Tylko jedno zdjęcie, dobrze?
Blogi i felietony

Tylko jedno zdjęcie, dobrze?

A gdyby obok przechodził twój idol? Dajmy na to – Cristiano Ronaldo albo Lionel Messi? Poprosiłbyś go o zdjęcie, prawda? Albo o autograf? Gdyby była możliwość poklepać go po ramieniu, zrobiłbyś to oczywiście?

Ty wiesz, że zrobienie tysiąca zdjęć dziennie i bycie poklepanym przez tysiąc osób nie jest przyjemne. Przez jedną, pięć, dziesięć – w porządku. Ale przez tysiąc to już nie. Tylko, że ty jesteś jeden. Co cię obchodzą inni? Jesteś ty i twój idol. Więcej okazji nie będzie. Albo zrobisz sobie tę fotkę, albo jej nigdy mieć nie będziesz. Albo go klepniesz po ramieniu, albo już nigdy nie zbliżysz się chociażby na metr.

Poza tym – to tylko jedno zdjęcie. To dla ciebie. On i tak ich tyle robi, że co to za różnica: jedno więcej czy jedno mniej? Dla ciebie, na zawsze. Więcej nie poprosisz.

Widziałeś wczoraj w telewizji jak otoczony przez tłum cierpliwie pozował. Tydzień temu widziałeś, jak poszedł do sklepu i lokalna telewizja nagrała szturm na drzwi wejściowe. Niedawno pokazywali też jego wizytę w restauracji, gdy nie był w stanie zjeść posiłku, aż w końcu wyszedł, nie radząc sobie z natrętami. Och, ciężkie ma życie ten człowiek, ale tymczasem jakimś cudem nikt go jeszcze nie namierzył, jesteście wy dwaj, więc:

– Photo? One photo, please?

Codziennie każda osoba chce tylko jedno zdjęcie, dla siebie. Chce tego 12-letni tłuścioszek z Chicago, 65-letnia seniora z Panamy, 43-letni tatuś z Oakland i 23-letni geek z Hongkongu. Tylko jedno. Tysiąc, dziesięć tysięcy, sto tysięcy ludzi chce tylko to jedno zdjęcie, dla siebie, nic wielkiego, sekunda i po krzyku, już sobie znikam!

Diego Armando Maradona nie musiał popaść w kokainowy nałóg, nie musiał na swój sposób zwariować, ale zrobiono chyba wszystko co możliwe, by to się stało. Film „Diego” dla mnie to opowieść o byciu osaczonym. O miłosnym uścisku, który cię dusi. O ludziach, którzy kochają cię świadomie, ale nieświadomie: zabijają. Nie jesteś nawet zwierzakiem w ZOO, bo zwierzak ma swój wybieg, otoczony nieprzekraczalnym ogrodzeniem. Jesteś przytulanką, przekazywaną z rąk do rąk, wreszcie lądującą na ulicy, zadeptywaną przez napierający tłum. Chcą cię musnąć, chcą porozmawiać, chcą pocałować („Nie w usta!” – krzyczy raz Diego), chcą uprawiać z tobą seks. Są w tym filmie sceny niepozorne, właśnie polegające na pokazaniu tych niewinnych klepnięć Maradony w ramię. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte… Ścisk, nieludzki. Hałas. Napór. Żeby nie zostać zgniecionym, musisz siedzieć w samochodzie. W samochodzie, w który ludzie uderzają rękami – w maskę, w szybę, robią zdjęcia, łapią za klamki… Huk. Niepokój. Każdy z osobna chce dla ciebie dobrze, ale wszyscy razem: zabijają cię dzień w dzień. Niszczą ci życie.

Nie możesz iść na spacer. Nie możesz zwiedzić miasta. Nie możesz wyściubić nosa, no chyba że ochroniarze zdołają spacyfikować gapiów. Nie masz tego, co mają wszyscy wokół – wolności.

Co roku znani muzycy popełniają samobójstwa. Kiedy umiera znany piosenkarz, zazwyczaj albo przedawkował narkotyki, albo odebrał sobie życie. Wyczytałem, że organizacja Help Musicians UK od lat bada muzyków z Wielkiej Brytanii i okazuje się, że 65 procent z nich cierpi na depresję, a 71 procent miewa napady lęku. Bycie na świeczniku, bycie zamkniętym w złotej klatce, ciągłe mierzenie się z oczekiwaniami innych, permanentna presja – to nie jest proste. Po obejrzeniu filmu o Diego Maradonie nie dziwię się, że uciekł w narkotyki. Raczej dziwię się, że nie uciekł całkowicie – że się nie zabił. Nie dlatego, że ja bym to na jego miejscu zrobił (nigdy nie byłem i nie będę na jego miejscu, nie mam pojęcia co by ze mną się stało), ale dlatego, że wyglądał na człowieka o dość wątłej pod wieloma względami konstrukcji psychicznej. A jednak wytrzymał. Został „tylko” narkomanem. Nie mając świata poza czterema ścianami, tworzył sobie własny.

Owszem, wielu dzisiaj wytrzymuje. Wspomniani Messi czy Ronaldo nie budzą się co rano z twarzą na szklanych stoliku, na którym rozsypana jest kokaina. Jakimś cudem dają radę. Ale stwierdzenie „jakimś cudem” jest moim zdaniem zasadne. Oglądasz Diego i nie wiesz, czy takim ludziom należy tego wszystkiego zazdrościć, czy jednak przepełnia cię smutek i współczucie.

Kilka lat temu jechałem rowerem wzdłuż jednej z najważniejszych ulic w Barcelonie, Passeig de Gracia. Na światłach zatrzymałem się obok mężczyzny, który nie szedł chodnikiem, tylko ścieżką rowerową, trochę dalej od ludzi. Miał nasunięty na głowę kaptur w taki sposób, że trudno było dostrzec twarz. Moją uwagę zwróciły buty. Jakkolwiek głupio to brzmi, było widać, że to buty warte fortunę. Wiedziony instynktem, gdy światło zmieniło się na zielone, przejechałem kilka metrów i odwróciłem się. Gerard Pique.

Poprosiłem o zdjęcie, zgodził się, ale trochę spanikowany powiedział: – Rapido, rapido!

Zdjął kaptur, ku jego irytacji telefon nie zrobił zdjęcia od razu, tylko odliczał przez trzy sekundy. To wystarczyło. Pierwszy krzyk, drugi. Pisk. Zepsułem mu to przedpołudnie. Chciał spokojnie przejść ulicą do samochodu, ale został rozpoznany i po chwili osaczony.

Nie wiem, po co mi to zdjęcie. Wpisałem w google „Stanowski Pique” i mi wyskoczyło, inaczej bym go pewnie nie znalazł. Nie ma dla mnie wielkiej wartości, ciekawsza jest raczej tamta scena. A jednak zrobiłem tę fotkę, nie wyobrażałem sobie, by jej nie zrobić. Uważałem za oczywiste, że muszę ją mieć. Bo to tylko jedna fotka, prawda?

Jesteśmy tacy sami. Możemy wiedzieć, że zatruwamy tym ludziom życie (za „tych ludzi” rozumiem osoby popularne ponad próg wytrzymałości psychicznej i fizycznej), ale robimy to dzień w dzień. Kiedy spotkam Messiego i nadarzy się okazja: strzelę z nim pamiątkową fotkę, przez 364 dni w roku mając świadomość, że w ten sposób go krzywdzę, okradam z czasu i spokoju, jestem kropelką trucizny, ale przez ten jeden mając to gdzieś. Tylko jedna fotka, nikt przez jedną fotkę nie umarł. Prawda?

Prawda?

KRZYSZTOF STANOWSKI

KOMENTARZE (51)