Czy Serenie wreszcie uda się upolować rekord wszech czasów?
Inne sporty

Czy Serenie wreszcie uda się upolować rekord wszech czasów?

Swój 23. tytuł wielkoszlemowy zdobyła w styczniu 2017 roku, gdy wygrała Australian Open. Od tamtego czasu minęły już ponad dwa lata, a licznik Sereny Williams w tej kwestii ani drgnął. Normalnie napisalibyśmy pewnie: „jeden tytuł więcej albo jeden mniej – żadna różnica, gdy ma się ich aż tyle”, ale tu to sprawa istotna. Bo gdyby Amerykance udało się wygrać na Wimbledonie, wyrównałaby rekord wszech czasów.

Więcej tytułów w singlu ma tylko Margaret Court. Australijka zdobywała je jednak w zamierzchłych czasach. Jej pierwszy sukces – odniesiony w ojczyźnie – to rok 1960. Ostatni turniej wielkoszlemowy wygrała trzynaście sezonów później, dobrych kilka lat po rozpoczęciu ery open, gdy tenisistki stały się profesjonalistkami (zresztą już w jej trakcie wygrała wszystkie cztery wielkie szlemy w jednym roku). Z Williams – poza tym, że są mistrzyniami w swoim fachu – łączy ją jeszcze coś. Obie wracały po urodzeniu dziecka. Court zrobiła to zresztą trzykrotnie(!), a na stałe zrezygnowała z tenisa dopiero, gdy okazało się, że jest w czwartej ciąży.

Amerykanka karierę przerwała po wspomnianym wcześniej Australian Open. 1 września 2017 roku, w czasie, gdy normalnie grałaby w US Open, urodziła córkę. I w teorii, przy zdobyczach współczesnej medycyny, powinna szybko wrócić do sportu. Tak jak robiło to już sporo zawodniczek, również w innych dyscyplinach. Choćby Marit Bjoergen, doskonale w Polsce znana. To jednak tylko teoria. W praktyce bowiem wszystko poszło źle w kolejnych dniach po porodzie. Problemy sprawiała zakrzepica, na którą Amerykanka choruje od lat, ponownie otworzyła się rana po cesarskim cięciu… Lekarzom finalnie udało się temu wszystkiemu zaradzić, ale przez ponad miesiąc wycieńczona Williams niemal nie wstawała z łóżka.

Potem wróciła. Najpierw do treningów na siłowni, potem na kort, a w końcu i do meczów. – Gdy wiem, że mam to piękne dziecko, wracam do domu i czuję, że nie muszę grać następnego spotkania. Nie potrzebuję pieniędzy, tytułów czy prestiżu. Chcę ich, ale ich nie potrzebuję. To dla mnie inne uczucie – mówiła. Wciąż da się jednak odczuć, że ambicja nie pozwala jej odpocząć. Nadal walczy, mimo 37 (we wrześniu skończy 38) lat na karku. I dwa razy była już blisko – w zeszłym sezonie przegrała finały Wimbledonu i US Open. Dwukrotnie trafiała na rywalki w znakomitej formie, dwukrotnie okazywała się gorsza. Raz od Angeliki Kerber, raz od Naomi Osaki. Przy tej drugiej okazji pokłóciła się w dodatku z arbitrem i obraziła na cały świat.

Ale, jeśli walczyłaby o triumf w Wimbledonie, nikt nie będzie jej tego wypominał. Wszyscy skupią się tylko na tym, czy uda jej się przejść do historii po raz kolejny. I wydaje się, że w tym sezonie naprawdę może to zrobić. Bo Serena Williams w Londynie prezentuje się z bardzo dobrej strony. Przeszła przez (pomijając pierwszą rundę) stosunkowo trudną drabinkę, w ćwierćfinale eliminując rozpędzoną Alison Riske, która wcześniej odprawiła liderkę światowego rankingu, Ash Barty. Zresztą to amerykańskie spotkanie z 1/4 finału, to też dowód na dobrą formę Williams – trwało trzy sety, jej młodsza rodaczka napierała i prezentowała się z naprawdę świetnej strony, ale ostatecznie wygrała ta bardziej doświadczona. W zeszłym sezonie – w starciu z tak grającą rywalką – pewnie by przegrała. Ba, nawet w poprzednim turnieju – na kortach Rolanda Garrosa – już zdążyłaby się pożegnać z marzeniami o tytule.

W Londynie szanse Williams na historyczny sukces są jednak tym większe, że – niespodziewanie – w półfinale zmierzy się nie z zawsze groźną Johanną Kontą, a Barborą Strycovą. Obie spotykały się do tej pory trzykrotnie, Czeszka nie ugrała nawet seta. Ich poprzednie starcie? Australian Open 2017, ostatni turniej wielkoszlemowy, w którym triumfowała Amerykanka. Nie wiemy czy to znak, ale Serena może patrzeć na swoje szanse przez różowe okulary. Dlaczego?

Bo dla 33-letniej Czeszki półfinał to już życiowy sukces, tylko raz wcześniej zdarzyło jej się być na tych kortach w ćwierćfinale. To zawodniczka solidna, świetnie operująca przy siatce, ale znana głównie z gry podwójnej – tam prezentuje się najlepiej, choć nigdy nie udało jej się zagościć w finale któregoś z wielkich szlemów (była za to medalistką igrzysk i triumfatorką Pucharu Federacji). Swego czasu była też bohaterką małego skandalu. Za wykrycie w jej organizmie niedozwolonej substancji, zawieszono ją na pół roku. I choć była już nawet 16. na świecie, to jej ranking singlowy– który po Wimbledonie, rzecz jasna, znacznie się poprawi – sporo mówi o tym, gdzie w światowym układzie sił znajdowała się przed tym turniejem. Strycova zajmuje w nim 54. miejsce.

Williams ma więc w ręku wszystkie karty potrzebne do tego, by wygrać ten turniej. Pytanie brzmi jedynie: czy wytrzyma presję? Bo ta – nawet jeśli nie za sprawą fanów i mediów – na pewno się pojawi. Serena może bowiem mówić nam, ile tylko chce, o tym, że nie potrzebuje kolejnych tytułów. Kiedy jednak po raz kolejny będzie w finale, to zdanie zmieni. O tym jesteśmy przekonani.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)