Śląsk Wrocław musi zerwać z obrazem niechcianego dziecka
Weszło Extra

Śląsk Wrocław musi zerwać z obrazem niechcianego dziecka

Śląsk Wrocław dobrnął do bardzo ważnego momentu. Albo wreszcie zaliczy skok i dołączy do drużyn stanowiących w Ekstraklasie jakąś wartość, albo pogłębiający się od lat marazm skończy się kolejną rozpaczliwą walką o utrzymanie (lub spadkiem). Uznaliśmy, że okres między sezonami to najlepszy czas na zadanie prezesowi Śląska Wrocław, Piotrowi Waśniewskiemu, kilku palących pytań. 

Czy Śląsk to zbyt wygodne miejsce dla piłkarzy? Czy karuzela prezesów, trenerów i dyrektorów sportowych wciąż będzie tak rozpędzona? Czy gdy nie wypali kolejna koncepcja, klub zmieni ją nagle o 180 stopni? Co dalej z beznadziejną frekwencją? Czy drużynie brakuje wyrazistości? Jak walczyć z kominami płacowymi? Jak na drużynę wpływa 1,5-miesięczna zaległość? Dlaczego nie udało dogadać się z Marcinem Robakiem? Odpowiedź w wyczerpującej rozmowie, w której dowiecie się, jak będą wyglądały najbliższe lata Śląska Wrocław. Zapraszamy. 

***

Na start kilka szybkich pytań, proszę o jasną deklarację. Czy w Śląsku Wrocław w najbliższych latach karuzela prezesów będzie tak rozpędzona, jak ostatnio?

Nie. Choć oczywiście nie zależy to bezpośrednio ode mnie.

Czy trenerzy będą wyrzucani w takim tempie, jak w poprzednich latach? 

Nie, chyba że jednoznacznie na to zasłużą! Mówię to w dużym cudzysłowie, żartem. Wiadomo, że w tej branży nigdy nie można powiedzieć nigdy. Natomiast najlepszym dowodem na moje słowa są ostatnie tygodnie. Na żadnym etapie nie było nawet zastanawiania się, czy trener Lavicka jest odpowiednim trenerem dla tego klubu. Patrzymy długoterminowo. Pół roku to nie jest okres, po którym można rozliczać.

Czy dyrektor sportowy będzie zmieniał się po każdym nieudanym oknie, czyli przynajmniej raz na sezon? 

Nie.

Czy jak nie wypali jedna koncepcja, to klub nagle zmieni ją o 180 stopni? 

Nie, ponieważ koncepcja, jaką przyjęliśmy, nie jest koncepcją rewolucyjną. Moim zdaniem jest najbardziej racjonalną i bezpieczną, jaką można sobie wyobrazić przy budowaniu klubu sportowego. Nie stawiamy jednoznacznie albo na zawodników młodych, albo na starych. Nie stawiamy na to, by sukces przyszedł z roku na rok, ani nie rozkładamy akcentów na następne 10 lat, próbując zamazywać oczy tym, że teraz stawiamy wyłącznie na Dolnoślązaków, wrocławian czy kogokolwiek innego.

Czy w Śląsku będą grali piłkarze przepłaceni i wypaleni?

Odpowiedź wprost brzmi: nie. Ale to pytanie jest bardzo trudne. W sporcie, podobnie jak w polityce, ale i wędkarstwie i każdej innej dziedzinie życia, należy poczekać na konsekwencje swoich decyzji. Dopiero po czasie dowiadujemy się, czy przypłynęliśmy łódką w dobre miejsce i ryby biorą. Tak samo dopiero po podpisaniu kontraktu dowiadujemy się, czy doświadczony zawodnik jest już zgraną kartą i przyszedł tylko odcinać kupony. Nie ma w Ekstraklasie samobójcy, który powie: tak, chętnie wezmę zgraną kartę tylko po to, by płacić jej pieniądze.

Czy frekwencja będzie odpowiadała potencjałowi klubu, miasta i stadionu?

Tak.

Patrząc z perspektywy mojej pierwszej przygody ze Śląskiem Wrocław, bardzo owocnej w sukcesy sportowe, a później z roli obserwatora, wiem jedno na temat Wrocławia i wrocławian: to bardzo wymagający klient. Wierzę w teorię, że o wiele skuteczniejszą strategią przyciągnięcia kibica na stadion nie jest rozbudowana marketingowa akcja promująca widowisko i klub, co jest oczywiście potrzebne i niezbędne, ale w pierwszej kolejności sukces sportowy oparty wiarygodnością. Wiarygodnością naszego projektu. Moim zdaniem największym kłopotem tego typu projektów jest odniesienie sukcesu sportowego, kiedy na początku nie wszyscy byli o nim przekonani. Nie mówię, że trzeba mieć stuprocentową pewność, taką sytuację mogą mieć Legia, Lech, Jagiellonia czy Lechia. Ale wiarygodność, że mamy możliwość walki o medale.

Jeśli na początku jesteś wiarygodny, a potem potwierdzasz to sukcesami, nakręcasz hype. Ludzie chcą w tym uczestniczyć. Najprościej porównać nasze mecze do obecności ludzi w sali kinowej na jakimś filmie. Bardzo łatwo jest zaciągnąć ludzi do kin, jeżeli jest to film Oscarowy albo wytworzyła się wokół tego filmu jakaś historia. Historia wiarygodności, która potwierdza, że będzie to atrakcyjne widowisko. Jeżeli ludzie między sobą będą wierzyli w to, że pójście na widowisko przyniesie im satysfakcję, że uczestniczą w czymś fajnym, nowym, wiarygodnym, chętnie będą przychodzić. Pamiętam czasy walki o medale, gdy nie można było powiedzieć o Śląsku, że jest najpiękniej grającą drużyną. Osiąganie frekwencji na poziomie 15 tysięcy nie było żadnym kłopotem. Uważam, że wynikało to z tego, że ludzie mieli szansę uczestniczyć w czymś ważnym. Gdy idziesz do kina, chcesz mieć możliwość opowiedzenia, że byłeś na czymś, co pokaże, że jesteś trendy. Tak samo było, gdy Śląsk zdobywał medale, choć oczywiście nie deklaruję, że Śląsk będzie co sezon walczył o puchary.

Dziś jeśli gdzieś się chwalić chodzeniem na mecze Śląska, to co najwyżej w kółku masochistów. Jaki obraz Śląska istnieje w świadomości typowego kibica z Wrocławia, który pamięta mistrzostwo Polski, ale też te lata rozczarowań? Co nim kieruje, by przyjść na mecz?

Trudno odpowiedzieć mi jednoznacznie, jaką decyzję podejmują ludzie chcąc iść na mecze Śląska, poza oczywistym wnioskiem, że to już nie etap konsumpcyjny, a silne przywiązanie do marki. Każda marka ma takie osoby. Patrzę na markę twojego dyktafonu i widzę, że dziesięć lat temu była top of the top, a dziś trochę inne marki są trendy. Podobnie jest z kibicami, którzy regularnie przychodzą na mecze drużyny, która nie spełnia oczekiwań. Wiem też, że w sporcie – i to jest najpiękniejsze – jest sezonowość. W każdym z nas, kibiców, wraz z każdym sezonem rośnie wiara. Chyba z miłości do klubu zapominamy, jaki blamaż był w ostatnim czasie i rodzą się nowe nadzieje. Ważnym elementem oprócz budowania wiarygodności systemu, jaki przyjmujesz, są pierwsze mecze. One są w stanie potwierdzić, czy nowe nadzieje będą podsycane w ludziach i pozytywny marketing spowoduje, żę następni powiedzą: fajnie, idźmy, zobaczmy, bądźmy już częścią tego przedsięwzięcia.

Nie masz wrażenia, że w odniesieniu do Śląska walczącego o medale, brakuje nie tylko wyników, ale i wyrazistości? Wtedy co chwilę coś się działo. Był Mila, postać, której nie da się nie lubić. Mraz i Gikiewicz. Ćwielong i pogoda. Trener Lenczyk, charakterny, niejednoznaczny trener. Szatnia budziła wielkie emocje. Było w niej wiele postaci, które znamy od lat i lubimy. Ta szatnia przyciągała. 

Zgadzam się z tą tezą. Nie zapominajmy o fajnym story Waldka Soboty, chłopaka z regionu ściągniętego z niższej ligi. Sam pamiętam, jak przyjeżdżały całe grupy kibiców z Kluczborka, by go zobaczyć w Ekstraklasie. Miło się wspomina tamte czasy, naprawdę. Można mnożyć symbole tamtej drużyny.

2-3 lata temu podjęto podobną próbę, ściągając doświadczone nazwiska. Tu z jakiegoś powodu to nie zatrybiło. O wiele fajniej buduje się historię, gdy drużyna odnosi sukcesy, więc cała otoczka wokół drużyny i zainteresowanie nią będzie rosło wraz z poprawą wyniku sportowego. Śląsk Wrocław potrzebuje odbudowania wiarygodności nie tylko na arenie ogólnokrajowej, stania się graczem walczącym o ósemkę, ale też w regionie. Musi zerwać z obrazem niechcianego dziecka, który się niestety stworzył. Wszyscy byliśmy dumni – bez względu na to, jakie mieliśmy podejście do finansowania gminy klubu sportowego – gdy drużyna odnosiła sukcesy. Punkt widzenia się zmienia, gdy sukcesów nie ma. Bardzo chciałbym działaniami Śląska Wrocław w przedsięwzięciach w z zakresu odpowiedzialności społecznej pokazać, że to nie tylko grupa piłkarzy biegających po boisku, lecz większe przedsięwzięcie, które ma zajmować się szerzeniem kultury fizycznej wśród dzieciaków i młodzieży, całego społeczeństwa. Patrząc globalnie, jesteśmy niezbędnym elementem obecnej cywilizacji. Piłka nożna jest dla mnie odpowiednikiem czasów starożytnych i walk gladiatorów. Atrakcje polegające na chlebie i igrzyskach. Żyjemy w innych czasach i chleba mamy dużo…

…a i gladiatorzy się trochę zmienili.

Porównuję tylko imprezę. Spojrzenie na Śląsk Wrocław i zawodników zmieniłoby się, gdyby wynik był inny. Wiemy, jakie to jest kruche i niesprawiedliwe. Wynik sportowy ma wiele składowych.

Zależy nam na funkcjonowaniu w systemie zaproponowanym przez Darka Sztylkę i trenera Lavickę, ale w sposób jak najbardziej racjonalny, gdzie samo nazwisko i doświadczenie gracza to jeden z ważnych elementów, ale nie najistotniejszy. Najważniejszy jest sam system. Jeśli mamy system, w jakim ma funkcjonować drużyna, najważniejsze przy budowie kadry jest, uważam, dopasowanie zawodników do tego systemu. A nie systemu do zawodników.

W ostatnich latach ruchy Śląska wyglądały jak w Football Managerze: tego znam to wezmę, ten kiedyś grał dobrze, to u nas też będzie. 

Największym kłopotem przy podejmowaniu decyzji w sporcie jest to, że trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. Wszyscy wiążemy ogromne nadzieje oglądając jakiegoś zawodnika i uważamy, że u nas na pewno wypali. To zawsze kłopot i staramy się unikać takich decyzji. Nie twierdzę, że wszystkie decyzje są banalnie proste, bo by były bananie proste trzeba mieć wielki budżet. Takiego komfortu nie mamy, więc sporo ryzykujemy. Jeśli widzimy, że dokładamy cegiełkę do systemu gry drużyny, ryzyko rozkłada się na drużynę, nawet jeśli pojedynczy strzał nie wyjdzie. Jeśli będziemy wychodzić z założenia, że jeden strzał ma coś zmienić w obrazie całej drużyny, stawiamy wszystko na jedną kartę. Jeśli radykalnie nie ogranicza nas budżet – jak w Football Managerze – można to osiągnąć. Choć przykład Śląska pokazał, że grupa dobrych nazwisk nie gwarantuje efektu.

Gdybym był zawodnikiem zbliżającym się do końca kariery, chciałbym grać w Śląsku. Pensja dobra, fajne miasto, stadion, ambicji szczególnych klub wydaje się nie mieć, jeśli coś się stanie poleci w pierwszej kolejności prezes albo trener. Nie masz wrażenia, że Śląsk stał się dla piłkarza wygodnym klubem?

To nie jest takie proste, choć w rzeczywistości każdego klubu sportowego zawsze łatwiej zmienić trenera niż zawodników. Nie mam przekonania, że zmiany na poziomie zarządu były na jakimkolwiek etapie powiązane z wynikami drużyny, bardziej z kwestiami właścicielskimi. Na pewno Wrocław i jego stadion jest atrakcyjnym miejscem dla piłkarzy.

Ale czy nie czujesz, że było tu zbyt wygodnie? 

Próbujemy oceniać coś, co się już wydarzyło. Można byłoby oczywiście postawić taką tezę. Śląsk Wrocław dwa lata temu podjął decyzję, że robi zaciąg doświadczonych zawodników, bo liczy na szybki sukces. Gdyby ten sukces nadszedł, nie stawialibyśmy tezy, że zawodnikom było tu strasznie wygodnie i niewiele robili.

Może właśnie dlatego się nie udało, że było za wygodnie? 

Pytanie, na czym może polegać dyskomfort i komfort.

Jeśli zawodnik trafia do grupy spadkowej i ma obiecaną premię za utrzymanie, jest to pewien komfort. 

I tutaj zgodzę się, że to można potraktować jako błąd taktyczny. Choć gdybyśmy postawili tu osobę, która zadecydowała o tych premiach, to jestem przekonany, że znalazłaby szereg argumentów na to, że ratowanie wielomilionowego budżetu kosztem kilkuset tysięcy złotych było najlepszą strategiczną decyzją. Czy to było w stanie zepsuć zawodników tak, że przestało im zależeć? Trudno mi w to uwierzyć. Nie znam bardziej brutalnie weryfikującej branży niż sport. Przez pryzmat krótkoterminowego kontraktu ktoś może pomyśleć, że jest fajnie i przyjemnie, ale po tym kontrakcie też trzeba coś robić. Po trzech latach robienia czegoś na pół gwizdka nie otworzą się wrota z jeszcze lepszymi klubami za jeszcze lepsze pieniądze.

Uważam, że dyskomfort, jaki my mamy jako kibice, czyli brak sukcesu sportowego, mają też zawodnicy. Nie bez powodu moglibyśmy mnożyć nazwiska zawodników z sezonów 11-13, którzy podpisywali o wiele bardziej lukratywne kontrakty w lepszych miejscach do rozwoju, niż ostatnio piłkarze Śląska. Ten miecz jest obusieczny. Oczywiście, presja sztabu szkoleniowego, zarządu, powinna mieć miejsce i ma miejsce, tak samo jak presja kibiców, opinii publicznej. To niezbędne elementy w pracy zawodowego sportowca. Myślę, że każdy z nas próbując stawiać tezę o wygodzie i komforcie, mówi o tym bardziej jako kibic i patrzy na to emocjonalnie, rzeczywistość tego nie weryfikuje. Zazdroszczę zawodnikom tej przygody, 15-20 lat życia, gdy zajmują się czymś, co było ich pasją od najmłodszych lat. Wiele osób marnuje zdrowie ganiając za piłką amatorsko, a oni jeszcze mają za to płacone. Ale z drugiej strony nie zazdroszczę im presji i odpowiedzialności. Nikt z nas nie lubi przegrywać. Nawet, jeśli to jest ich zawód, to po pierwsze w krótkim terminie ta teza jest słuszna, a jednak długoterminowo – a piłkarze patrzą długoterminowo – to ślepy zaułek. Nie do końca wierzę w tę teorię, że w Śląsku było tak wygodnie.

Kilka elementów nie dawało stabilności przedsięwzięciu i tu bym doszukiwał się braku realizacji założeń.

Dlaczego nie podążyłeś za trendem i nie wyrzuciłeś w końcówce sezonu trenera Lavicki, nie zatrudniłeś strażaka? 

Decyzję o tym, że trener Lavicka będzie pracował do końca, Śląsk Wrocław podejmował zimą, kiedy go zatrudniał. Fajnie jest, kiedy w chwili podejmowania decyzji o zatrudnieniu trenera czy piłkarza przewidzi się każdy wariant poza ekstremalnymi, typu kontuzja ważnego zawodnika. Trener Lavicka przedstawiając swoją filozofię pracy oczywiście nie twierdził, że do przedostatniej kolejki będzie walczył o utrzymanie, ale pokazał nam ideę małych kroczków. Śląsk stał przed decyzją: zatrudnić trenera bardzo wyrazistego o bardzo mocnym charakterze, który zrobi akcja-reakcja w szatni z pojedynczymi zawodnikami, ale bez przeświadczenia, że zmieni się system, albo zatrudnimy bardziej stabilnego emocjonalnie szkoleniowca, który postawi na pracę u podstaw i budowanie systemu. Wiedzieliśmy, że to oznacza, że nie musi być tak różowo i w dwóch-trzech meczach drużyna się nie zerwie do przodu, nie będzie wyrywać przeciwnikom serc z gardła. Uważamy, że takie impulsy jesteśmy w stanie robić wewnętrznie, nawet sztucznie, a ważniejszy jest jakiś system. Udało się to zrealizować. Istniało ryzyko, że to nie będzie takie gładkie, ale jest pytanie, co zdarzyło się w kwietniu, gdy zdobyliśmy tylko jeden punkt. Najprostszą odpowiedzią jest, niestety, presja, jaka się wytworzyła. Byliśmy drużyną, która się wygrzebała, wyglądało, że jest już przyzwoicie.

W pewnym momencie wydawało się, że Śląsk jest bezpieczny i nie walczy już o nic. 

I nagle jedno, drugie potknięcie spowodowało, że znowu wkradła się nerwowość i pojawiło się zagrożenie spadku. Zaczęliśmy dramatycznie kierować się w dół. Wkradła się nerwowość. Fakt bardzo doświadczonego składu pomógł nam w tym, byśmy na tych falach burzowych jednak przetrwali.

Rozpoczynając rozgrywki od dolnej ósemki wiedzieliśmy, że cięższe mecze będziemy mieli w pierwszej części gry o utrzymanie niż w końcówce. Nasza dyskusja mogłaby wyglądać inaczej, gdyby kolejność meczów była inna i okazałoby się, że dużo wcześniej zapewniliśmy sobie utrzymanie. Jeśli zapomnimy o tym, co zdarzyło się w ostatnich kolejkach, dwunaste miejsce nie jest dramatyczne w kontekście walki o utrzymanie. Ale zaznaczam kontekst, bo samo w sobie jest dramatyczne, mentalnie Śląsk Wrocław powinien grać w pierwszej ósemce, po prostu, kropka. Ale samo miejsce nie wydaje się niebezpieczne. Natomiast styl był bardzo nerwowy i tego Śląsk Wrocław dla swojej wiarygodności nie potrzebuje.

Trener Lavicka to chyba wdzięczny do współpracy trener, bo dostosowuje się do rzeczywistości, którą zastanie. Odchodzi Robak i Piech, trener zapytany przez Przegląd Sportowy o nowych napastników mówi, że przecież w kadrze jest Daniel Szczepan, więc wystarczy tylko jedno wzmocnienie. A Szczepan to piłkarz z rocznika 1995, który przez cały sezon rozegrał 86 minut, ja bym na nim nie opierał oczekiwań. Sprawia wrażenie trenera, który nie ma zbyt dużych wymagań. 

Użycie określenia, że nie ma dużych wymagań, jest bardzo odważne. Każdy ma. Nie chciałbym, żebyśmy mylili pojęcia dyplomacji i umiejętności komunikowania czegoś na zewnątrz.

W rzeczywistości przychodzi do gabinetu i pyta: gdzie są transfery?! 

Tak oczywiście nie ma. Mnie zawsze bawi zdanie, które słyszę od trenerów, którzy dla potrzeb dyskusji czy obrony mówią, że “biorą na siebie pełną odpowiedzialność za wynik”. Co to znaczy? Właściciel i zarząd wydają miliony złotych po to, by na końcu jeden gość powiedział “przepraszam”? W biznesie tak to nie działa. Po to jest cały system, funkcja dyrektora, akademia, trenerzy od przygotowania fizycznego i wiele innych osób, też po anonimowej stronie administracyjnej, że postać pierwszego trenera ma być jej częścią, a nie wolnym elektronem. Oczywiście, że na swojej drodze przeżyłem wszystkie przypadki – i wolnych elektronów, i ludzi pracujących w systemie. Każdy z nich ma swoje wady i zalety.

W pracy trenera Lavicki bardzo cenię lojalność i dyplomację. Jeśli mamy jakiś problem, to jak w starym powiedzeniu: brudy się pierze u siebie w łazience, a nie na balkonie. Na tym powinno polegać funkcjonowanie osób w klubie sportowym. Dlatego dla mnie często zaskakujące jest to, że tak wiele informacji wychodzi na zewnątrz. Choć to, że o czymś nie słyszymy, nie musi oznaczyć, że nie ma miejsca. Wracając do lat 11-13 – wtedy wiele wychodziło na zewnątrz. Można zadać pytanie: dziś zawodnicy są mniej wyraziści, czy może szatnia jest bardziej szczelna? Z punktu widzenia prezesa zarządu praca z trenerem o takim charakterze i sposobie funkcjonowania jak trener Lavicka, jest o wiele bardziej przewidywalna, co w konsekwencji przy długoterminowej strategii jest lepsze i skuteczniejsze. Pytanie, na czym Śląskowi Wrocław powinno zależeć. Na tym, że z roku na rok utrzymuje się na jakimś poziomie, czy na pojedynczym strzale? Super jest w jednym sezonie zdobyć mistrzostwo i zagrać w pucharach, ale już nie tak fajnie przez kolejne trzy sezony być w otchłani. To nie pomaga w biznesie, pomaga tylko w wypromowaniu pojedynczego zawodnika, bo ktoś na fali sukcesu uznaje go za głównego architekta i zaraz wyciąga za większe pieniądze. Mi zależy na wiarygodności klubu. By ten klub budował się przez lata i wokół tego klubu budowały się następne twarze, o których będziemy mogli powiedzieć, że są zastępcami Mili, Soboty, Kaźmierczaka czy Kelemena.

Oczywiście Śląsk ma podstawowy ciągnący się kłopot: przez lata nie mieliśmy systemu szkolenia dzieciaków i młodzieży. Po transformacji, gdy Śląsk przestał być wojskowym klubem, wszyscy nastawieni byli na pierwszą drużynę. Zabrakło mecenasa jak KGHM w Zagłębiu, który w pewnym momencie powiedział: “hola, hola, pierwsza drużyna jest bardzo ważna, ale zacznijmy też pracować z młodzieżą”. To jest odpowiedzialność społeczna, która w konsekwencji buduje wiarygodność klubu, identyfikację z regionem. Dla nikogo nie jest miłe, gdy dziesiątki najemników przewijają się przez klub. W ten sposób nie zbudujesz wierności wśród kibiców. A oni muszą się z kimś identyfikować.

WARSZAWA 17.05.2019 SPOTKANIE WLADZ LIGOWEJ SPOLKI Z PREMIEREM, PRZEDSTAWICIELAMI RZADU, PREZESAMI KLUBOW ORAZ PARTNERAMI EKSTRAKLASY --- MEETING PRIME MINISTER WITH PEOPLE OF POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE IN WARSAW PIOTR WASNIEWSKI MATEUSZ DROZDZ FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Gdy patrzysz na Zagłębie i jego rozwój pod kątem młodzieży, myślisz sobie, że jak już ruszycie grubiej z akademią i powstanie baza, oni będą tak daleko, że Śląsk już nigdy nie da rady odzyskać rynku w swoim regionie? 

Nie, bo to jest proces. Idąc tym tropem można byłoby odnieść wrażenie, że kluby, które były potęgami 15 lat temu, powinny być nimi też dziś. A to się jednak zmienia. Podobnie jest ze szkoleniem, oznaczałoby to, że szkoła holenderska powinna zawładnąć całą Europą, bo na pewnym etapie była dalej niż reszta. Na końcu mówimy o brutalnym biznesie, gdzie mają znaczenie pieniądze. Choćbyśmy zbudowali system zabezpieczający naszych wychowanków, to jak ktoś przyjdzie i położy poważne sumy, i tak chłopca z naszego systemu wyciągnie.

A propos, na ile prawdopodobny jest powrót do Śląska Krzysztofa Paluszka? 

Moim zdaniem wielce prawdopodobny. To znaczy – ja bardzo bym tego chciał. Sytuacja życiowa sprawia, że jest potrzeba, by był bliżej domu. Może otwierać to jednocześnie możliwość zrobienia czegoś razem. W moim mniemaniu Krzysiek Paluszek jest jednym z większych fachowców w piłce, nie tylko w ocenie pojedynczych zawodników, ale i umiejętności promowania ich, przeprowadzania całej drogi od młodego chłopca do profesjonalnego piłkarza. Jeśli mielibyśmy pracować, chciałbym, by to była praca w tej przestrzeni, a nie próba zastępstwa Darka Sztylki albo Tadeusza Pawłowskiego. Mógłby być osobą, która skoordynuje pierwszy zespół i akademię, bo tu mamy w moim mniemaniu spore rezerwy. Często słyszymy “gdzie są wychowankowie akademii?”, ale to wymaga pracy u podstaw. Gdy jesteśmy kibicami, wydaje nam się, że trener powinien łączyć te obszary, ale on nie jest tą osobą. Interesem Darka Sztylki jest pierwsza drużyna, Tadeusza Pawłowskiego akademia, potrzebujemy kogoś, kto będzie kładł odpowiednie akcenty pomiędzy tymi przestrzeniami. Widzę dla niego taką rolę.

Na ile procent oceniasz szanse?

Ciężkie pytanie, musielibyśmy postawić tu Krzyśka. Uważam, że są spore.

Jesteś zadowolony z tego jak Śląsk zareagował na sytuację z Tarasovsem, któremu ściągnięto koszulkę, potem zabroniono występów, a w międzyczasie obrażano Marcina Robaka i pisano absurdalne posty na Facebooku, w których kibice uważali się za pracodawców piłkarzy? Klub się od tego nie odciął, a Tarasovs dziwnym trafem akurat wtedy złapał kontuzję i nie było go w kadrze do końca sezonu. 

Trudno jest mi nawet polemizować, czy to jest przypadek. Musielibyśmy do wniosku, że specjalnie Tarasovsa kontuzjowaliśmy, a to byłoby budowanie bardzo skomplikowanych teorii spiskowych. Igors miał uraz mięśniowy, z biegiem czasu wchodził dopiero w treningi indywidualne. Całe piękno sportu opiera się na emocjach. Jestem przekonany, że nikogo z nas nie porwałoby widowisko sportowe z udziałem Liverpoolu i Manchesteru City, gdybyśmy byli jedynymi widzami tego widowiska.

Mi by się podobało.

Ale niewielu takich jest, może jeśli ktoś ma fioła na punkcie sportu, nawet trening by mu wystarczył. Ale w rzeczywistości to widowisko związane jest z emocjami, także z frustracją. W erze mediów społecznościowych frustracja może być wyładowywana na maksa. Inne media mogą to sczytać i interpretować we własny sposób. Nie mam zamiaru odnosić się do wpisów pojedynczych osób, które kreują taki przekaz, że mają na coś wpływ – jak choćby wybór składu na dany mecz – gdy w rzeczywistości żadnego wpływu nie mają. Negowanie tego typu rzeczy nie ma dla mnie większego sensu. Rozumiem te negatywne emocje. Wiem o tym, że tym osobom nie chodzi tylko o to, by wyładować frustrację, ale też by w jakiś sposób przekazać drużynie impuls. Nigdy nie jest miło, gdy ktoś ci suszy głowę. Jak Ferguson Beckhamowi suszył głowę i go trafił korkiem, też nie było miło. Emocje są elementem tego sportu i na tym też polega jego piękno.

Na miejscu Tarasovsa oddałbyś tę koszulkę?

Uważam, że komunikat, jaki został zbudowany, dalece odbiegał od rzeczywistości. Nie wiem czy został o nią poproszony, czy powiedziano że ma ją oddać i nie zakładać. Najistotniejsze jest, że kwestia oddania koszulki i słów, które padły z trybun, nie mają żadnego wpływu na decyzję trenera. Nie ma trenera, który postawiłby na szali brak utrzymania, nie wystawiając w danym momencie do gry najlepszego zawodnika na konkretnej pozycji. Po prostu nie znam takich argumentów, zwłaszcza gdybym miał je sprowadzić do poziomu argumentów sfrustrowanych wynikami kibiców, którzy mieliby coś wykrzykiwać.

Dlaczego nie udało się dogadać z Marcinem Robakiem? 

Marcin Robak jest niekwestionowanym strzelcem największej liczby bramek przez polskich napastników i najlepszym strzelcem Śląska. Ale jest wiele elementów, które o tym zadecydowały. Nie chodzi mi tylko o jego wiek i pieniądze, ale o rolę tego typu zawodnika w drużynie, jak bardzo on determinuje swoimi cechami obraz gry całego zespołu. Nam zależy na tym, by nie doprowadzać do sytuacji, gdy drużyna wychodzi na boisko i wszyscy wiedzą, jak Śląsk będzie grał. Patrząc na same liczby, Marcin Robak stanowił bezsprzecznie główne zagrożenie w ataku. Wolałbym, żeby akcentów ofensywnych było więcej gdzie indziej. To nie zarzut do Marcina, ale jestem w stanie powiedzieć, że jego nieobecność na boisku otwiera też inne opcje.

Brzmi, jakby zaszkodził sobie tym, że strzela bramki. 

Chodzi o to, że każdy zawodnik ma swoją charakterystykę. Nie chcę rozliczać roli Marcina w drużynie, bo ona jest jasna. Nie chcę się skupiać na indywidualnych osiągnięciach pojedynczych zawodników. To nie klucz. Kluczem jest wynik całej drużyny. Indywidualne osiągnięcia zawsze pozwalają pojedynczym zawodnikom rozpocząć negocjacje z innymi klubami i to w zasadzie tyle. A na mojej checkliście są osiągnięcia drużyny. Zadałem Darkowi Sztylce i trenerowi Lavice, już w oderwaniu od Marcina, proste pytanie: dlaczego skoro było tak dobrze, było tak źle? Dlaczego mamy tak ciekawą listę zawodników, którzy indywidualnie na przestrzeni ostatnich lat osiągali dobre wyniki, a drużyna ich nie osiągała? W moim mniemaniu potrzebne są zmiany. Jeśli na początku negocjacji mamy dużo rozbieżności, niezależnie od tego, czy dotyczyłyby one długości kontraktu, czy też jego wysokości – to trudno dojść do porozumienia. Obie strony miały tak wiele wątpliwości, że ciężko było to spiąć klamrą.

Czyli Śląsk był zainteresowany Robakiem czy nie? 

Oczywiście i nawet złożył mu ofertę zaraz po zakończeniu sezonu.

Czyli chciał zbyt długiego kontraktu ze zbyt wysoką stawką?

Nie, nie chciałbym sprowadzać tego do tego poziomu. Dzisiaj byłoby bardzo łatwo powiedzieć, że był za drogi, ale to byłoby niesprawiedliwe. To nie jest jedyny element. Uważam, że to po prostu moment, w którym drogi Marcina i Śląska musiały się rozejść, bo nie byliśmy w stanie mieć wspólnej koncepcji na następny rok czy dwa. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym powiedział tylko o pieniądzach czy PESEL-u. Wiem, że to byłoby bardzo chwytliwym komunikatem medialnym dla kibica.

Klub dobry, bo chciał, a zawodnik zły, bo nie chciał. 

Nie chcę czegoś takiego. Mamy dużo długu wdzięczności wobec samego Marcina, kapitana, żebyśmy mieli się wybiegać jego kosztem. To nie w moim stylu.

2019.05.11 WROCLAW LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/2019, 35 KOLEJKA GRUPA B, Slask Wroclaw - Wisla Plock, nz PIOTR WASNIEWSKI prezes Slaska, fot. KRYSTYNA PACZKOWSKA/ NEWSPIX.PL 2019.05.11. WROCLAW ,SPORT FOOTBALL LOTTO EKSTRAKLASA POLISH LEAGUE SEASON 2018/2019 SLASK WROCLAW - WISLA PLOCK FOT KRYSTYNA PACZKOWSKA /NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Czy 1,5-miesięczna zaległość w momencie walki o utrzymanie to coś, co burzy motywację zawodnika?

Dużo większą frustracją jest to, jeśli zawodnik wie, że w każdym meczu musi walczyć o utrzymanie i martwić się bardziej o to niż zaległość, mimo że oczywiście jest to dyskomfort. Trudno jest mi sobie wyobrazić, by któryś z zawodników mógł długoterminowo martwić się o skuteczność odzyskania zakontraktowanych środków, jeśli głównym właścicielem klubu jest miasto Wrocław. O wiele chętniej przychodzi się jednak do pracy, gdy uczestniczymy w fajnym, wspólnym przedsięwzięciu. Pamiętam czasy, gdy walczyliśmy o mistrzostwo Polski i zaległość była znacznie większa. Poza bieżącym dyskomfortem, nikt nie miał z tym problemów. Uprawianie piłki nożnej dla tych chłopaków jest sposobem na życie, ale przede wszystkim pasją. To nie tak, że bagatelizuję kwestie finansowe, ale ten kij ma dwa końce. Można mówić “jest gorzej, bo nie płacą”, ale może ostatnio nie zawsze płacili w terminie, bo frekwencja była na takim a nie innym poziomie i niemal każdy mecz przynosił stratę.

Jak przekonać piłkarza do obniżki pensji w sytuacji, gdy ma ważny kontrakt? Jakich argumentów używasz w walce z kominami płacowymi, którą zapowiedziałeś? 

Takich, które są dla niego atrakcyjne. Przykładów nie chcę mnożyć, bo to jak pranie brudów na balkonie. Szukam rozwiązań, które są najbardziej komfortowe dla obu stron. Nie zamierzam się obrażać na to, że ktoś ma wynegocjowane pieniądze, bo nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Uważam tylko, że przez sam fakt istnienia kominów, gdy wyniki rozczarowują, może się pojawić dyskomfort w relacjach zawodników. Być może zaczną podawać w wątpliwość to, że zawodnik X zarabia więcej pieniędzy, a jego wkład jest inny niż finanse, jakie otrzymuje. Nigdy nie ukrywałem, że Marian Kelemen, Przemek Kaźmierczak czy Sebastian Mila byli najlepiej zarabiającymi piłkarzami Śląska, ale też nigdy nikomu nie przyszło do głowy, by mieli grać za mniejsze pieniądze. Byli najbardziej wyrazistymi akcentami sportowymi w tej drużynie. Jeśli mamy zachowane takie proporcje, nie ma kłopotu z kominami. To nie jest tak, że chcę wprowadzić komunizm i wszyscy mają zarabiać tyle samo. Chcę, by proporcja wkładu w grę i zarabiania była równa. To może zaburzać pewne kwestie i mam z tym pewien problem.

Nie zamierzam jednak tworzyć Klubów Kokosa, wywierać niezdrowej presji. Propozycje, jakie składałem, są, uważam, do rozważenia na poważnie. Mogą doprowadzić do sytuacji, gdy ktoś stwierdzi: – Tak, to dla mnie lepsze rozwiązanie.

Co można dostać w zamian w Śląsku za obniżkę pensji? 

Coś innego. Nie chcę negocjować za pośrednictwem mediów, ale w każdym przypadku są argumenty, które pozwalają powiedzieć drugiej stronie, że warto to rozważyć.

W rozmowie na Weszło po ponownym objęciu posady w Śląsku mówiłeś, że zależy ci na tym, by relacje wewnątrz klubu wyglądały inaczej, by to była rodzina. Nie byłeś w stanie zweryfikować, po co pracownicy wykonują swoją pracę. Jak to wygląda po pół roku? Relacje międzyludzkie mogą być w ogóle zainspirowane? Nie wynikają z oddolnych rzeczy jak to, czy ktoś po prostu ma z kimś chemię albo kocha klub?

Użyłeś na samym końcu dla mnie kontrowersyjnego stwierdzenia, że ktoś kocha klub. To bardzo ważna cecha dla kibica, ale czy najlepsza dla pracownika? Nie. W pracy ma być obowiązkowość. Musimy się rozliczać ze swojej pracy. O to, czy relacje między nami są lepsze czy gorsze, musiałbyś zapytać naszych pracowników, więc jak już zrobisz tę listę, chciałbym kopię! A poważnie mówiąc należę do osób, które starają się skracać dystans. Dla nikogo nie chcę być panem prezesem, a Piotrkiem. Zajmujemy się tak fajną dziedziną życia, niepowtarzalną, wyjątkową, żeby to zrozumieć trzeba to stracić. Ciężko jest znaleźć tak fajne, a jednocześnie frustrujące miejsce pracy. Możesz się natyrać i nic z tego nie będzie, możesz minimalnymi nakładami osiągnąć sukces. Chcę, by ludzie żyli tą pracą, by czuli, że to fajna przygoda. Nie przychodzili jak biura, do którego się przychodzi i wychodzi, ale z drugiej strony to nie może być podejście “mój ukochany klub”. W czasie pracy jest praca. Jak ktoś mi zaczyna mówić, że to jest jego ukochany klub, zapala mi się czerwona lampka, że trzeba to sprawdzić. Nie mówię, że od razu nie chcę takiego człowieka, ale przy wykonywaniu pracy muszą towarzyszyć inne emocje.

Uważam, że bardzo ważne jest delegowanie obowiązków. Jeśli deleguję jakąś przestrzeń, którą pracownik ma się zajmować, wzrasta jego odpowiedzialność. Na tym buduję filozofię relacji z pracownikami i do tej pory nie narzekam. Mam swój wyznacznik relacji z ludźmi – podejrzewam, że jest bardzo mała liczba osób, które nie chciałyby się ze mną przywitać spotykając się przypadkowo na ulicy, co oznacza, że gdy się rozstawaliśmy nie było sytuacji, w której można było uznać, że na pewnym etapie ktoś był nie fair. Jeśli rozstajemy się to w sposób, w którym jesteśmy w stanie wytłumaczyć, dlaczego to się dzieje, druga strona nie będzie miała do mnie obiektywnych pretensji.

Kiedy praca najbardziej cię frustruje? 

Kiedy są piętrzące się problemy. Sport jest taką dziedziną, zwłaszcza po stronie administracyjnej, w której czasami nakład czasu pracy nie przekłada się na sukces. Są dziedziny życia lub stanowiska, na których wykonując rzetelnie pracę zawsze osiągniesz efekt. Tutaj tego nie ma.

W szatni z Mrazem czy Gikiewiczem? 

Z Gikiewiczem.

A który z ancymonów z tamtej szatni najbardziej zalazł za skórę?

Kapitan, bo ich bronił (śmiech). To najbardziej wdzięczna i niewdzięczna funkcja, bo często mieliśmy trudne spotkania, ale ja bardzo ceniłem, jak Sebastian wypełniał swoją rolę lidera szatni. Często mówiliśmy sobie w szczerych rozmowach o tym, że ja wiem, że nie wiem wszystkiego o nich, a oni nie wiedzą wszystkiego o mnie. Najistotniejsze jest to, by na końcu być człowiekiem. Możemy się bawić w gry, ale nie oszukujmy się i bądźmy ze sobą szczerzy, jeśli coś może zaszkodzić naszym relacjom i funkcjonowaniu projektu.

Jest drużyna, która walczy o utrzymanie do samego końca. Wszyscy myślą, że poleci trener, ale ten jednak zostaje i rzutem na taśmę ratuje sezon. Latem klub nie robi zbyt wielu zmian personalnych i nagle odpala, super zaczyna, a na koniec wykręca historyczny wynik. Widzisz pewną analogię? 

Mówisz o przykładzie Lechii Gdańsk i Piasta Gliwice? Ale też poniekąd Śląska Wrocław z 2011 roku, gdy srebrny medal był niemałą sensacją. Życzę Piastowi Gliwice, by udało się ten wynik utrzymać. To jest to, o czym rozmawialiśmy wcześniej – bardzo fajnie osiągnąć historyczny sukces, ale żeby się to nie okazało coś jednorazowego, za coś Piast może zapłacić grą w dolnej tabeli. To z punktu widzenia Piasta nie byłoby nic dobrego.

Lepiej być w dolnej tabeli z mistrzostwem w gablocie. 

Pytanie, co robimy: chcemy odnieść pojedynczy strzał czy chcemy być wiarygodnym projektem? Pamiętajmy o tym, że wokół tego przedsięwzięcia kręcą się jeszcze pieniądze. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy sponsorem, który chce zainwestować w klub. Pójdziemy do Lecha, który zdobył ósme miejsce czy Piasta, który był mistrzem? Do klubu, który przez lata zbudował sobie markę faworyta czy zespołu, który ma wyjątkowy sezon?

Myślę, że do Lecha. 

Nie mówię tego złośliwie, ale tak jest to zbudowane. Nie mówię, że nie chcę, by Śląsk Wrocław był w przyszłym sezonie mistrzem Polski, bo bardzo bym chciał. Ale nie chcę by to był – nie chcę być niesprawiedliwy – traf, lecz kontynuacja. Tak jak udało się z trenerem Lenczykiem i Krzyśkiem Paluszkiem zbudować coś, co po zdobyciu srebrnego medalu przez następne trzy lata stało się, w dużym cudzysłowie, potęgą liczącą się w Ekstraklasie, czwartą siłą. Chciałbym, by o medaliście po trzech latach nadal mówiło się, że jest czołową siłą ligi. To właśnie budowanie wiarygodności do projektu. Ale oczywiście jeśli ta analogia mogłaby się powtórzyć – ależ proszę bardzo.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK 

Fot. Newspix.pl / FotoPyK

KOMENTARZE (11)