Po pierwsze: wyjść z marazmu
Weszło

Po pierwsze: wyjść z marazmu

Śląsk Wrocław był ostatnio jak Święty Mikołaj. Brzmi nieźle, prawda? No, ale jeśli rozszerzyć to zdanie, to prawda jest już mniej przyjemna, bo kibice znajdowali pod choinką skarpetki, a nie wypasiony zestaw LEGO czy ekstra kolejkę do składania. Czyli nie było absolutnego dramatu, rózgi w postaci spadku, ale też trudno chwalić się kolegom „wow, zobaczcie jakie zajebiste skarpy dostałem!”. Było ze Śląskiem słabo, nudno, mizernie, ale ten sezon ma być inny. Chcielibyśmy w to wierzyć, tylko problem polega na tym, że podobne zapewnienia słyszymy nie od dziś.

Od sezonu 15/16 włącznie Śląsk ląduje w grupie spadkowej.

Rozgrywki 15/16 – 10. miejsce.

16/17 – 11. miejsce.

17/18 – 10. miejsce.

18/19 – 12. pozycja.

I o ile w trzech pierwszych przypadkach Śląskowi spadek realnie nie groził, o tyle w zeszłym sezonie było już naprawdę źle. Jeszcze po 33. serii gier wrocławianie gnili jako przedostatnia drużyna ligi z trzema punktami straty do bezpiecznego miejsca i tak naprawdę ktoś powinien pomyśleć o drobnym upominku dla Valdasa Ivanauskasa, że to nie skończyło się najgorszym możliwym scenariuszem. Przecież już nigdy się nie dowiemy, co by było gdyby ten litewski mędrzec nie wysłał w kluczowym meczu swojego najlepszego piłkarza, Żarko Udovicicia, na trybuny. Wynik – 4:2 dla Śląska – wskazuje na łatwe i wygodne zwycięstwo w Sosnowcu, ale my pamiętamy ten mecz i tak przyjemnie nie było. Zagłębiu zabrakło jednak ognia z przodu, by ktoś mógł naprawiać kompromitacje obrońców i skończyło się dość dotkliwą porażką.

Od tego meczu zaczęła się seria zwycięstw Śląska i za to oczywiście warto pochwalić wrocławian, bo nie każde spotkanie polegało na braku Udovicicia. Natomiast faktem jest, że ekipa Lavicki balansowała na krawędzi i realnie zaglądała spadkowi w oczy. A przecież Śląsk w pierwszej lidze… To brzmi jak hańba.

Natomiast nie do końca można się dziwić, że wrocławianie zjechali aż tak nisko w hierarchii polskiego futbolu. Przez ostatnie lata nikt nie miał na ten klub pomysłu. A może inaczej: pomysły były, tylko tak różne, tak czasem durne, że nie mogło z tego wyjść nic dobrego. Raz ściągano tak zwanych uznanych ligowców, płacąc im za dużo. Raz wymyślano sobie dziwnych obcokrajowców. Raz obrano kierunek na piłkarzy pierwszej ligi, ale też bez większego przekonania. W międzyczasie przez klub przewinęła się wycieczka prezesów, którzy byli jak Abe Simpson w znanym GIF-ie.

– Śląsk jest zlepkiem kilku koncepcji naraz – powiedział w trakcie sezonu Piotr Waśniewski dla portalu 2×45.info i trudno było nie przyznawać mu racji. Naprawdę czas na stabilizację. Z jednej strony można wierzyć, że akurat z tym prezesem jest to możliwe, bo to między innymi on stoi za sukcesami klubu, gdy ten wygrywał mistrzostwo Polski. Z drugiej mańki: od dawna nie ma już w klubie Polsatu i jeśli ktoś wyżej postawiony wymyśli sobie, że ten Waśniewski to jednak powinien odejść w siną dal, prezes nie będzie mógł nic zrobić. I zabawa zacznie się od nowa.

OCENA ROZDANIA (skala 1-5): 3

Szatnię trochę przewietrzono. Odeszło kilku mniej ważnych piłkarzy, jak Farshad, Piech, Wrąbel, Cotra, Augusto, odszedł też jeden pracownik klubu, Igors Tarasovs. Ale nie było tak różowo, że pożegnano się tylko z tymi piłkarzami, którzy znaczyli bardzo mało. Marcin Robak został przecież najlepszym polskim strzelcem w PKO Bank Polski Ekstraklasie, a ogólnie ustąpił tylko miejsca Igorowi Angulo. Teraz go nie będzie i cóż, można mówić, że Robak nie był najmłodszy, ale jednak zagwarantował Śląskowi 37 bramek przez dwa sezony i zastąpienie takiej strzelby nie musi być przecież proste.

Z oferty być może życia skorzystał Jakub Słowik, który przeniósł się do Japonii. A to był przecież podstawowy bramkarz wrocławian i to taki naprawdę dający radę. Patrzymy na jego średnią not u nas, widzimy 4,94, a też pamiętamy kilka super meczów, wiele dobrych interwencji, które ratowały dupę Śląskowi.

Odszedł więc bardzo dobry snajper, odszedł też dobry bramkarz.

Kto w zamian? Musiano zadbać o obsadę bramki i tak się stało, przynajmniej jeśli chodzi o liczebność. Matus Putnocky miał za sobą słabszy czas w Lechu, ale szczerze mówiąc – kto nie miał, więc w sumie warto dać mu szansę, pokazywał, że potrafi bronić. Jest jeszcze Daniel Kajzer ściągnięty z Botewu Płowdiw i z kolei on będzie chciał wykorzystać swoją chwilę, bo w wieku 27 lat przypomniał o sobie polskiej piłce. W zeszłym sezonie Parva Ligi rozegrał 36 meczów, zachował 13 czystych kont, a jego drużyna skończyła na szóstym miejscu. Przyzwoicie.

Wymiana Cotry na Stigleca powinna wyjść zespołowi na zdrowie, bo nowy lewy obrońca był podstawowym zawodnikiem niezłego klubu (Olimpiji Lubljana), jest w sile wieku (28 lat), a Cotra dobije we wrześniu do 35 lat i popełniał w tamtym sezonie sporo błędów. Hiszpanie Exposito i Puerto to niewiadoma, jak to zwykle bywa u nas z Hiszpanami – może być sztos, znamy takie przypadki, może być dramat, oj, znamy takie przypadki. A wisienką na torcie jest oczywiście wyrwanie Płachety, na którego chrapkę mieli nie tylko wrocławianie.

Podsumowując – wygląda ta kadra dość sensownie. Ledwie sześciu obcokrajowców, średnia wieku 25 lat, więc powiedzmy, że jest to liczba wyśrodkowana. Jednak zobaczymy, jak te liczby znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości.

NOWY AS W TALII: Eric Exposito

Potrafimy wyobrazić sobie wygodniejsze zajęcia niż zastępowanie Marcina Robaka. Cóż, polski snajper był po prostu skuteczny, ktoś mógł mu zaglądać w PESEL, ale to były tylko cyferki, zresztą on konkretnymi liczbami odpowiadał na boisku, gdy regularnie strzelał dla Śląska. Teraz go nie ma i w jego buty ma wejść Exposito. 23-letni Hiszpan, który jeszcze półtora roku temu potrafił strzelić gola w La Liga. Cóż, był to jednorazowy wystrzał, potem jego kariera tak udanie się nie toczyła – Exposito grał w trzeciej lidze – natomiast Wrocław jest dla niego ogromną szansą. Albo jednak eksploduje i pójdzie dalej, albo zostanie zapomniany i przyjdzie mu grać ledwie w trzecich ligach hiszpańskich. Talent podobno ma. Jest wysoki, ale przy tym dobrze wyszkolony technicznie, z czutką w polu karnym. Na pierwszy rzut oka: nowy Robak. Zobaczymy jak na drugi i trzeci.

BLOTKA: ofensywny pomocnik

Wydaje się, że Śląsk ma największe braki właśnie na kierownicy. Za tę pozycję w nowym sezonie ma odpowiadać Robert Pich, ale w razie jego kartek czy kontuzji nie bardzo kto ma go zmienić poza 19-letnim Adrianem Łyszczarzem, bo Mateusz Radecki znów jest kontuzjowany i najwcześniej na boisku zobaczymy go we wrześniu. Nie ma co ukrywać: dobry transfer do środka by się przydał, już w zeszłym sezonie Śląsk miał spore problemy z kreowaniem sytuacji, wyliczaliśmy mu kolejne minuty, w czasie których nie potrafił zdobyć gola z gry. Albo rzuty rożne, albo rzuty karne. W innych przypadkach wrocławianie byli bezbronni jak baranki. Dlaczego? No właśnie między innymi dlatego, że nikt nie umiał nimi pokierować (Radecki w tej roli objawił się dopiero wiosną). Teraz tym kimś ma być wspomniany Pich, ale przydałby się mu ktoś do rywalizacji.

3849-3850-WWW_informacje_13_Slask_Wroclaw_Visa_637x402px

ROZDAJĄCY: Vitezslav Lavicka

Facet ma świetne CV jak na warunki PKO Bank Polski Ekstraklasy. Dwukrotny mistrz Czech, mistrz Australii, zdobywca Pucharu Czech. A jeszcze nasi sąsiedzi powierzyli mu prowadzenie tamtejszej młodzieżówki. Naprawdę to jest spora odmiana od cudaków z zagranicy, którzy kiedyś obserwowali zza płotu trzecią drużynę Evertonu, potem wzięli średniaka z Albanii i załapali się na staż u szwagra w FC Ogóry. Przyznacie: byli tu tacy. Lavicka zupełnie do takiego opisu nie pasuje, tyle że na razie tego nie pokazał. Przejął Śląsk zimą, na początku nowej rundy raz wygrywał, raz dostawał w cymbał, ale potem przeszedł już tylko na tryb wyłapywania w beret i doszło do tego, że za motywację piłkarzy musieli się wziąć kibice. W sumie aż trudno powiedzieć co w największej mierze utrzymało Śląska: słabość rywali, rozmowy przy płocie czy jednak działalność Lavicki.

I cóż, teraz Czech ma okazję, by udowodnić, że jednak chodziło o to ostatnie. Szatnia została przewietrzona, Lavicka mógł pracować w spokoju, dostał przyzwoite klocki do budowania swojej konstrukcji. Wyniki po prostu muszą przyjść. Bo też pamiętajmy: szkoleniowiec za frytki nie pracuje, jego kontrakt trenerski jest jednym z największych w lidze.

DŻOKER: Lubambo Musonda

Wejście do ligi miał całkiem niezłe, bo i pokazał szybkość, i niezłe dośrodkowanie, i widać było, że nie boi się dryblować. No, ale potem Musonda szybko zgasł, nie było z niego żadnego pożytku, dość powiedzieć, że w ciągu 12 meczów nie strzelił żadnej bramki, zaliczył ledwie jedną asystę i w końcówce Lavicka już rzadko korzystał z jego usług. Natomiast możliwe, że po tym początkowym pół roku Zambijczyk się ogarnie. Nie wiemy jeszcze dokładnie co, ale coś w sobie ma, może stać się jednym z lepszych skrzydłowych w lidze. Tylko musi odpalić. Tylko.

ŚWIEŻAK: Przemysław Płacheta

To on ma być tym gościem, który nie dość, że spełni nowe wymogi w lidze, to jeszcze sprawi, że nie odbije się to na jakości drużyny. Na razie kariera Płachety rozwija się bardzo dobrze. Trafił do Pogoni Siedlce, wówczas słabeusza pierwszej ligi, gdzie pokazał się obiecująco, więc wzięło go dużo bardziej ugruntowane na tym poziomie Podbeskidzie. Tam znów nie było biedy i to być może zbyt mało powiedziane, bo na samym finiszu selekcji zwrócił na niego Czesław Michniewicz, zapraszając na młodzieżowe Euro. Pod wodzą Michniewicza Płacheta też nie pękł, doszło do tego, że wyprzedził w hierarchii zespołu Wdowiaka i Jóźwiaka, dostając więcej czasu na włoskich boiskach.

Transfer był tylko kwestią czasu. Mówiło się sporo o zainteresowaniu Legii, ale na razie Płacheta zrobił mniejszy krok i trafił do Śląska, gdzie zapewne będzie miał sporo szans na grę. Pomocnik imponuje gazem, chęcią pójścia w drybling, ale też nie boi się pracować w defensywie, rywale nie powinni myśleć o jego stronie jak o autostradzie do bramki. Jak nie spuści z tonu, liga zyska znaczące nazwisko.

POTENCJALNY SKŁAD

11s

OKIEM SZATNI: Jakub Łabojko

Obecne przygotowania – bardziej siatkonoga z trenerem Urbanem czy maraton z niedźwiedziem na plecach z trenerem Czerczesowem?

Raczej bieganie z niedźwiedziem na plecach. Ja należę do tych zawodników, którzy lubią mocniej popracować. Natomiast patrząc całościowo, trener Lavicka jest pomiędzy jednym a drugim sposobem. Trochę biegania, ale trochę też pracy z piłką. Tak to wyglądało u nas. Czuję się przygotowany do sezonu bardzo dobrze, wystąpiłem ostatnio w trzech sparingach. Jeszcze w niedzielę mamy ostatni sprawdzian z Wartą Poznań na własnym boisku. To będzie ostatni szlif i ten sezon będzie na pewno inny w wykonaniu Śląska niż cztery ostatnie.

Który z piłkarzy z twojej drużyny robi największe wrażenie podczas tej przerwy?

Wydaje mi się, że Daniel Szczepan. Ostatnio był w cieniu Marcina Robaka i Arkadiusza Piecha, a teraz możliwe, że będzie jedną z naszych głównych strzelb w ekstraklasie. Zrobił progres podpatrując Marcina i Arka, to u niego teraz procentuje.

Czego wam brakuje, by w tym sezonie zostać mistrzem Polski?

Stabilizacji i spokoju. Ostatnio we Wrocławiu są zbyt duże oczekiwania, kibice wciąż żyją mistrzostwem z 2012 roku. A trzeba sobie powiedzieć, że to już było, zostało tylko kilku zawodników, Mario i Celek. Drużyna jest inna, więc trzeba podchodzić do niej inaczej. Naszym celem jest górna ósemka i o to na pewno będziemy walczyć. Nie o mistrzostwo Polski, choć Wrocław na nie zasługuje.

Dlaczego nie obawiacie się spadku?

Widać, że drużyna przeszła metamorfozę. Zmieniła się część szatni, dużo jest młodzieży, napawa to większym optymizmem niż ostatnio. Poza tym trener Lavicka miał teraz cały okres przygotowawczy dla siebie, zrobił duże zmiany i można się spodziewać, że to będzie inny Śląsk. Będzie to ulepszona wersja Śląska, który na początku tamtego sezonu dobrze bronił, ale gorzej wyglądał w ataku. Teraz wszystkie detale zostały dograne i będzie to przyjemne dla oka.

Które miejsce na koniec sezonu sprawi, że z zadowoleniem i poczuciem satysfakcji odkapslujesz piwo, by uczcić sukces?

Nie odkapsluję, bo nie pijam piwa, jestem abstynentem. Chciałbym zająć miejsce w górnej ósemce i powalczyć o puchary. Jeśli zajmiemy miejsce premiowane Europą, będę zadowolony. A co do mnie – chciałbym się stać główną postacią Śląska w środku pola i myślę, że mi się to uda.

OKIEM EKSPERTA: Michał Guz (Przegląd Sportowy)

Co ci się podczas tej przerwy najbardziej w klubie podobało?

Transfer Płachety. To jest kolejny ruch pod tytułem „Śląsk ściąga młodego-zdolnego z pierwszej ligi”. Oczywiście, nikt nie wie, czy on odpali, ale Śląsk próbuje. Rok temu sprowadzono z zaplecza Jakuba Łabojkę oraz Damiana Gąskę i szczególnie ten pierwszy zupełnie nieźle funkcjonował. Jeżeli Śląsk dalej będzie tak konsekwentnie próbował, któryś z nich może odpalić, tak jak zaczyna to robić wspomniany Łabojko. I to jest ten największy plus, bo powiem szczerze, że ci Hiszpanie są dla mnie zagadką. Exposito skończył sezon z kontuzją stawu skokowego, w sparingach letnich nie było szału, nie zdobył bramki. Puerto późno wskoczył w rytm treningowy, ponieważ sezon Recrativo Huelva bardzo długo trwał. Myśmy tak naprawdę nie mieli okazji tych Hiszpanów rzetelnie ocenić.

Co ci się podczas tej przerwy najbardziej w klubie nie podobało?

Może nie, że mi się nie podobało, ale boli utrata Jakuba Słowika. Uważam, że to był bardzo mocny punkt Śląska w ostatnich dwóch sezonach. Piłkarz wiodący obok Marcina Robaka. No, ale skoro dostał ofertę nie do odrzucenia z Japonii, trudno mieć do chłopaka pretensje, że zdecydował się na podróż życia. 99% z nas też by taką decyzję podjęło. Tym bardziej że to nie jest wychowanek, to nie jest wrocławianin, trudno mu się dziwić, że podjął rękawice.

Którym transferem jarasz się najbardziej?

Właśnie Płachetą. On ma bardzo dobre warunki motoryczne, znakomitą wydolność. To jest transfer przyszłościowy, z którego coś może wyjść. W sparingach wyglądał dobrze, była szybkość, była chęć gry jeden na jeden. Przyjście Płachety daje coś, czego Śląsk do tej pory nie miał. Mianowicie drużyna wreszcie ma w posiadaniu kilku szybkich skrzydłowych. Jest Musonda i jeżeli w końcu odpali, to będzie alternatywa na prawą stronę. Z linii obronnej został uwolniony Mateusz Cholewiak, który jest naturalnym skrzydłowym, ale z konieczności 3/4 sezonu grał jako boczny obrońca. To powoduje, że Robert Pich przestał być niezbędny jako skrzydłowy. I trenerzy podjęli próbę, by Picha spróbować na dziesiątce. On tak grał jako młody chłopak w Żylinie. W Śląsku był sporadycznie tak wykorzystywany, z tego co policzyłem, to trzy czy cztery mecze zagrał na kierownicy. A on ma predyspozycje, zawsze go ta siła grawitacji, że tak powiem, ściągała go do środka. Warto spróbować, tym bardziej że Śląsk od czasu sprzedaży Morioki typowej dziesiątki nie ma i trzeba szukać.

Dlaczego Śląsk nie spadnie?

Dlatego, że znajdzie się dużo klubów słabszych od niego. I to nie trzy-cztery, tylko tym razem zdecydowanie więcej.

Dlaczego Śląsk nie zostanie mistrzem Polski?

Ponieważ ma za krótką ławkę rezerwowych i jednak za mało piłkarzy robiących duże liczby. Dlatego spodziewam się kolejnych transferów, powinni jeszcze kogoś sprowadzić. Problemy ze zdrowiem mają Mateusz Radecki i Krzysztof Mączyński, ten drugi nieduże, ale jednak, więc trzeba poszukać piłkarza na pozycje sześć-osiem. Poza tym klub nie ukrywa, że szuka jeszcze kreatywnego pomocnika.

OKIEM ANKIETOWANYCH

Śląsk w nowym sezonie…

Znów będzie męczył bułę
Pokaże większą klasę
GDYBY ROZDANIE BYŁO GIFEM

 

W TYM SEZONIE WIESZCZYMY IM…
Parę ósemek. Na początek jest to dobra ręka, można wierzyć w sukces, ale jak na stole pojawi się jakakolwiek wyższa karta, trzeba już zakładać, że rywal ją ma. I tak jest ze Śląskiem – można być z początku optymistą, ale trzeba mieć świadomość, że cudów od wrocławian nie można wymagać. Grupa mistrzowska będzie rozsądnym rozwiązaniem.

KOMENTARZE (2)