Król Roger ciągle rządzi, Federer ograł Nadala i znów jest w finale Wimbledonu
Inne sporty

Król Roger ciągle rządzi, Federer ograł Nadala i znów jest w finale Wimbledonu

Takie mecze kibicom tenisa absolutnie się nie nudzą. To coś, jak El Clasico, albo finał Ligi Mistrzów dla fanów piłki nożnej, jak Grand Prix Monako dla miłośników wyścigów samochodowych, albo jak walka o mistrzostwo świata wagi ciężkiej w boksie. Słowem: creme de la creme. A jeśli jeszcze do pojedynku Rafy Nadala z Rogerem Federerem dochodzi w półfinale Wimbledonu, to nikogo nie trzeba zachęcać do oglądania. Tym razem lepszy okazał się Szwajcar, który z arcyrywalem uporał się w nieco ponad trzy godziny.

Federer i Nadal to ogień i woda. A właściwie w tym przypadku ziemia i trawa. Hiszpan z turnieju na kortach Rolanda Garrosa zrobił sobie prywatny folwark, wygrywa tam z łatwością i regularnością, jakiej świat tenisa nie widział. Ba, porażki gracza z Majorki na paryskiej mączce zdarzają się rzadziej niż deszcz na Saharze. W tym roku wygrał turniej po raz kolejny, już 12. W półfinale dał lekcję gry Rogerowi Federerowi, oddając mu w sumie dziewięć gemów.

Ale minął miesiąc i sytuacja drastycznie się zmieniła. Cała zabawa przeniosła się z jednej stolicy do drugiej, ale przede wszystkim – z ziemi na trawę. A na londyńskich trawnikach, przy Church Road, to Federer jest królem. Najstarszy turniej świata wygrał osiem razy, w ćwierćfinale stuknęła mu setka wygranych meczów na Wimbledonie, przy zaledwie dziesięciu porażkach.

Dziś szwajcarski dominator dopisał sobie wygraną numer 101. Wygraną ważną nie tylko dlatego, że dała mu miejsce w dwunastym wimbledońskim finale w karierze. Federer imponuje przede wszystkim genialną formą i poziomem gry, biorąc pod uwagę, że dobija do czterdziestki, czyli jest w wieku, w którym teoretycznie już dawno powinien być na tenisowej emeryturze. Ba, wcale nie tylko teoretycznie, bo przecież gracze, z którymi rywalizował na swoim pierwszym Wimbledonie, ostatnim w starym tysiącleciu, już dawno odwiesili rakiety. Dziś w starciu z Nadalem prawie 39-letni mistrz z Bazylei wyglądał fenomenalnie. Był szybki, silny, zdeterminowany. I przede wszystkim – precyzyjny i skuteczny. Pierwszego seta wyszarpał po tie-breaku, w drugim niespodziewanie łatwo przegrał, ale to był tylko wypadek przy pracy. Trzecią i czwartą partię zapisał na swoje konto.

A propos konta, awans do finału w Londynie jest warty prawie 1,2 mln funtów, czyli ponad pięć dużych baniek w złotych. W niedzielnym finale stawką będzie dwa razy wyższa. Dla normalnych zjadaczy chleba – pieniądze, jakie nawet trudno sobie wyobrazić. Dla Federera i Novaka Djokovicia – nic szczególnego. Serb i Szwajcar zajmują odpowiednio pierwsze i drugie miejsce na liście tenisistów z największymi wygranymi w karierze (pierwszy ma ponad 130 milionów dolarów, drugi kilka milionów mniej). W niedzielę nieznacznym faworytem bukmacherów będzie serbski lider rankingu, ale dla wszystkich, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o tenisie, jedno jest pewne: lekceważenie Federera w jego drugim domu – na Korcie Centralnym Wimbledonu byłoby czymś pomiędzy totalnym szaleństwem, proszeniem się o kłopoty, a próbą samobójczą.

Na przystawkę przed męskim finałem, jutro o triumf zagrają panie – obie byle liderki rankingu, obie wielkoszlemowe mistrzynie: Serena Williams i Simona Halep. Zdaniem bukmacherów, tu większe szanse na wygraną ma Amerykanka, dla której to może być ósmy triumf na londyńskiej trawie.

Nawiasem mówiąc, to może być historyczny weekend, bo po triumf w Londynie po raz kolejny mogą sięgnąć mogą legendy tej imprezy i całej dyscypliny – Federer i Williams, oboje urodzeni w 1981 roku. A przecież mówimy o sporcie, w którym podobno po trzydziestce jest się już emerytem i nie ma czego szukać w walce z młodymi. Zdecydowanie, Roger i Serena wiekiem się nie przejmują i traktują go wyłącznie, jako liczbę zapisaną w dowodzie tożsamości.