złego nie może się stać” – wspomina Krzysztof Ficek.

Choć polski lekarz jest człowiekiem świata nauki, to w całej sprawie występują takie zbiegi okoliczności, których nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć. Wigilijne spotkanie po latach ze sprawcą swojego nieszczęścia – którego podjął niczym zbłąkanego wędrowca – to jeden z nich. Drugi to fakt, że do feralnej kontroli granicznej Edity Rumsiene doszło dokładnie w dniu urodzin profesora.

Jak było rzeczywiście z dopingiem u Rumsasów? Na bazie dostępnych ustaleń można wysnuć hipotezę, że litewskie małżeństwo mogło wykorzystać dokumenty wystawione przez polskiego lekarza jako swego rodzaju przykrywkę. Pokazując podczas kontroli torbę pełną przeróżnych środków mogli próbować przekonywać, że wszystko, co się w niej znajduje, zostało przez niego opisane i zaaprobowane. Dopiero w przypadku szczegółowej kontroli mogło się okazać, że tylko część tych leków to substancje dostępne legalnie i to właśnie one są ujęte w dokumentacji. To jednak tylko teoria – jedna z wielu, których francuski wymiar sprawiedliwości nie próbował nawet zbadać.

Trudno też uwierzyć, by szczegółowa kontrola na granicy włosko-francuskiej akurat w ostatnim dniu wyścigu była przypadkiem. Prawdopodobnie do zatrzymania i przeszukania żony kolarza doprowadziły jakieś wskazówki od informatorów, ale potem przejrzystych ustaleń zaczęło już brakować. Skoro w otoczeniu zawodnika pojawiły się zabronione substancje, a gdzieś w tym wszystkim znaleziono podpisane przez lekarza dokumenty, to sprawa wydawała się aż nazbyt oczywista. A że fakty ostatecznie tego nie potwierdziły? Cóż, tym gorzej dla faktów!

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pech polskiego lekarza polegał też na tym, że trafił na bardzo specyficzny okres w światowym sporcie. Walka z dopingiem dopiero co pojawiła się na sztandarach, przez co wszystkich próbowano wrzucić do jednego worka. Nikt wtedy nie wiedział, jak poważny to w istocie problem – zwłaszcza w kolarstwie. Szczegóły zaczęliśmy poznawać ze sporym opóźnieniem. Doping w tym środowisku był wtedy „tak naturalny jak talerz makaronu po treningu”, jak opisał to obrazowo po latach Stefan Schumacher, triumfator Tour de Pologne 2006.

Tylko czy to jakieś usprawiedliwienie? Sprawa Krzysztofa Ficka to przede wszystkim sytuacja, w której polski obywatel został pozostawiony sam sobie i nie mógł liczyć na wsparcie żadnych instytucji. Lekarz próbował zaalarmować kogo się dało, ale na głosy wsparcia mógł liczyć co najwyżej nieoficjalną drogą. Nie była to kwestia politycznej woli – można odnieść wrażenie, że nikt nie chciał szczegółowo zaangażować się w sprawę, w której chodziło o doping. Szczegóły nie miały znaczenia – ta łatka ciążyła po prostu zbyt mocno.

„Najgorsza była ta bezsilność. Jako człowiek wykonujący operacje ortopedyczne jestem przyzwyczajony do podejmowania decyzji i ponoszenia ich konsekwencji. Znalazłem się jednak w sytuacji, w której decyzje i deklaracje nie znajdowały ciągu dalszego. Nie żądałem odszkodowania ani zadośćuczynienia – chciałem prostego ustalenia faktów. Moja sprawa była sprawą obywatela, którego dotknęła kolizja prawa międzynarodowego. Skoro działam na obszarze RP i nie przekraczam w żaden sposób prawa, a zostaję za to osądzony w kraju Unii Europejskiej i stosuje się do mnie prawo francuskie, to równie dobrze można mnie oskarżyć w Anglii o to, że jeżdżę niewłaściwą stroną drogi” – tłumaczy obrazowo specjalista medycyny sportowej.

„Może trudno w to uwierzyć, ale taka sytuacja naprawdę może się przydarzyć każdemu. Wyobraźmy sobie, że ktoś leci do Egiptu i ma akurat przepisany Tramal. Celnik może zatrzymać taką osobę i stwierdzić, że bierze udział w przemycie narkotyków. Z małej rzeczy może się zrobić wielki dramat. Na własnej skórze przekonałem się, że to jak najbardziej realne” – przestrzega lekarz.

Dziś może na to wszystko spojrzeć już z pewnym dystansem, ale był okres, kiedy łatka lekarza wmanewrowanego w dopingową aferę mocno mu ciążyła. Mimo wszystko zawodowo stale się rozwijał. W 2008 roku pojechał nawet na igrzyska do Pekinu. Cztery lata później próbował pomóc Mai Włoszczowskiej, która po poważnej kontuzji stopy ostatecznie nie zdążyła wykurować się na czas, by wziąć udział w olimpijskich zawodach w Londynie.

Raimondas Rumsas nigdy nie wrócił do formy, którą zaprezentował w 2002 roku na Tour de France. W ostatnich latach znów było o nim głośno, ale już za sprawą synów. W 2017 roku nagle zmarł 21-letni Linus Rumsas. Przyczyną zgonu była niewydolność serca, którą w trakcie śledztwa połączono z sięganiem po doping. Prezesem klubu, w barwach którego jeździł na co dzień młody zawodnik, był… jego ojciec. Według śledczych, miał być osobiście zaangażowany w proces dostarczania odpowiednich substancji w niemożliwych do wykrycia mikrodawkach.

Kilka miesięcy po śmierci Linusa – we włoskim domu Rumsasów – włoskie służby antydopingowe (CONI) przyłapały na dopingu… Raimondasa juniora. W styczniu 2018 roku został zdyskwalifikowany na cztery lat za faszerowanie się między innymi hormonem wzrostu. Rodzice na temat substancji znalezionych w ich domu konsekwentnie milczą.

W 2018 roku Krzysztof Ficek dostał srebrną odznakę Ministra Sportu i Turystyki za zasługi dla sportu. Ministra Witolda Bańkę – który przyznał mu to wyróżnienie – operował zresztą wiele lat wcześniej, jeszcze w trakcie jego lekkoatletycznej kariery. Dziś praca ortopedy, traumatologa i specjalisty medycyny sportowej znów jest zdominowana przez sport – i to wyłącznie w pozytywnym kontekście. Los dopisał do tej historii wyjątkowy epilog, który wydaje się aż nazbyt filmowy. Naprzeciwko domu lekarza otwarto… konsulat honorowy Francji. Codziennie w drodze do pracy mija te same trzy kolory, które wiele lat wcześniej wywróciły jego uporządkowane życie do góry nogami.

KACPER BARTOSIAK

 Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (9)