Gdy wyjeżdżasz za darmo, może być różnie
Weszło Extra

Gdy wyjeżdżasz za darmo, może być różnie

Michał Marcjanik może stanowić definicję brutalnego odbicia się od zachodniej ligi. Po sezonie 17/18 dostał wymarzoną wędkę w postaci transferu do Empoli, beniaminka Serie A, w którym przez pół roku nie rozegrał ani minuty. Odszedł na wypożyczenie do walczącego o utrzymanie w Serie B Carpi, gdzie również ani razu nie podniósł się z ławki. W jego CV znajdują się dwa spadki z ligi w jednym sezonie, choć uczciwie należy przyznać, że swojej nogi do nich nie przyłożył. Dlaczego było, jak było? Zapraszamy na wywiad z obrońcą, który zamierza odbudować się na wypożyczeniu w Wiśle Płock. 

Za tobą stracony rok, ale spróbujmy poszukać pozytywów. Widzisz jakieś jasne strony tego sezonu?

Zyskałem nowe doświadczenie życiowe. Wyjeżdżając z kraju musiałem na początku załatwić wiele spraw pozapiłkarskich, a wiadomo, jacy są Włosi. Mówią jedno, robią drugie. Jednego dnia obiecują mieszkanie, a okazuje się, że trzeba czekać na nie dwa tygodnie. Wiele rzeczy się przeciągało, nie mogłem przyzwyczaić się do tego stylu bycia. Jak się z kimś umawiasz na godzinę, to jednak oczekujesz, że ta osoba przyjdzie. Włosi nie przywiązywali do tego wagi. Nawet jak ktoś się spóźnił dwie minuty do klubu, nie wyciągali z tego żadnych konsekwencji.

W Polsce od razu kara.

Tak, jak jest wyznaczona godzina treningu, to zawodnik ma przyjść i tyle. Wiadomo, część Włochów była punktualna, nie mówię, że wszyscy się spóźniali. Ale w Polsce od razu wyciągane są konsekwencje. Do tego wszystkie sprawy typu telefony, internet. Trzeba było się na początku z tym zmierzyć, a Włosi niespecjalnie mówią po angielsku. Czasami było śmiesznie, ale jakoś się udawało.

Kiedy zacząłeś się uczyć włoskiego?

Miałem lekcje już przed wyjazdem. Na miejscu indywidualnie przycisnąłem mocniej. Nie było narzuconego nauczyciela z klubu i obowiązku, by nauczyć się jak najszybciej. Każdy uczył się we własnym zakresie.

Jesteś w stanie już zadzwonić do hydraulika, by naprawił kran?

Z hydraulikiem mógłby być problem, ale jak trzeba było coś załatwić, szło się i załatwiało. Były problemy, ale z biegiem czasu szło coraz lepiej. Po czterech miesiącach byłem już w stanie rozumieć odprawy.

Żałujesz pójścia do Serie A? Dziś zrobiłbyś to samo?

Nie żałuję. Taka szansa wyjazdu może się nie powtórzyć. Pojechałem, zwiedziłem… Nie wyszło.

Zawsze miałeś poduszkę bezpieczeństwa w postaci powrotu do Ekstraklasy.

Dokładnie, wracam bogatszy o doświadczenia życiowe i piłkarskie. Nigdy nie masz gwarancji, że idąc do lepszego klubu w Ekstraklasie, szansa takiego wyjazdu znowu się pojawi. Dwa razy byłem bliski debiutu. Z Interem wykorzystaliśmy dwie zmiany jeszcze w pierwszej połowie, w 70. minucie lewy obrońca złapał jakiś uraz. Zakładałem już koszulkę, byłem przygotowany i… straciliśmy bramkę. To była ostatnia zmiana, więc trener zdecydował się zagrać ofensywnie i wprowadził napastnika. Za drugim razem kierownik zbyt długo czekał ze zmianą z Cagliari, nawet trener był na niego zły i zanim wszedłem, z 1:0 zrobiło się 1:1. Szczęścia nie było, może po tych 20 minutach dostałbym kolejną szansę, różnie mogłoby się potoczyć. Liczyłem, że szansa prędzej czy później się pojawi. Nie wykorzystałbym jej, nie miałbym do nikogo pretensji. Na treningach nie czułem się słabszy. Jakbym widział, że jest przepaść, powiedziałbym: “OK, musisz jeszcze trochę popracować, może zagrasz”. Dostawałem cały czas pozytywne sygnały od trenera i dyrektora sportowego. Słyszałem ciągle: – Dobrze trenujesz, ale jesteśmy beniaminkiem. Musisz być cierpliwy.

Byłem cierpliwy, ale jeśli po jedenastu kolejkach mamy sześć punktów, a trener nic nie zmienia, cierpliwość powoli się kończy. Zdawałem sobie sprawę, że mogę nie wskoczyć do składu od razu. Dawałem sobie pewien okres, w którym mogłem nie grać i mówić sobie, że nic się nie dzieje. Grali praktycznie cały czas ci sami obrońcy.

Jaką wizję przedstawiano ci w Empoli, gdy podpisywałeś kontrakt?

Plan był pewnie jak z każdym młodym zawodnikiem: pograć sezon-dwa i iść dalej. 

WARSZAWA 02.05.2018 FINALOWY MECZ PUCHAR POLSKI SEZON 2016/17 --- FINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH IN WARSAW: ARKA GDYNIA - LEGIA WARSZAWA MICHAL MARCJANIK FREDERIK HELSTRUP FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Wraz z Jarosławem Kołakowskim chcieliście podążyć ścieżką Kamila Glika. Nie byłeś oczywistym kandydatem to wyjazdu: ani nie byłeś gwiazdą Ekstraklasy, ani obiecującym juniorem, który w dwa lata można zrobić wielki skok. Wędkę dostałeś idealną.

Dużo ludzi porównywało te dwie drogi. Plan był podobny, ale nie zawsze wszystko wychodzi tak, jakbyśmy chcieli. Jak przyszedłem do Empoli, wiadomo – musiałem się trochę przyzwyczaić. Wszystko działo się bardzo szybko, gra na jeden czy dwa kontakty była w dużo wyższym tempie, ale po pierwszym okresie przygotowawczym podczas gier wewnętrznych już nie czułem, żebym odstawał od reszty. Nawet od zawodników, którzy rozegrali po 200-300 meczów w Serie A. Może jakbym dostał jakąś szansę gry, pokazał się, zupełnie inaczej by się to potoczyło, zostałbym teraz w Empoli na kolejny sezon. Na moją decyzję o powrocie wpłynęło zamieszanie z wypożyczeniem do Carpi.

Ciężko znaleźć logikę w tym wypożyczeniu. Spadkowicz z Serie B, który próbuje utrzymać się na ura bura i przez cały sezon podpisuje 13 piłkarzy, a kolejnych 16 ściąga na zasadzie wypożyczenia.

Kilku zawodników było w klubie od dłuższego czasu, ale drużyna była oparta na wypożyczeniach. Było trochę zamieszania z tym ruchem. Na początku w Empoli mówili, że nie chcą mnie wypożyczać. Słyszałem, że trener chce mnie na wypadek kontuzji czy kartek. Kluby się zgłaszały, było zapytanie z Brescii, ale nie podejmowali nawet żadnego tematu. Dwa dni do końca okienka powiedzieli mi, że jednak mogę iść, bo ściągają nowego zawodnika. Trzeba było zrobić mu miejsce i zaczęły się nerwowe ruchy ze strony klubu. W Empoli powiedzieli mi, że zgłosiło się Carpi, którego trener chce mnie od razu do grania. Okazało się inaczej, że to raczej wypchnięcie, żeby zrobić miejsce, a nie ruch nastawiony na to, żebym łapał minuty. Wszystko na wariata.

Dlaczego w Carpi nie zagrałeś ani minuty?

Przyszedłem tam i… trener nie wiedział nawet, na jakiej pozycji gram. Zapytał mnie, czy jestem prawym obrońcą. Już po pierwszym dniu miałem mieszane uczucia. Trenowałem cały czas jako prawy obrońca, a na tej pozycji nie było szans na grę. Miejsce miał młody zawodnik, który miał ważny kontrakt i myśleli, że na nim zarobią. Byłem tylko do treningu. Środkowych obrońców było siedmiu, w ogóle nawet nie byłem brany pod uwagę na tę pozycję. Dziwny to był ruch.

Nie przeanalizowałeś wcześniej, że w klubie jest siedmiu stoperów?

Sprawdzałem to, ale dostałem jasny sygnał, że trener mnie chce, mam pomóc w walce o utrzymanie, grać. Okazało się zupełnie co innego.

Grałeś wcześniej na prawej obronie?

W juniorach. Zacząłem na ławce, ale powiedziałem sobie: “dobra, zmieni się, nie mogę cały czas być przecież prawym obrońcą”. Na środek wskakiwałem tylko wtedy, gdy stoperzy mieli kontuzję. Potem raz, drugi nie pojechałem na mecz, trener w ogóle o mnie nie myślał w kontekście pierwszego składu. Frustracja rosła, ale powtarzałem sobie, że trzeba normalnie trenować i myśleć już powoli o przyszłym sezonie, zrobić sensowny ruch, by zacząć grać.

Jak porównasz oba kluby pod względem organizacji?

W Empoli zgrupowania mieliśmy głównie w swoim ośrodku, nie musieliśmy nigdzie jeździć. Spaliśmy tam też przed meczem. Boisko treningowe było od razu przy stadionie, lekarz w klubie. Niczego nie brakowało. W Carpi było z kolei średnio. Nie wiem czy w Ekstraklasie można spotkać klub, który tak funkcjonuje. Wiadomo, że Serie A i Serie B to inne finanse, ale była przepaść. Do końca marca jeździliśmy po 50 kilometrów samochodami na treningi na sztuczną murawę. Było boisko treningowe przy stadionie, ale nikt o nie nie dbał. Dopiero jak w kwietniu samo z siebie doszło i trawa urosła, zaczęliśmy na nim trenować. Przed meczem jechaliśmy do hotelu, z hotelu do innej restauracji na posiłek, potem znowu do hotelu… Wiele rzeczy nie funkcjonowało.

Dlaczego zdecydowałeś się akurat na Wisłę Płock?

Główne zainteresowanie było ze strony trenera Ojrzyńskiego. Pytał już dużo wcześniej, jak sytuacja, czy myślę o powrocie. Luźne rozmowy. Mówiłem wprost, że chciałbym wrócić czy to na zasadzie wypożyczenia, czy na innej, gdyby udało się rozwiązać kontrakt, ale Włosi brali pod uwagę tylko wypożyczenie.

Miałeś inne oferty?

Były zapytania, ale oferta z Płocka była najkonkretniejsza. Zależało mi na tym, by trener wyraził swoją chęć, że mnie chce. Gdybym poszedł do jakiegoś klubu, w którym powtórzyłoby się to, co w Carpi, to już w ogóle byłaby załamka.

Jak Krzysztof Sobieraj, z którym tworzyłeś duet stoperów w Arce, a dziś asystent Leszka Ojrzyńskiego, zmienił się w nowej roli?

Zbyt dużo się nie zmienił, to tylko nowa rola. Cały czas dużo podpowiada, stara się motywować. To jego główna cecha. W Arce w trudnych momentach potrafił złapać całą drużynę i krzyknąć, tak jak w finale Pucharu Polski, gdy przed dogrywką wziął drużynę w kółeczko, powiedział co trzeba i udało się wygrać. Jak się miało jakikolwiek problem, zawsze można było zadzwonić o każdej godzinie. Zacząłem grać u jego boku, gdy miałem 19 lat. Jako starszy kolega pomagał, mówił, gdzie się ustawić. Dużo krzyczał na boisku. Z biegiem czasu, jak już go brakowało na murawie, starałem się przejmować jego rolę i podpowiadać. Z tyłu wszystko się widzi, więc łatwiej pokierować.

GDYNIA 31.03.2018 MECZ 29. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18: ARKA GDYNIA - LEGIA WARSZAWA 1:0 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: ARKA GDYNIA - LEGIA WARSAW 1:0 MICHAL MARCJANIK LESZEK OJRZYNSKI ANDRIJ BOHDANOW FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Masz podrażnioną ambicję? Narzucasz sobie presję, że musisz wrócić do Włoch i udowodnić, że się nadajesz?

Nie mam czegoś takiego, że muszę wrócić i pokazać, że warto było na mnie postawić. Chcę po prostu wrócić do tego, co było przed wyjazdem. Regularnie grać.

Widzisz w ogóle dla siebie możliwość powrotu do Empoli po wypożyczeniu?

Różnie w życiu bywa. Może się okazać, że po roku Wisła mnie nie będzie chciała wypożyczyć, Empoli nie zechce rozwiązać kontraktu, więc chcąc nie chcąc będę musiał wrócić. Na razie o tym nie myślę, skupiam się na najbliższym roku.

Myślisz jeszcze o zagranicy? Jeśli nie Włochy, to inna liga?

Na pewno dwa razy bym się zastanowił. Jeśli klub za ciebie płaci, zawsze to twój atut, bo skoro wyłożyli za ciebie pieniądze, jakąś szansę na pewno dostaniesz. Wyjeżdżając za darmo może być różnie, jak w moim przypadku.

Twój konkurent do miejsca w składzie, Jacob Rasmussen, przyszedł za milion euro. Istnieje teoria, że najlepiej wyjechać właśnie za gotówkę, bo klub od razu patrzy na ciebie z innej stopy.

I to pewnie też czynnik, który sprawił, że inaczej na mnie patrzyli. Empoli to klub, który ściąga młodych zawodników, daje im sezon-dwa i od razu sprzedaje za duże pieniądze. Można zobaczyć nawet teraz po transferach klubu, gdzie zawodnicy odchodzą. Giovnani di Lorenzo idzie po sezonie do Napoli za 10 milionów, jednym chłopakiem interesuje się Juve, drugim Genoa. Pół składu to młodzi zawodnicy, którzy zaraz odejdą. Ja przyszedłem za darmo, Rasmussen za milion, więc pewnie mieli założenie, żeby dać mu szansę i po sezonie odszedł za 7 milionów do Fiorentiny. Mi powtarzali, że mam być cierpliwy. Na początku rozumiałem to, a później… Nie wiem, była to chyba taka rozmowa, by mi powiedzieć cokolwiek.

Dwa kluby, zero minut, dwa spadki. Pozytyw taki, że gorzej być nie może.

Dwa spadki, ale tak naprawdę nie zagrałem żadnego meczu, więc nie przywiązuję do tego wielkiej wagi. Szkoda, że nie dostałem żadnej szansy. W piłce jak w życiu – nie zawsze jest kolorowo.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK 

Fot. Wisła Płock / FotoPyK

KOMENTARZE (4)