Puchar „pocieszenia”? Dla polskich klubów raczej „niespełnienia”
Weszło

Puchar „pocieszenia”? Dla polskich klubów raczej „niespełnienia”

W marcu tego roku TVP Sport zaserwowało kibicom smakowitą porcję piłkarskich retro-emocji. Powtórkę pamiętnego dwumeczu Wisły Kraków z rzymskim Lazio z 2003 roku. Media społecznościowe zapłonęły od rzewnych wspomnień, sympatycy polskiego futbolu zasiedli przed telewizorami i znów – podobnie jak przed szesnastoma laty – krzyczeli do Macieja Żurawskiego: „podaj, podaj!”, zżymali się na pomyłki cholernego Angelo Huguesa i zastanawiali co by było, gdyby w rewanżowym starciu kontuzji nie nabawił się arbiter. Kapitalna rywalizacja, piękne wspomnienia. Transmisja okazała się strzałem w dziesiątkę.

Jeżeli jednak odrzeć konfrontację Wisły z Lazio z całej tej warstwy sentymentalnej… Cóż. Telewizja Polska w 2019 roku zaproponowała – piejącym z zachwytu! – kibicom powtórkę występu polskiego klubu w 1/8 finału Pucharu UEFA z 2003 roku. Tylko tyle. Na dodatek występu summa summarum przegranego, w europejskich rozgrywkach drugiej kategorii.

Z drugiej strony – trudno się dziwić, że popisy krakowskiej Wisły w Pucharze UEFA 2002/03 cieszą się statusem spotkań niemalże kultowych. Po pierwsze – Biała Gwiazda grała w tamtym czasie naprawdę efektowną, ofensywną piłkę. Zanim zderzyła się z Lazio, odpaliła z rozgrywek kilka mocnych ekip, czyniąc to na dodatek w spektakularnym stylu. Cała ta dramaturgia rozbudzała emocje. To wszystko jest rzecz jasna ważne, lecz nie najważniejsze. Szkopuł tkwi w tym, że posucha, jeżeli chodzi o sensacyjne wyczyny polskich zespołów na europejskich arenach jest wręcz niewyobrażalna. Niemniej – trzeba przyznać, że dzisiejsza Liga Europy, a dawny Puchar UEFA, to jest już w ogóle czarna plama na mapie naszego futbolu. Nawet jeżeli na upartego historię rozgrywek datować od 1955 roku, czyli od startu Pucharu Miast Targowych, największym osiągnięciem polskiego klubu w rozgrywkach pozostaje… ćwierćfinał.

Na tle reszty Europy wypadamy naprawdę blado. W Pucharze Europy czy – w szczególności – Pucharze Zdobywców Pucharów też nie było w przypadku polskich drużyn wielce różowo, ale jednak – trochę lepiej. Tu jakiś półfinał, tam finał. Coś się działo.

CRACOVIA ZACZNIE ELIMINACJE OD ZWYCIĘSTWA? KURS 3.05 W ETOTO!

Skoro już z refleksją na ten temat wystartowaliśmy z tego punktu, to weźmy na początek na tapet pamiętny sezon 2002/03, gdy krakowska Wisła tak odważnie sobie poczynała w Pucharze UEFA, którego spadkobiercą jest dzisiejsza Liga Europy. Wejście do grona najlepszych szesnastu zespołów w rozgrywkach to rzecz jasna wciąż jest najlepsze osiągnięcie polskiego klubu w XXI wieku, choć trzeba brać poprawkę na fakt, iż w tamtym okresie nie rozgrywano jeszcze fazy grupowej – Puchar UEFA w całości toczył się systemem pucharowym. Niemniej, nikt Białej Gwieździe miejsca w 1/8 finału za darmo nie wręczył. Żeby dotrzeć tak daleko, trzeba było wyeliminować między innymi Parmę i Schalke 04.

Jednak na Lazio piękna przygoda krakowskiego klubu się zakończyła. Trener Kasperczak dowodził, że zadecydowały detale i brak ogrania w starciach z topowymi, europejskimi klubami. Wisła nie potrafiła w sposób cwaniacki wypunktować rywala. Marcin Kuźba nie mógł odżałować tamtej porażki: – Pozostał duży niedosyt. Było nas wtedy stać na rywalizację z najlepszymi w Europie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej spotkał się z podobną sytuacją. Kontuzja sędziego wybiła nas z rytmu. Czasami w meczach są takie przełomowe momenty i tak było tym razem – opowiadał na temat rewanżowego starcia w rozmowie z Gazetą Wyborczą.

Wisła doszła zatem do tego samego etapu rozgrywek co na przykład turecki Denizlispor. To oczywiście przykład złośliwie dobrany, ale jednak – dość wymownie świadczący o tym, jakiego kalibru wydarzeniem w świecie futbolu jest 1/8 finału Pucharu UEFA. Ledwie rok wcześniej ćwierćfinał – a zatem rezultat jeszcze lepszy niż Biała Gwiazda – osiągnęły w Pucharze UEFA takie kluby jak Hapoel Tel Aviv i Slovan Liberec.

Mimo to – osiągnięcie Wisły wciąż pozostaje niedoścignione, jeżeli wziąć pod uwagę bieżące stulecie.

W 2004 roku na 1/16 finału swój udział w rozgrywkach zakończyła Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, w 2009 roku poprzeczka zawieszona na tej wysokości okazała się niemożliwa do przeskoczenia dla Lecha Poznań, który odpadł po dwumeczu z Udinese. W czasach Ligi Europy poziom 1/16 finału (równoznaczny z wyjściem z grupy) udało się polskim klubom osiągnąć pięciokrotnie.

2011 rok – Lech Poznań odpada z Bragą.

2012 – Legia Warszawa odpada ze Sportingiem, Wisła Kraków ze Standardem Liege.

2015 i 2017 – Legia Warszawa (za drugim razem jako spadkowicz z Ligi Mistrzów) żegna się z rozgrywkami po porażkach z Ajaksem.

Żeby dokopać się do ostatniego ćwierćfinału rozgrywek z udziałem polskiego klubu, trzeba znów zanurzyć się głęboko w kronikach i cofnąć się do czasów wczesnego Pucharu UEFA. W 1974 roku do najlepszej ósemki rozgrywek wtargnął Ruch Chorzów, ale górnośląski klub odpadł ostatecznie po dogrywce w starciu z Feyenoordem Rotterdam. Dwa lata później poziom 1/4 finału zdołała osiągnąć także Stal Mielec, lecz jej marzenia o sukcesie przekreślił Hamburger SV. I to by było na tyle. Niezbyt imponująca lista – żadnej polski klub nie doczłapał się jeszcze nigdy choćby do półfinału Pucharu UEFA/Ligi Europy. Pucharu Miast Targowych już nawet przez litość nie liczymy, ostatecznie nie był to turniej rozgrywany oficjalnie pod egidą europejskiej federacji.

ĆWIERĆFINALIŚCI PUCHARU UEFA/LIGI EUROPY (1971 – 2019)

Niemcy – 66 przedstawicieli; Hiszpana – 54; Włochy – 50; Anglia – 39; Portugalia – 27; Francja – 24; Holandia – 22; Belgia – 18; Czechy – 12; Rosja – 10; Szkocja – 8; Ukraina – 7; Szwajcaria – 6; Austria, Rumunia – 5; Turcja, Dania – 4; Grecja, Bułgaria, Węgry, Bośnia, Serbia – 3; Polska, Szwecja, Chorwacja – 2; Izrael, Białoruś – 1.

Trzeba przyznać, że wygląda to dramatycznie. Zwłaszcza jeżeli zestawi się dokonania klubów polskich z czeskimi.

Oczywiście nie będzie wielce odkrywczym stwierdzenie, że obecna, chyląca się już pomału ku końcowi dekada była dla polskich zespołów wojujących w Lidze Europy nieudana, pomimo kilku niezłych okazji. Ani razu nie udało się zawędrować naszym reprezentantom choćby do 1/8 finału rozgrywek, a jednak dotychczas zawsze jakiś tam rodzynek w dziesięcioleciu się trafiał. W 2003 roku była to Wisła Kraków. Z kolei w 1994 roku do szesnastki najlepszych drużyn Pucharu UEFA awansował GKS Katowice. To historia, którą – podobnie jak tę wiślacką – również warto sobie przypominać.

Katowiczanie najpierw uporali się po rzutach karnych z Arisem Saloniki, by w 1/16 finału wyeliminować z rozgrywek Girondins Bordeaux. Choć w ekipie Żyrondystów skrzydła rozwijał nie kto inny, tylko Zinedine Zidane. Do tego choćby Dugarry, Lizarazu – cokolwiek powiedzieć, późniejsi mistrzowie świata. – Bramka z Bordeaux? Chyba rzeczywiście najważniejsza w życiu. Świetną akcję zagrał wtedy Marek Świerczewski. Dograł w szesnastkę, piłka, po odbiciu się od obrońcy, poszła w fajny kozioł. Dobrze mi siadła na nogę – wspominał Zdzisław Strojek, który w 88 minucie meczu zapewnił GKS-owi domowe zwycięstwo nad Bordeaux. W rewanżu było 1:1.

W kolejnej rundzie GieKSa trafiła na Bayer Leverkusen i zebrała już ostre wciry. O sprawieniu kolejnego psikusa nie było mowy.

Jeżeli chodzi o lata osiemdziesiąte, na poziomie 1/8 finału Pucharu UEFA w 1985 roku wystąpiła Legia Warszawa. Stołeczny klub udział w rozgrywkach zaczął od wyeliminowania norweskiego Viking FK, później uporał się z węgierskim Videotonem, ale przeszkodą nie do przejścia okazał się Inter Mediolan. Choć w gruncie rzeczy niewiele brakowało do sukcesu. Dowodzeni przez Jerzego Engela legioniści ugrali bezbramkowy remis na wyjeździe, ten sam wynik długo utrzymywał się też na stadionie w Warszawie. Ostatecznie Włosi przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę dopiero w dogrywce. Wielki mecz w rewanżu zagrał słynny golkiper mediolańskiej drużyny, Walter Zenga.

LEGIA WARSZAWA SENSACYJNIE PRZEGRA Z EUROPA FC? KURS 11.75 W ETOTO!

Co ciekawe – los skojarzył obie ekipy ponownie, już w następnej edycji Pucharu UEFA. W 1986 roku górą znowu był Inter. Warszawska drużyna wygrała u siebie 3:2, ale na wyjeździe przegrała 0:1 i poległa stosunkiem goli wyjazdowych. Obie zabójcze dla Legii bramko zdobył ten sam zawodnik – Pietro Fanna.

W 1985 roku bezbramkowy remis był ze wskazaniem na nas. Setki zmarnowało dwóch moich podopiecznych – Zbigniew Kaczmarek i Dariusz Kubicki. W rewanżu, kiedy już wypisywałem w moim notesie kolejkę do rzutów karnych, załatwił nas Pietro Fanna. Rok później było podobnie, z tym, że rewanż graliśmy w Mediolanie. I znowu załatwił nas ten przeklęty Fannatym razem po podaniu Altobellego, choć akcja nieco przypadkowa – opowiadał Jerzy Engel w rozmowie z TVP Sport.

Gwiazdą Legii w 1985 i 1986 roku był rzecz jasna Dariusz Dziekanowski, który strzelił nawet jedną z bramek w wygranym starciu z Interem, dorzucił też trafienia z Videotonem i Vikingiem. Jednak ten sam Dziekanowski zawędrował również do 1/8 finału Pucharu UEFA w barwach Widzewa Łódź, w sezonie 1984/85.

Łódzka ekipa nie mogła cieszyć się ze szczęścia w losowaniu – w pierwszej rundzie rozgrywek udało się wyeliminować duński Aarhus GF, ale już w 1/16 finału los skojarzył Widzew z Borussią Moenchengladbach. W składzie rywali – gwiazdy Bundesligi, choćby Uwe Rahn czy Frank Mill. Ale i łódzka drużyna mogła w tamtym czasie uchodzić za czołową ekipę Starego Kontynentu, biorąc pod uwagę jej popisy w Pucharze Europy. W Niemczech górą byli gospodarze, wygrywając 3:2, lecz z rewanżowego starcia obronną ręką wyszedł Widzew.

Włodzimierz Smolarek zdobył jedynego gola w meczu, który okazał się rzecz jasna trafieniem na wagę awansu dla gospodarzy.

Niestety – w kolejnej rundzie Widzew nie sprostał Dynamu Mińsk. Na własnym stadionie łodzianie polegli aż 0:2, a w rewanżu nie zdołali odrobić strat. Wygrali ledwie 1:0, a wspomniany Dziekanowski zmarnował kilka stuprocentowych okazji do zdobycia gola. Wpadka, bo akurat w starciu z białoruską (czy w zasadzie radziecką) drużyną to polski klub mógł uchodzić za faworyta do awansu. – Myślałem, że chłopcy mi sprawią milszy prezent – komentował porażkę w domowym meczu kontuzjowany Włodzimierz Smolarek, który wywiadu udzielał na gorąco po meczu… siedząc w piżamie na szpitalnym łóżku.

Widzew Łódź również w sezonie 1980/81 dotarł do 1/8 finału Pucharu UEFA. I to w nieprawdopodobnych okolicznościach. Już w pierwszej rundzie (!) RTS odpalił z rozgrywek Manchester United dzięki bramkowemu remisowi na wyjeździe. Powiedzmy jednak, że Czerwone Diabły nie były w tamtym czasie tak potężne jak kilkanaście lat później. Jednak w 1/16 finału polski klub znów zaskoczył, wykluczając z gry nafaszerowany gwiazdami światowego futbolu Juventus, późniejszego mistrza Włoch.

U siebie Widzew zatriumfował 3:1, na wyjeździe… przegrał w takim samym stosunku, ale okazał się lepszy w rzutach karnych.

O pierwszym meczu pisaliśmy na Weszło: „Jeden z tych meczów, który starsi kibice w Łodzi do dziś wspominają pewnie z łezką w oku. Stadion ŁKS-u, czterdzieści tysięcy widzów na trybunach. Nadkomplet. Zainteresowanie nieprawdopodobne. W końcu Juventus to jedna z najbardziej uznanych marek w całym piłkarskim świecie. Wielkie, włoskie nazwiska. Dino Zoff, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Marco Tardeli, Antonio Cabrini. Na ławce trenerskiej niezmordowany Giovanni Trapattoni. Potknięcie w Łodzi było dla nich czymś w rodzaju science-fiction, a jednak. Trzydzieści pięć lat temu Widzew wygrał z Juventusem. To było naprawdę wielkie, zorganizowane z pompą wydarzenie. Zamówień na bilety było ponad 60 tysięcy. W Łodzi nie było chyba faceta, który nie chciał pojawić się tego dnia na stadionie. Na trybunie prasowej zasiadło mnóstwo włoskich dziennikarzy. Na dwie czy trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem obiekt zaczął zapełniać się ludźmi, którzy właściwie sparaliżowali komunikację miejską. To było święto”.

Na 1/8 finału można już tylko spuścić zasłonę milczenia. Widzew pojechał do Anglii i został zmiażdżony przez Ipswich Town. 0:5 z późniejszym zdobywcą Pucharu UEFA. Bęcki.

W 1978 roku do 1/8 finału Pucharu UEFA dotarł z kolei Śląsk Wrocław. W tym przypadku możemy mówić z kolei o dość fartownym losowaniu – najpierw wrocławianie szurnęli cypryjski Pezoporikos Larnaka, potem islandzką Vestmannaeyję. Oczywiście dzisiaj w Europie nie ma już słabych drużyn i polskie kluby mogę truchleć nawet przed przysłowiowym już niemalże Szachtiorem Koniec Świata, ale w 1979 roku na Starym Kontynencie jeszcze słabe drużyny istniały. I kluby z Islandii oraz Cypru się do nich zaliczały.

Ostatecznie Śląsk pożegnał się z rozgrywkami po porażce 2:4 na własnym stadionie z Borussią Moenchengladbach. Na wyjeździe polski klub zrobił całkiem niezły rezultat, zremisował 1:1 po golu Mieczysława Olesiaka, ale dwa trafienia Tadeusza Pawłowskiego przed własną publicznością to było jednak za mało, żeby powstrzymać niemiecką ekipę. Na pocieszenie pozostaje fakt, że również i w tym przypadku polska drużyna odpadła z późniejszym triumfatorem rozgrywek. Naszpikowana gwiazdami (Berti Vogts, Allan Simonsen, Udo Lattek na ławce) Borussia w 1979 roku sięgnęła po Puchar UEFA.

Swoją drogą – warto rzucić okiem na faul obrońcy Borussii, po którym sędzia podyktował rzut karny dla Śląska. Dziś defensorzy mają trochę bardziej subtelne metody wytrącania rywala z równowagi.

Lata siedemdziesiąte to z kolei dwie, wspomniane już przygody ćwierćfinałowe polskich klubów w Pucharze UEFA. W 1974 roku do ósemki najlepszych drużyn w turnieju dostał się Ruch Chorzów, eliminując po drodze takie kluby jak między innymi Carl Zeiss Jena i Budapest Honved. W ćwierćfinale śląska ekipa – jak już wspominaliśmy – nie dała sobie rady z Feyenoordem, który – a jakże! – wygrał potem całe rozgrywki, a po drodze wyrzucił jeszcze za burtę warszawską Gwardię. U siebie chorzowianie zremisowali z holenderskim klubem 1:1, na wyjeździe również po 90 minutach gry właśnie taki rezultat widniał na stadionowym zegarze.

Dogrywka należała jednak do Feyenoordu, który ostatecznie zatriumfował 3:1. Wbrew pozorom – Ruch znacznie lepiej zaprezentował się w drugim starciu. Remis u siebie chorzowianie wyrwali rywalom z gardła w ostatnich sekundach spotkania, na wyjeździe długo prowadzili. Holenderskie media opisały tamto spotkanie jako „Piekło niepewności”.

Marian Ostafiński dowodził nawet, że Holendrzy przed dogrywką się… naćpali, stąd ich piorunująca skuteczność w dogrywce. – Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy – opowiadał Ostafiński na łamach „Sportu”.

Kolejnym i ostatnim polskim ćwierćfinalistą Pucharu UEFA była Stal Mielec. W 1976 roku mielecka ekipa – z Grzegorzem Latą na czele – wdarła się do ósemki najlepszych zespołów w rozgrywkach, eliminując po drodze takie ekipy jak Holbæk B&I (Dania), Carl Zeiss Jena i Inter Bratysława.

W ćwierćfinale już czekał na mielczan Hamburger SV. Na wyjeździe udało się Stali zrobić całkiem korzystny wynik, remis 1:1. Jednak w Polsce zatriumfowała już ekipa z Niemiec. Drogę z nieba do piekła przeszedł golkiper Stali, Zygmunt Kukla. W pierwszym meczu był bohaterem, wybronił mecz. W rewanżu zawalił bramkę, której nie udało się już odrobić. – Wyjazdowa potyczka z HSV w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Obroniłem wtedy rzut karny. Po meczu mówiono, że mam człowieka na sumieniu. Ponoć po obronie tego karnego jeden z widzów doznał zawału – mówił Kukla w rozmowie z Nowiny24. – W rewanżu zawaliłem bramkę. Wyszedłem do dośrodkowania, ale nie sięgnąłem piłki i ta praktycznie spadła Niemcowi na głowę. Błąd popełniłem chyba nie tylko ja, ale też trener Edmund Zientara. Ustawił nas zbyt ofensywnie. Przekonywał, że grając z Hamburgiem, nie można się bronić. Nie skończyło się to jednak najlepiej.

Swoją drogą – równolegle do Stali, całkiem obiecująco poczynał sobie w pucharach także Śląsk. Wrocławianie w sezonie 1975/76 zakończyli grę w Pucharze UEFA tylko stopień niżej niż ekipa z Mielca. Przegrali dwumecz z Liverpoolem, który wygrał tamtą edycję rozgrywek.

Rewanż w Anglii gospodarze wygrali aż 3:0. U siebie Śląsk przegrał jednak nieznacznie, tylko 1:2. Mecz toczył się w warunkach piłkarsko-hokejowych. – Pamiętam, że był to wietrzny dzień. Gdy jechaliśmy na stadion, zdumiewający był widok ludzi udających się na mecz, którzy dosłownie wisieli na tramwajach na tak wielkim mrozie. Organizatorzy dla nas, dziennikarzy, przygotowali specjalne piecyki elektryczne w kabinie – opowiadał Andrzej Ostrowski, który relacjonował tamto starcie.

LEGIA ZGODNIE Z PLANEM WYGRA Z GIBRALTARCZYKAMI? KURS 1.24 W ETOTO!

A MOŻE WOJSKOWI WYGRAJĄ WYSOKO, RÓŻNICĄ 4+ GOLI? KURS W ETOTO: 3.85

Z kolei Władysław Żmuda nie mógł odżałować, że polecił… odśnieżyć boisko. – Popełniłem błąd – przyznał trener Śląska w rozmowie z Gazetą Wyborczą. – Podjąłem decyzję, aby odgarnąć śnieg. Dzięki temu boisko było trochę śliskie, ale my mieliśmy specjalne obuwie. Byliśmy pewni, że zaskoczymy tym Anglików. Na przedmeczowej rozgrzewce, gdy zobaczyłem, jak piłkarze Liverpoolu wyciągają ze specjalnej torby różne rodzaje obuwia, już wiedziałem, że nasz plan zaskoczenia się nie powiedzie. Anglicy przywieźli do Polski obuwie na każde warunki pogodowe. Dziś nikogo już to nie dziwi, ale w tamtych czasach to był niecodzienny widok. Gdy zobaczyłem, jak olbrzymi Toshack zgrabnie porusza się na zmrożonej murawie, wiedziałem, że będzie ciężko. Kilka lat później zemściłem się na Liverpoolu. Będąc trenerem Widzewa, w 1983 roku po ćwierćfinałowym dwumeczu w Pucharze Mistrzów wyeliminowaliśmy Anglików.

I to by było na tyle. Można jeszcze dorzucić przykład Legii, która w Pucharze Miast Targowych 1968/69 awansowała do 1/8 finału, gdzie poległa dość niespodziewanie z węgierskim Ujpestem. Poza tymi przykładami – polskie kluby nie liczyły się na poważnie w Pucharze UEFA czy Lidze Europy. Czy Legia Warszawa, Cracovia albo Lechia Gdańsk zdołają coś w tym temacie zmienić? Cóż – pomarzyć dobra rzecz. Mając jednak popisy polskich klubów w eliminacjach do europejskich pucharów z ostatnich lat, nawet nie wypada wybiegać myślami – choćby i najśmielszymi – tak daleko w przyszłość.

POLSKIE KLUBY W ĆWIERĆFINALE PUCHARU UEFA

1974. Ruch Chorzów – Feyenoord Rotterdam (1:1, 1:3)
1976. Stal Mielec – Hamburger SV (1:1, 0:1)

POLSKIE KLUBY W 1/8 FINAŁU PUCHARU UEFA

1975. Śląsk Wrocław – Liverpool FC (1:2, 0:3)
1978. Śląsk Wrocław – Borussia Moenchengladbach (1:1, 2:4)
1980. Widzew Łódź – Ipswich Town (0:5, 0:0)
1984. Widzew Łódź – Dynamo Mińsk (0:2, 1:0)
1985. Legia Warszawa – Inter Mediolan (0:0, 0:1)
1994. GKS Katowice – Bayer Leverkusen (1:4, 0:4)
2003. Wisła Kraków – SS Lazio (3:3, 1:2)

POLSKIE KLUBY W 1/16 FINAŁU PUCHARU UEFA/LIGI EUROPY

1971. Legia Warszawa – Rapid Bukareszt (0:4, 2:0)
1971. Zagłębie Wałbrzych – UT Arad (1:1, 1:2)
1972. Ruch Chorzów – Dynamo Drezno (0:1, 0:3)
1973. Gwardia Warszawa – Feyenoord Rotterdam (1:3, 1:0)
1976. Wisła Kraków – RWD Molenbeek (1:1, 1:1k)
1977. Górnik Zabrze – Aston Villa (0:2, 1:1)
1977. Widzew Łódź – PSV Eindhoven (3:5, 0:1)
1982. Śląsk Wrocław – Servette FC (0:2, 1:5)
1983. Widzew Łódź – Sparta Braga (1:0, 0:3)
1986. Legia Warszawa – Inter Mediolan (3:2, 0:1)
1986. Widzew Łódź – FC Bayer 05 Uerdinger (0:0, 0:2)
1990. GKS Katowice – Bayer Leverkusen (1:2, 0:4)
1996. Legia Warszawa – Besiktas JK (1:1, 1:2)
2004. Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski – Girondins Bordeaux (0:1, 1:4)
2009. Lech Poznań – Udinese Calcio (2:2, 1:2)
2011. Lech Poznań – SC Braga (1:0, 0:2)
2012. Legia Warszawa – Sporting CP (2:2, 0:1)
2012. Wisła Kraków – Standard Liege (1:1, 0:0)
2015. Legia Warszawa – AFC Ajax (0:1, 0:3)
2017. Legia Warszawa – AFC Ajax (0:0, 0:1)

fot. 400mm.pl

bb

Najlepsza oferta powitalna na rynku: bonus 200% aż do 100zł! Drugi bonus to podwojenie depozytu aż do 900 złotych! Dodatkowo jeszcze 40 zł we freebetach!