Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Nie ma chyba w kibicowskim życiu bardziej satysfakcjonującej chwili niż te parę sekund, podczas których szczelnie wypełniony stadion rywala milknie, a sektor gości wybucha euforią. Bierzesz wolne w pracy, zapożyczasz się, przemieszczasz na drugi koniec Polski, czasem ściśnięty jak czoło tabeli I ligi. Oglądasz kilkadziesiąt minut średniej jakości widowiska sportowego. Stojąc obok brudnego krzesełka, widząc niewielki fragment murawy, marznąć i licząc się z tym, że po końcowym gwizdku czeka cię jeszcze godzina stania na mrozie zanim policja łaskawie wypuści cię na zewnątrz.

Ale wówczas pada gol i wiesz, że warto było poświęcić każdą sekundę, złotówkę i litr benzyny.

Już od jakiegoś czasu staram się bardzo mocno utrwalić w sobie te momenty, jak najdokładniej je zapamiętać, zostawić pamiątki czy zdjęcia z tych wojaży. Wyryć te obrazki gdzieś pod powiekami, bo niestety dobrze wiem, że to już ostatnie okazje, by to przeżyć na własnej skórze.

Ogólnopolski Związek Stowarzyszeń Kibicowskich ujawnił w otwartym liście, że PZPN na wniosek Cracovii ma zamiar zmienić zasady dotyczące przyjmowania gości na stadionach w Polsce. Dotychczasowe działania, które miały wymuszać na klubach wpuszczanie fanów przyjezdnych (regulaminowe 5% biletów, kary za nieuzasadnione zamknięcie sektora) mają zostać zastąpione przez otwarte przyzwolenie: otwierajcie sektor gości kiedy chcecie, a jak nie chcecie… No to trudno, to nie otwierajcie.

Nie czuję się specjalnie zaskoczony, bo temat ogólnopolskiego zakazu wyjazdów, czasowego odgórnego zamknięcia sektorów gości i inne tego typu pomysły wracają co kilkanaście tygodni. Raz apeluje o to policja, która narzeka na miliony złotych wydane na eskortowanie wyjazdowiczów, innym razem wojewodowie (na wniosek policji), czasem sprawy w swoje ręce bierze Komisja Ligi, czasem same kluby, jak choćby Jagiellonia, uparcie odmawiająca legionistom wejścia na stadion w Białymstoku. Mam wrażenie, że gdyby pojawił się polityk, który obiecałby zakaz poruszania się poza obszarem swojego miasta przez wszystkich kibiców w dniu meczowym, zgarnąłby setki tysięcy głosów w całym środowisku piłkarskim.

Obecny pomysł to po prostu kolejny wariant tej samej powracającej propozycji: weźmy tych gości ze stadionów wyrzućmy.

W tym miejscu należałoby zadać pytanie: a kogo zamiast nich proponujecie?

Jeśli PZPN, Ekstraklasa SA i kluby zadecydują, że kibice gości na stadionach są zbędni, wykonają krok, który dość mocno przemodeluje ich grupę docelową. Obserwuję dość wnikliwie publikę podczas meczów krajowej elity i ujmę to tak: tłumów nie ma. Nadal odbiorcą ligowej piłki pozostaje w pierwszej kolejności kibic… Hm. Tradycyjny. Taki w szaliku, raczej polówce niż marynarce, który lubi pośpiewać i generalnie chodzi na mecz raczej się pobawić, niż czerpać wizualną przyjemność z oglądania wykwintnych dryblingów ekstraklasowych skrzydłowych. Pozostałe sektory pod względem gęstości zaludnienia przypominają raczej syberyjską tajgę niż targ w Bangkoku, choć przecież w teorii nie ma wielu przeciwwskazań, by zapełnić je fanami dobrej piłki.

PZPN i Ekstraklasa SA dość chętnie opowiadają, zresztą bardzo słusznie, o tym, że stadiony są bezpieczne. Jasne, nadal dochodzi do incydentów, ale są one o wiele rzadsze i o wiele bardziej błahe nie tylko w zestawieniu z Polską 1990-2010, ale też w porównaniu z niektórymi mocniejszymi ligami. Na przeważającej większości meczów najbardziej gorszącym incydentem są wulgarne przyśpiewki, które – wierzcie mi – i tak nie umywają się do słownictwa ulubionych piosenkarzy naszych dzieciaków (ostatnio nie schodzę prawie z placu zabaw, to jestem na bieżąco, u nastolatków rządzą utwory ze słowami kluczowymi: kokaina, seks, alkohol, autotune). Race przeważnie nie latają, płoty przeważnie nie padają pod naporem chuliganów, dostać w twarz prędzej można piłką po centrostrzale, niż od innego kibica.

A mimo to stadiony są puste. Albo przekaz środowiska piłkarskiego nie dociera do odbiorców, albo, pomimo gigantycznej poprawy bezpieczeństwa, typowy Jan Nowak boi się wejść na stadion, żeby nie dostać sztachetą. Zastanówmy się teraz przez moment: czy wykluczenie ze stadionów kibiców gości sprawi, że Jan Nowak przestanie bać się sztachety? Że sektor gości zamieni się spontanicznie w rodzinny piknik, na który będą walić tłumy?

Papierkiem lakmusowym jest nawet poprzedni sezon – gdy mecze zmierzającego po tytuł Piasta przerzucano na słabsze dni/godziny, by zrobić miejsce w prime-time na mecze z podtekstami. Kto odpowiada za atrakcyjność spotkań Arki z Lechią? Przecież nie zawodnicy obu zespołów. Dlaczego to mecze, w których uczestniczą dwie duże grupy kibiców cieszą się największym zainteresowaniem mediów? Czemu wszyscy czekają na Widzew w Ekstraklasie? Przecież nie z uwagi na to, że stęsknili się za Danielem Tanżyną.

Nie wykluczam oczywiście przesilenia, nawet wyobrażam sobie te rozmowy specjalistów w TV nad kolejnością meczów. „Co dajemy na hit? Derby Krakowa? Nie, w tym tygodniu bardzo ciekawe starcie ofensywnie grającego Piasta Gliwice z zawsze groźną Wisłą Płock, niech to będzie w najlepszym czasie antenowym”. Na razie jednak środowisko piłkarskie chce wyrugować ze stadionów pewną grupę ludzi, kompletnie nie mając pomysłu, kim ich zastąpić.

Motanie się w tych kwestiach widać zresztą od lat, chciałoby się mieć ciastko i grać do bólu na kibicowskich animozjach i emocjach, ale jednocześnie zjeść ciastko – i te animozje oraz emocje ze stadionu wypieprzyć. Mam wrażenie, że to, co w polskiej piłce, albo i w ogóle w piłce najlepsze, to właśnie te chwile skrajnej euforii i rozpaczy. Każdy z nas podziwia bramki Barcelony zdobyte po koronkowych akcjach, ale większość z nas zamieniłaby z miejsca te estetyczne wrażenia na prawdziwe emocje i gol dupą strzelony przez zawodnika ulubionego polskiego klubu.

Mam wrażenie, że polskie środowisko piłkarskie jest zupełnie nieświadome, że nie oferuje koronkowych akcji i w ogóle niewiele oferuje, a jednocześnie próbuje zneutralizować tę ostatnią nitkę trzymającą nas przy Ekstraklasie. Emocje. Radość, euforię, rozpacz, nienawiść i tak dalej.

Staram się zrozumieć autorów tego rewolucyjnego pomysłu. Nie ma kibiców gości – nie ma napinki, wulgarnych przyśpiewek, łatwiej ściągnąć na mecz niedzielnego widza. Sęk w tym, że już teraz na dziesiątkach meczów Ekstraklasy gości nie ma – bo mają zakaz, wojewoda zamknął sektor, policja ich zatrzymała na trasie. Czy na te mecze faktycznie chodzi więcej niedzielnych widzów? Czy te spotkania stały się enklawą normalności w tej całej naszej dziczyźnie?

Biorę pod uwagę, że ta grupa ludzi patrzy dalekosiężnie (jaka szkoda, że tylko w tym temacie!). Uważa, że teraz wyrzuci gości, za jakiś czas ultrasów z racami, przez parę lat będzie niższa frekwencja, ale potem to już rodziny będą walić tysiącami na wszystkie, nawet najsłabsze mecze. Problem polega na tym, że oni nie potrafią obsłużyć należycie nawet tej obecnej nielicznej grupy. Niemal z całej Polski słyszę narzekania na wiecznie zacinające się systemy biletowe, wysokie ceny, irytujące szczegółowe kontrole, prowokacyjne zachowanie ochrony czy stewardów. No i przede wszystkim: na poziom sportowy.

Chcecie nas wyrzucić ze stadionów? Zróbcie tu w Polsce dobrą piłkę, zostaniemy wypchnięci przez sympatyków dobrej piłki, których w Polsce naprawdę nie brakuje, sprawdźcie po fanclubach zagranicznych zespołów. Wiele wskazuje na to, że Polacy naprawdę chcieliby pójść na stadion i obejrzeć fajne mecze. Sęk w tym, że fajne mecze nie są wcale uniemożliwiane przez fanatyków w sektorze gości i za bramką, ale działaczy, którzy nie potrafią skonstruować zespołów grających atrakcyjny futbol. Nie wierzę, że działacze nie rozmawiają ze zwykłymi sympatykami piłki nożnej, miłośnikami ligi hiszpańskiej czy angielskiej. Oni wszyscy o nas, ekstraklasowcach, mówią jako o błędnych rycerzach i desperatach, czasem szaleńcach.

Usuwanie tych desperatów i szaleńców, bez propozycji dla zwykłych sympatyków futbolu to wylanie dziecka. Bez kąpieli.