Remis, którego trudno nie szanować
Blogi i felietony

Remis, którego trudno nie szanować

Nie będę udawał, że remis w eliminacjach kwalifikacji do rundy wstępnej walki o play-off to wielki sukces polskiego futbolu. Ale nie zamierzam też udawać, że nie wiem gdzie znajduje się aktualnie polska piłka. Jedliśmy ostatnio beczkę dziegciu za beczką dziegciu, wszyscy mamy jej smak w ustach. Był czas nauczyć się pokory, czas przestać się oszukiwać, przestać udawać, że jesteśmy jakąś uśpioną potęgą, bo klubowo nie jesteśmy nią nawet na miarę naszego regionu.

W tym ujęciu remisu z BATE nie da się nie szanować.

Kiedy po dziewięciu sekundach gry Plach posłał lagę na Parzyszka, przed oczami stanęły mi pucharowe demony, wszystkie Cementarnice i Irtysze. Ja wiem: bardziej błahego powodu znaleźć nie mogłem. Ale zanotowałem to zdarzenie, na wypadek, gdyby miało okazać się symboliczne.

I okazało się symboliczne.

Tamta laga była celna, a gliwiczanie po dobrym zgraniu Parzyszka przez pierwsze trzy minuty nie oddali BATE piłki.

Jedno to wyjazdowy bramkowy remis z przeciwnikiem, któremu regularności w grze w fazie grupowej może pozazdrościć każdy polski klub, remis z przeciwnikiem, który zeszłej jesieni wyszedł z grupy Ligi Europy, by w fazie pucharowej ograć u siebie Arsenal, co u nas urosłoby do rangi epokowego wydarzenia, a co BATE zrobiło dokładnie tymi samymi zawodnikami co dzisiaj (minus bezrobotny aktualnie Hleb).

Co dla mnie osobiście istotniejsze, to że widziałem reprezentanta Ekstraklasy grające w piłkę.

Grającego w piłkę nie na hurra, nie na hulaj dusza piekła nie ma, co jest na pewno bardzo szlachetne, ale zwykle kończy się honorowym eurowpierdolem; grającego nie osławione polskie zapierdalanie razy charakter razy waleczność i jazda na dupie, co kończy się zwykle opiniami „przegrali, ale dali z wątroby” i trzema wykluczającymi na sezon kontuzjami w obozie rywala.

Nie widziałem tych dość często spotykanych w naszym futbolu tropów, a zamiast nich była mądra gra. Ni mniej, ni więcej, to słowo trafia w sedno: mądra. Dokładnie ta sama, jaką Piast wygrał ligę. Gdy zgodnie z planem ludzie Fornalika zamykali momentami BATE w hokejowym zamku – przyjemnie było popatrzeć. Ot, po prostu, jak na dobrą piłkę.

Nie przez cały mecz była taka dobra, bo Piast to nie jest jakiś dream team, by z zespołem tak doświadczonym jak BATE kontrolował mecz przez dziewięćdziesiąt minut – taki scenariusz to marzenie ściętej głowy. Ale jak na to przez ile czasu Piast miał BATE tam, gdzie chciał je mieć, jestem usatysfakcjonowany.

Piast miał konkretny pomysł, a nie arogancję. Piast miał widoczne gołym okiem automatyzmy, a nie próbujący zrobić różnicę zlepkiem nie rozumiejących się indywidualności.

W naszych warunkach to sporo. Nie udawajmy, że nie.

Mógł to Piast przegrać, wejście Sokołowskiego moim zdaniem obnażyło krótką ławkę Piasta, Sokołowski nie trybił i bardzo rozregulował szyki mistrza Polski. To, że Dziczek nie obejrzał asa kier – sędzia z Turcji dowiedział się jak popularne są w naszym pięknym kraju tureckie seriale i wzruszył się tym faktem, traktując nas ciut łagodniej. Rozumiem również jak komicznie brzmi mowa o kontroli spotkania, w którym Plach w ostatniej sekundzie paradą życia ratuje rezultat. Dwumeczowi daleko do wygranej, BATE to mistrzowie przesądzania o losach w wyjazdowych rewanżach.

Ale co ja będę strzępić język: w zasadzie wystarczy mi to, że ja się tego wyniku nie muszę wstydzić.

Nawet, a może przede wszystkim przed sobą. Bo bywają takie mecze polskich drużyn, po których człowiek zaczyna kwestionować swoje życiowe wybory.

A że i gry się wstydzić nie muszę nie muszę? Toż to prawie jak święta.

Leszek Milewski