Przyświeca nam myśl: „reprezentant Polski do 2025 roku”
Weszło Extra

Przyświeca nam myśl: „reprezentant Polski do 2025 roku”

Czwarte miejsce w IV lidze, z ledwie dziewięcioma punktami straty do lidera i prawie setką goli w dorobku  – efektownie grający Stolem Gniewino ma za sobą naprawdę udany sezon ligowy, okraszony też półfinałem regionalnego Pucharu Polski. Choć drużyna wywodzi się z miejscowości słynnej w całym kraju ze swojej piłkarskiej bazy i znakomitych obiektów sportowych, w gruncie rzeczy pozostaje przez to trochę w cieniu słynnego hotelu, który przed siedmioma laty gościł w swoich progach reprezentację Hiszpanii z okazji polsko-ukraińskich mistrzostw Europy. Postanowiliśmy zatem Stolem z tego cienia wydobyć w ramach cyklu #PowiatBet, który tworzymy wraz z ETOTO.

Cofnijmy się jednak najpierw do 2012 roku. Bo właśnie wtedy Gniewino zaistniało w świadomości sympatyków futbolu z całej Polski. I to z przytupem, właściwie na stałe.

„Hiszpania będzie zakwaterowana w hotelu Mistral Sport, położonym w Gniewinie. Zamieszkała przez niewiele ponad dwa tysiące osób miejscowość leży na północy Polski. Wybrane miejsce spełnia podstawowe wymagania sztabu szkoleniowego: baza połączona jest z boiskiem treningowym. W ten sposób uniknie się codziennych, męczących podróży autokarem na trening i z powrotem. Piłkarze będą mogli dotrzeć na zajęcia pieszo z hotelu. Drużyna będzie miała do dyspozycji cztery boiska, basen, bieżnię, centrum rehabilitacyjne, a także spa, siłownię, korty tenisowe, salę kinową, i nawet kręgielnię. Pomysł jest taki, żeby zostać tam aż do zakończenia turnieju, mimo że Hiszpania będzie musiała grać później na Ukrainie.

Gniewino jest oddalone zaledwie 70 kilometrów od Gdańska, dlatego też trzy pierwsze wyprawy na stadion będą bardzo wygodne. Drużyna będzie tam jeździć autokarem, czas podróży to niewiele ponad godzina” – skrzętnie odnotował Miguel Angel Diaz w swojej książce „Sekrety La Roja”, opisując złote lata hiszpańskiego futbolu, zwieńczone wszak złotym medalem mistrzostw Europy w 2012 roku. Działacze hiszpańskiej federacji, podobnie jak sami zawodnicy, podkreślali, że postawienie wówczas na Gniewino okazało się strzałem w dziesiątkę.

PAMIĘTACIE, ŻE W ETOTO MOŻNA TYPOWAĆ MECZE IV LIGI? MAMY NADZIEJĘ!
CZWARTOLIGOWCY JUŻ WYPOCZYWAJĄ, ZATEM WARTO ZERKNĄĆ NA INNE RARYTASY Z OFERTY NASZEGO PARTNERA,
NA PRZYKŁAD POSTAWIĆ NA AWANS LECHII GDAŃSK DO FAZY GRUPOWEJ LIGI EUROPY! KURS: 15.00

Mieszkańców ogarnęła prawdziwa futbolowa gorączka z okazji przyjazdu największych gwiazd europejskiej piłki.

Ksiądz Marian Miotk na łamach „Dziennika Bałtyckiego” zapewniał, że jest w stanie w każdej chwili odprawić mszę świętą po hiszpańsku, jeśli zajdzie taka potrzeba. Pani Barbara z restauracji Malwa upichciła kibicom z Półwyspu Iberyjskiego żurek i kotlety schabowe („bo nie wiadomo, co ci Hiszpanie tam u siebie jedzą”), a w okolicznym Strzebielinku ravioli z dziczyzną wsunęła zakamuflowana Shakira, rozpoznana przez bystre oko jednego z kelnerów z przydrożnej knajpki. Przesunięto nawet procesję z okazji Bożego Ciała na godziny popołudniowe, bo rano Hiszpanie zorganizowali trening otwarty dla mediów i kibiców. Proboszcz kręcił nosem, lecz koniec końców pobłogosławił nie tylko polskim, ale i hiszpańskim zawodnikom.

Gdy wójt gminy Gniewino, Zbigniew Walczak, zgłaszał swoją miejscowość jako jeden z ośrodków pobytowych dla uczestników Euro 2012, hotel który ostatecznie ugościł Hiszpanów jeszcze w ogóle nie istniał, był tylko szkicem leżącym na biurku w pracowni architekta. To właściwie pasuje do tego akurat samorządowca, którego wszyscy wokół przedstawiają jako niepoprawnego, przebojowego wizjonera. – Wójt to prawdziwy manager. Ciągle w rozjazdach, cały czas coś załatwia, gdzieś krąży. Ma mnóstwo pomysłów – przedstawiają go współpracownicy.

Tygodnik „Polityka” w 2012 roku opublikował zresztą kapitalny reportaż na temat Gniewina i samego gospodarza gminy:

„Po wielkim załamaniu, Gniewino stawia na sport. Przed załamaniem stawiało na atom. W pobliskim Żarnowcu budowano elektrownię, a Gniewino było zapleczem budowy. Wpompowano tu ogromne pieniądze. Wzniesiono bloki, szkołę i ogromny hotel z 2500 pokojami, kinem i restauracją. Autobusy wahadłowe kursowały non stop, po kilkadziesiąt dziennie. Każdy miał pracę. – Wtedy co drugi tutaj to był murarz, tynkarz albo inny alkoholik – wspomina Piotr, lokalny artysta. A potem budowa elektrowni atomowej stanęła, jednocześnie upadły pegeery i pracy nie miał nikt. Ludzie przychodzili do wójta, że nie stać ich na węgiel, wójt alarmował do Warszawy i słyszał, że nastał wolny rynek, a na węgiel trzeba zarobić. Mieli duży hotel, więc próbowali podczepić się pod niedalekie Cetniewo, gdzie jest ośrodek przygotowań olimpijskich. Zbudowali stadion. Ale w tym czasie zawalił się sprywatyzowany hotel, bo właściciel zniknął. Wydano nakaz rozbiórki obiektu i gmina musiała się tym zająć, ale wójt zapowiedział, że grosza nie dołoży i będzie szukał firmy, która to zrobi za cenę gruzu. Lokalne media pukały się w głowę, że tym razem Walczak przesadził z tą gospodarnością. Jednak chętny się znalazł i gruz poszedł na budowę okolicznych dróg.

(…) – W Gniewinie jest trochę jak nie w Polsce, ludzie są zadowoleni i chwalą władzę – mówi Ewa, pracująca w kwiaciarni Laguna. – Dzieci dostają bezpłatne obiady, wyjeżdżają za darmo na wycieczki do Zakopanego, a nawet do Brukseli. Ja zawsze głosuję na wójta – deklaruje. Zbigniew Walczak rządzi Gniewinem od 1988 r. Wcześniej był naczelnikiem, potem wójtem gminy z poparciem grubo ponad 80 procent. Kontrkandydata miał tylko raz, ale bez szans. Nikt już za bardzo nie pamięta, kto to był i po co startował. – Wójt nawet jak zwykły żul do niego przyjdzie pożyczyć dwie dychy, to da – zaznacza Piotr. (…) A co będzie po Euro? „Wójt coś wymyśli” – wierzą mieszkańcy. Wójt właściwie już wymyślił. – Euro to tylko przystanek. Z wizji, jaką mam, udało się zrealizować do tej pory 70 procent – deklaruje. Następna będzie kolejka widokowa z gondolami, wyciąg i całoroczny stok narciarski. Najlepszy na całym Pomorzu. W wiosce zaczęto plotkować, że kolejka będzie prowadzić prosto na wybrzeże, do Dębek. Tak aby Gniewino uzyskało coś w rodzaju dostępu do morza. – Naprawdę tak mówią? – dziwi się rzecznik prasowy. – O rany, chyba się ludziom od tej Hiszpanii w głowach poprzewracało”.

Screenshot_2019-06-27 EURO 2012 Iker Casillas odwiedził mieszkankę Gniewina i KAZAŁ ZAMÓWIĆ SOBIE PIZZĘ

Screenshot_2019-06-27 Pique nauczył się polskiego

Wspomniany rzecznik prasowy – czyli Mikołaj Orzeł, kierownik Referatu Funduszy Strukturalnych, Analiz i Promocji gminy Gniewino – opowiadał potem w jednym z wywiadów: – Hiszpanie zrobili nam niewyobrażalną reklamę, której nie można przeliczyć na pieniądze. Dzięki temu, że gościliśmy mistrzów Europy, ośrodek ma zagwarantowane pełne obłożenie do przyszłego roku. Piłkarskie drużyny ustawiają się w kolejce, aby śladem „La Roja” przyjechać do Gniewina. Dzięki temu powinny powstać u nas nowe miejsca pracy. Jesteśmy zresztą jedyną gminą wiejską, która podczas Euro 2012 gościła uczestników turnieju. A kilkanaście lat temu byliśmy jedną z tysięcy typowych w Polsce gmin popegeerowskich.

Gniewino to zatem dziś nie tylko pamiętne Euro 2012 i nie tylko wspomnienia hiszpańskiej przygody. To Letnia Akademia Młodych Orłów i niezliczone zgrupowania klubów z Ekstraklasy, a także wielu poważnych ekip spoza Polski. A gdzieś w tle tego wszystkiego – czwartoligowy Stolem. Z ambicjami, planami i grupą świetnych ludzi, którzy znają swoje miejsce w szyku, lecz jednocześnie starają się – w ramach dostępnych możliwości i środków – robić w gminie naprawdę fajną piłkę, koncentrując klub wokół szkolenia młodzieży.

birdseye_view_newcopy3

SG200203

Siedziba klubu.

– Trzecia liga nas w tej chwili nie interesuje. Sportowo oczywiście walczymy o awans w każdym sezonie. Chętnie przyjmiemy puchar, gratulacje, uśmiechniemy się do zdjęcia, ale nie przyjęlibyśmy awansu. Kilka klubów już się na tym przejechało. Przykładów daleko nie trzeba szukać, choćby Pogoń Lębork. Trzecia liga jest w tej chwili ligą centralną, złożoną tylko z czterech grup. To potrafi być zabójcze dla klubu, który finansowo nie jest gotowy na takie wyzwanie organizacyjne – opowiada Tomasz Dołotko, trener pierwszego zespołu. – Kiedyś tych grup było aż osiem. Być może w tamtych realiach moglibyśmy powalczyć o coś więcej. Gdyby wójt zauważył, że zespół faktycznie ciekawie wygląda, może uwierzyłby, że warto powalczyć gdzieś wyżej. Na ten moment te koszty są jednak zdecydowanie poza naszym zasięgiem.

– Plusem jest to, że mamy genialną bazę. Zimą korzystamy z hali, latem z boisk. Wszystko jest na miejscu. Jakość tych obiektów jest bardzo wysoka. Staramy się w ten sposób kusić zawodników z okolic. Chcielibyśmy w przyszłości być takim swoistym centrum futbolu na Kaszubach, chcemy być klubem wiodącym – dodaje Dołotko. – Do nas z reguły nie trafiali zawodnicy w szczytowej formie, tylko piłkarze po przejściach, którzy mają problemy zdrowotne, życiowe, powoli kończą już tę przygodę z piłką. Gdy byliśmy w B-klasie, to nikt z nami nawet sparingów nie chciał grać. Musieliśmy się prosić. Dzisiaj to już tak nie wygląda. W województwie wbrew pozorom jest niewiele zespołów notowanych wyżej niż czwarta liga. Dwa kluby są oczywiście w Ekstraklasie, ale potem aż tak wiele tego znowu nie ma.

– Do niedawna Stolem był na ostatnim miejscu dla piłkarzy z okolic, jeżeli chodzi o wybór zespołu. Wiadomo, małe pieniądze. Teraz to się już trochę zmieniło. Finansowo wciąż nie możemy konkurować z rywalami, ale nadrabiamy to na innych polach – mówi trener.

20190618_211100

Tomasz Dołotko.

Od trenera aż kipi entuzjazm, piłkarska zajawka i zaangażowanie w życie klubu. To człowiek-instytucja, który stara się doglądać nie tylko spraw związanych z pierwszą drużyną, ale i pozostałych tematów. Zaraża wszystkich wkoło swoją energią. Jak zapewnia pan Gienek,  najwierniejszy kibic Stolema – gdyby trener, pracujący w Gniewinie już dwanaście lat, zechciał kiedyś opuścić zespół, frekwencja na trybunach natychmiast by runęła. – Jestem za leniwy – uspokaja Dołotko. – Klub mi stworzył dobre warunki do pracy, mam swobodę jeżeli chodzi o pierwszy zespół. U nas nie ma rewolucji kadrowych. Rdzeń zespołu zawsze jest taki sam. Wszystko sobie spokojnie dojrzewa, bo nie ma presji na wynik. Prowadziłem drużynę przez jeden sezon w B-klasie, trzy w A-klasie, trzy w okręgówce i teraz cztery sezon w czwartej lidze. Wszystko krok po kroku.

Stolem Gniewino to nie młodzieniaszek. Klub zbliża się już do trzydziestolecia istnienia. Swą nazwę zaczerpnął z kaszubskiej mitologii – „stolemami” okoliczni mieszkańcy nazywali ród groźnych olbrzymów, który miały dawniej zamieszkiwać rejon Kaszub. Wiąże się z nimi mnóstwo podań i legend, które spisywali między innymi Józef Ceynowa i Jerzy Samp.

Ponoć to właśnie dzikie harce gigantów – którzy uwielbiali ciskać w siebie głazami, wykopywać wielkie doły i usypywać wygodne pagórki – ukształtowały teren dzisiejszego Pojezierza Kaszubskiego. Mało tego. Według jednej z opowieści ostatni – mówiąc z kaszubska – Stolemë zamieszkujący okolice Gdańska potraktował budowaną z wielkim mozołem Bazylikę Mariacką jako stołek i przysiadł kiedyś na niej, stąd po dziś dzień nie doczekała się ona efektownego, strzelistego dachu. Jeżeli olbrzym jeszcze kiedyś będzie się szwendał w okolicach Trójmiasta i najdzie go ochota na odpoczynek – siedzonko wciąż na niego czeka. Wdzięczny za możliwość krótkiego relaksu stolem ofiarował zresztą mieszkańcom Gdańska mnóstwo prezentów – figurki zwierząt, gryfów i rycerzy, które poumieszczał na dachach kamieniczek, a także potężne kule poustawiane przed wejściami do wielu budynków w centrum Gdańska.

Według legendy, to wszystko podarunki od sympatycznego olbrzyma.

20190618_212802

Klub z Gniewina na razie trudno określać „gigantycznym”, to w gruncie rzeczy dość skromna drużyna, aczkolwiek swoją historie i swoje tradycje już ma. I to nieliche. Lubią się nimi w Gniewinie chwalić.

– Nasz klub ma już 27 lat, powstał w 1992 roku – opowiada z dumą trener Dołotko. – Na bazie lokalnych małych klubików wójt gminy postanowił zorganizować coś większego. Najpierw klub grał sobie w B-klasie, A-klasie. Jednak przyszedł taki moment w 1995 roku, gdy trenerem juniorów w Polonii Gdańsk był pan Edward Budziwojski [słynna postać jeżeli chodzi o futbol na wybrzeżu, łowca talentów i trener młodzieży]. Wówczas wójt wykorzystał okazję i właściwie całą juniorską drużynę Polonii, która miała w tamtym czasie w dorobku mistrzostwo województwa gdańskiego, wziął do Gniewina. W Polonii nie widzieli jak ich zagospodarować, a u nas się wszyscy świetnie sprawdzili. Wójt dodał paru zawodników stąd i w ten sposób powstała drużyna, która awansowała do trzeciej ligi i zdobyła Puchar Polski na szczeblu województwa.

To rzeczywiście do ciekawy moment w historii klubu, przy którym warto się zatrzymać. W Gniewinie wylądował w tamtym okresie między innymi nastoletni Jacek Paszulewicz. W samych superlatywach wspominał swój gniewiński epizodzik również Robert Sierpiński, były piłkarz między innymi gdańskiej Lechii. – Pobyt w Gniewinie bardzo miło wspominam. Niesamowitą atmosferę stworzył tam trener Budziwojski, który ściągnął do tego małego klubu chłopaków, którzy kończyli wiek juniora w gdańskich klubach, szczególnie z Polonii. I tam tworzyliśmy niesamowitą paczkę, stworzyliśmy zespól. I to jest najważniejsze w futbolu, a nie indywidualne popisy, nie pojedyncze osoby, najważniejszy jest zespół. Na tyle dobrze się prezentowałem na boiskach trzeciej ligi, że znalazłem się w notesach różnych klubów. Z tego co wiem to znalazłem się nawet w notesie… Ryszard Forbricha pracującego wówczas w Amice – opowiadał Sierpiński na łamach lechia.gda.pl.

Podobnie to zapamiętał Paweł Budziwojski, syn Edwarda: – Dałem się ojcu namówić do przenosin do nieznanego wtedy Gniewina. Zespól ten po dwóch latach był na ustach całej Polski, a w meczu na szczycie z Arką było na trybunach w Gdyni 15 tysięcy widzów. Pan sędzia jako jedyny na tym meczu nie dostrzegł, że wpadła dla nas bramka i ulegliśmy 0:1. W meczu na wiosnę nasz skromny klub ograł zespól Arki na Ejsmonda w Gdyni aż 3:0 [3:1], więc nie dziwię się, że po sezonie mieliśmy ciekawe oferty.

Screenshot_2019-06-27 Arka Gdynia e-kronika(1)

Screenshot_2019-06-27 Arka Gdynia e-kronika

Galerię z pamiętnych starć Stolema z Arką do przejrzenia TUTAJ. Kibice z Gniewina tradycyjnie są zdecydowanie bardziej przychylni Arce niż Lechii. W odwiecznym konflikcie stoją twardo po żółto-niebieskiej stronie barykady. Arkowcy z Gniewina mają nawet swój fanpage na Facebooku, a flagę grupy z Gniewina można zwykle zaobserwować na domowych meczach Arki.

To tabela ligowa III ligi po pamiętnym sezonie 1996/97:

Screenshot_2019-06-27 Stolem Gniewino - sezon 1996 97 - Historia Polskiej Piłki Nożnej - HPPN PL

Prędko się jednak okazało, że III liga to jednak odrobinę za wysoka półka jak na możliwości klubu z tak niewielkiej miejscowości jak Gniewino. Do dziś nie ma tam nawet trzech tysięcy mieszkańców. – Nastąpiła reorganizacja rozgrywek, Stolem spadł z trzeciej do czwartej ligi. Tam z przerwami grał przez kilka ładnych lat, aż do sezonu 2007/08, gdy wójt kompletnie zrezygnował z piłki seniorskiej w Gniewinie – mówi Dołotko.

– Powody były rozmaite. Drużyna się nie rozwijała, grała mało atrakcyjnie. Ludzie z Gniewina nie garnęli się do piłki, w zespole występowali przede wszystkim zawodnicy pościągani z innych miast i miasteczek – tłumaczy trener. – Wójt uznał, że nie ma sensu tego projektu ciągnąć i pozostawił tylko dwie drużyny juniorskie. Jedną prowadził zasłużony trener Tadeusz Semmerling, a drugą prowadziłem ja. W rozgrywkach juniora starszego radziliśmy sobie całkiem nieźle. I przekonaliśmy wójta, żeby tymi szesnastolatkami spróbować jeszcze raz sił w B-klasie. On był niechętny – poprzednio się sparzył, nie chciał powtórki. Jedak ostatecznie nam zaufał i my tymi chłopakami stąd zrobiliśmy awans do A-klasy, a potem do okręgówki no i w końcu do czwartej ligi. W międzyczasie wypracowała się nowa strategia funkcjonowania klubu. Postanowiliśmy nie ograniczać swojego działania tylko do drużyny seniorów, a nawet w ogóle się na seniorskiej piłce nie skupiać. Postawiliśmy mocno na grupy młodzieżowe. Jeszcze dwanaście lat temu, gdy ja zaczynałem pracę w Stolemie, mieliśmy w klubie tylko dwóch trenerów. W tej chwili wszystko tutaj inaczej funkcjonuje. Ja jestem trenerem pierwszego zespołu, mam asystenta, jest trener bramkarzy. Od nowego sezonu – zgodnie z certyfikacjami – każda grupa młodzieżowa, a jest ich w tej chwili pięć, będzie miała dwóch szkoleniowców. Sprofesjonalizowaliśmy się, jeżeli chodzi o strukturę wewnętrzną klubu.

20190618_202518

20190618_211927

20190618_202542

– Zawodnikom grającym w czwartej lidze oczywiście staramy się zapewnić jak najlepsze warunki, ale na żadne wielkie pieniądze u nas liczyć nie można. My chcemy im stworzyć fajną atmosferę i pozwolić na piłkarski rozwój – dodaje szkoleniowiec. – W zimowym okienku pięciu naszych zawodników zmieniło kluby na mocniejsze. Nie zamykamy drogi przed naszymi piłkarzami. Chcemy, żeby w przyszłości ktoś z Gniewina grał na tym naprawdę najwyższym poziomie. Taki jest nasz cel.

Brzmi to wszystko oczywiście bardzo efektownie. Pytanie natomiast – czy nie mamy tutaj do czynienia ze sprawą podobną jak w przypadku Raduni Stężyca, gdy wójt-pasjonat dość mocno się zagalopował, jeżeli chodzi o inwestowanie gminnych funduszy w futbol?

Temat wyjaśnia Wojciech Block, dyrektor klubu z Gniewina: – Czy Radunia Stężyca naprawdę buduje wizerunek gminy dzięki grze w trzeciej lidze? Bardziej chyba dzięki waszemu artykułowi. Nasz wójt też tekst czytał, mogę powiedzieć, że podszedł do tematu dość humorystycznie. Przecież wiadomo, że ten projekt prędzej czy później się rozleci. Rzucenie Rafałowi Kosznikowi takiej kasy, jaką my mamy na całą drużynę… Jest to sposób na wydawanie gminnych pieniędzy, projekt jest w jakimś sensie interesujący, życzę powodzenia, ale budowanie futbolu w ten sposób, w takich miejscowościach jest bardzo trudne. My nie jesteśmy w żadnym wypadku uzależnieni od żadnej kroplówki finansowej. Mamy bardzo dobrze zbudowaną strukturę. Oczywiście gmina jest dla nas bardzo ważnym partnerem, ale mamy też wielu innych, mniejszych i większych sponsorów. A nawet takich najmniejszych – rodziców, którzy wspierają nas kwotami rzędu kilkuset złotych miesięcznie. Jesteśmy pod tym kątem zbilansowani i nie chcemy nagle wyskakiwać do góry, żeby zaraz zgasnąć z dużym długiem.

– I co byśmy mieli wspominać, jak to fajnie było w trzeciej, albo nawet drugiej lidze? – pyta Block. – Nie o to w tym wszystkim chodzi. Chcemy się pochwalić zawodnikami, którzy zaczynają u nas i potem gdzieś wyżej zaistnieją.

Trener dodaje także: – Powiem szczerze – my mamy taką sportową ambicję, żeby Gniewino nie było tylko postrzegane przez pryzmat hotelu Mistral. Oczywiście współpracujemy, wszystko jest w porządku. Jednak chcielibyśmy również Stolem wypromować jako sztandarowy zespół w gminie i regionie. Do tego dążymy. Powoli się do tego zbliżamy. Dwa lata z rzędu mamy wysokie miejsce w czwartej lidze, a wiadomo – wszyscy w pierwszej kolejności patrzą na pierwszy zespół. Ale nam chodzi przede wszystkim o te grupy młodzieżowe. Nasi zawodnicy wyjeżdżają na turnieje, prezentują wysoki poziom sportowy. Jesteśmy doceniani. W każdej kategorii wiekowej jeden, dwóch zawodników to są prawdziwe perełki.

SG200199

SG200228

Realizowanie tych ambicji wychodzi działaczom klubu zupełnie nieźle. Stolem, choć otoczony przez kluby, jak klarują działacze, bogatsze i często także o większych tradycjach – choćby Gryf Słupsk i Pogoń Lębork – zaczyna coraz śmielej rozpychać się łokciami w regionie i dostaje coraz większy kawałek piłkarskiego tortu.

– W województwie jesteśmy już rozpoznawalną marką jako Stolem, choć przede wszystkim Gniewino jest kojarzone przez pryzmat naszych obiektów – przyznaje dyrektor Block. – Prawie wszystkie drużyny ekstraklasowe już tutaj trenowały, sporo klubów z całej Europy. Możemy dzięki temu podpatrywać pracę trenerów. Tomek jest na prawie każdym treningu. Jest okazja, żeby poznać inne spojrzenia na futbol. Szczególnie ciekawa sprawa jest z cypryjskim APOEL-em, który tu kilka lat z rzędu przyjeżdżał. Nasze drużyny w sparingach z nimi wygrywają, a oni później w Lidze Mistrzów grają! Oni mają takie obciążenia na treningu, tak fajnie ćwiczą… Po naszych drużynach aż tak tego nie widać. Różnica jest wyraźna, APOEL naprawdę robi spore wrażenie pod tym względem. (…) Gniewino ma w tej chwili pięć płyt, powstaną kolejne dwie – jedna pełnowymiarowa, pod balonem. Teraz jesteśmy trochę zblokowani jako gmina przez elektrownię atomową, więc zobaczymy, ile z tych planów na przyszłość uda się zrealizować. Wójt to naprawdę wizjoner, dlatego trzecia liga to w ogóle nie jest dla niego wzywanie. Bo co to by zmieniło? Już bardziej interesujące są projekty związane z powstaniem tu akademii piłkarskiej. Gminę prawdopodobnie byłoby na to stać, ale to jest zbyt duże ryzyko.

– Nie można publicznych pieniędzy wydać na zasadzie: „Może nam się uda stworzyć coś fajnego, może nie”. Moje marzenia są zupełnie inne. Chciałbym mieć wychowanka w Ekstraklasie. To jest w tej chwili moja ambicja. Gdyby pojawił się prywatny sponsor, który chciałby w Gniewinie sfinansować coś większego, to oczywiście rozmawialibyśmy inaczej. Jednak nie ma tutaj wariatów, pasjonatów futbolu, którzy chcieliby w klub zainwestować. To nas ogranicza i zmusza do skromniejszych działań – dodaje dyrektor.

20190618_202504

Wojciech Block.

SG200283

Zainteresowanie meczami IV ligi nie jest szczególnie wielkie, choć w sumie niezłe – jak opowiada wspomniany już pan Gienek – czyli Eugeniusz Piątek – na spotkania domowe przychodzi zwykle około stu osób. On sam nie opuszcza żadnego meczu, włącznie z wyjazdami. – Rzeczywiście, jestem na wszystkich meczach od lat, od początku istnienia klubu. Można mówić, że jestem najwierniejszym kibicem klubu. Wiele tysięcy kilometrów zrobiłem razem z zespołem, gdyby to wszystko podliczyć. Atmosfera w klubie jest dobra, przyjazna. Ale kibiców na mecze przychodzi garstka. Młodzi raczej się do kibicowania nie garną…

– Poza tym, muszę powiedzieć – coś trzeba zrobić z tymi sędziami!

Oburzenie na decyzje arbitrów to oczywiście cecha wspólna wszystkich kibiców świata. Zastrzeżenia pana Gienka dotyczą półfinału regionalnego Pucharu Polski. Stolem poległ 1:4, kończąc mecz… w ósemkę.

– Pierwszą połowę mieliśmy bardzo udaną – opowiada trener, który także nie potrafi odżałować tamtej porażki. Już przed spotkaniem mówił w wywiadach, że drużynie bardzo zależy na awansie do finału. Zatem gorzką pigułkę porażki trudno było przełknąć. – W drugiej odsłonie gra nam się posypała, niestety sędzia… troszkę nam nie pomógł. Kończyliśmy spotkanie grając w ósemkę. A to nie był wcale brutalny mecz! Dwie absurdalne czerwone kartki, mamy to nagrane na filmie… Katastrofalne decyzje. Ale jeszcze w ośmiu nasi próbowali coś na boisku zdziałać. Jednak to już było niewykonalne. To trochę zawodników boli, widzę to po nich – ten finał pucharu byłby dla drużyny nagrodą za bardzo udany sezon.

Screenshot_2019-06-27 Puchar Polski 2018 2019, grupa Pomorski ZPN

– Na wyjazdy ze mną jeździ dwóch, czasem trzech kibiców – wraca do tematu pan Gienek. – Samochodami, jeśli mecz jest gdzieś bliżej. Więcej tutaj takich fanatyków piłki nożnej nie ma. Ostatnio na spotkaniu było trochę więcej osób, chyba ze czterysta, ale to dlatego, że mecz był połączony z festynem. Poziom rozgrywek tutaj nie ma nic do rzeczy. Byłaby trzecia liga, też by za wiele ludzi nie przychodziło. Najważniejsze, że zawodnik co u nas gra to przynajmniej wie, że ten pieniądz co ma obiecany, to dostanie. Bo cały czas słyszę o innych sytuacjach, że piłkarze dostają wielkie kontrakty a potem muszą czekać na obiecane pieniądze. Uczciwość przede wszystkim.

– Dla mnie piłka nożna to takie hobby, teraz moje nazwisko można nawet ładnie kojarzyć z Milanem. Od zawsze tak z tą piłkarską pasją żyłem. Mój syn sam kiedyś grał teraz jest już na innej drodze. Czy na złe, czy na dobre, jestem kibicem i będę. Prawdziwy kibic taki powinien być. Przegrają? Co, wieszać się mam? Chyba nie. Są w życiu wzloty, upadki i wszystko. Ja jestem stąd, z Gniewina. Rodzina przyjeżdża z Tczewa, robią oczy wkoło. Pytają: „Co, gdzie, jak?”. Jako gmina mamy tylko trochę ponad siedem tysięcy mieszkańców, takie obiekty dla nas to coś pięknego. Włodarz dał w to całe serce – dodaje kibic.

SG200211

SG200226

Zbigniewa Walczaka rzeczywiście wszyscy w klubie nie mogą się nachwalić. On sam w jednym z wywiadów przedstawiał siebie w zasadzie bardziej jako managera niż politycznego działacza. W swoim czasie zaangażował się nawet w kampanię społeczną na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych. Dowodząc, że cenniejszy jest głos oddany na konkretną postać niż na partyjną listę. – Funkcje wójta gminy pełnie nieprzerwanie od 1990 roku. Jest to przejaw zaufania społecznego do mojej osoby i to też jest chyba moim największym sukcesem. Trzeba w Polsce mówić o menadżerstwie publicznym w samorządzie. Aby kierować gminą trzeba mieć nie tylko wiedzę na temat tego wszystkiego co dotyczy pragmatyzmu lokalnej gospodarki, ale również pracy z ludźmi. Osoba piastująca funkcje wójta czy burmistrza powinna wiedzieć na czym to wszystko polega i mieć świadomość tego co się robi. Jest to specyficzna wiedza, której trzeba się nauczyć i praktykować – mówił Walczak w rozmowie z portalem ppr.pl.

i9L5g1P1N0H0s1B4F330r9h990i9t2X4

Zbigniew Walczak.

Drużyna może zatem liczyć na wsparcie wójta, ale pod jednym warunkiem – w zespole będą grali przede wszystkim wychowankowie i piłkarze pochodzący z Gniewina i okolic. Co nie jest takie proste do zrealizowania.

– Mamy w tej chwili sześć grup juniorskich. Chciałoby się więcej – jesteśmy do tego przygotowani organizacyjnie, ale po prostu nie ma tak wielu dzieci, które chciałyby regularnie u nas trenować – tłumaczy Wojciech Block. – To zdecydowanie największa trudność, przed jaką w tej chwili stoimy. Mamy pomysł, jak to wszystko zrobić, mamy miejsce, czas, środki. W każdym roczniku pojawia się kilka perełek, które potem wzbudzają zainteresowanie Arki czy Lechii. Trudno jest je natomiast otoczyć równorzędną drużyną. Z jednej strony to bardzo źle – brak rywalizacji na treningu niekorzystnie na tych chłopaków wpływa. Ale ma to też swoje dobre strony. Bo ci wiodący zawodnicy w sposób naturalny ciągną nam grę i przyzwyczajają się do odpowiedzialności na boisku. Dwa lata temu oddaliśmy Arce bramkarza, Maćka Styna. Niesamowicie poukładany, pracowity chłopak, wybił się. Trafił do reprezentacji Polski. Takich przypadków jest więcej. Kluczowe, żeby być skoncentrowanym na pracy i cierpliwym. Bo oczywiście mieliśmy też sporo takich przypadków, gdzie ten talent był, ale Barcelona się w porę nie odezwała, no to po co grać, po co trenować?

Tomasz Dołotko twierdzi nawet, że mniejsza liczba dzieciaków chętnych do grania to kwestia kryzysu demograficznego. Dyrektor klubu jest innego zdania. – To nie ma jeszcze aż tak dużego przełożenia. Dzieci jest tyle samo. Ja siedzę tutaj w biurze i widzę, jak na boisku przebiegają lekcje wychowania fizycznego. O ile w ogóle przebiegają… Tych dzieci na wuefie jest naprawdę niewiele, a ich zaangażowanie pozostawia wiele do życzenia. Dzieciaki nie potrafią dzisiaj przebiec jednego kółka wokół boiska. To jest globalny problem, ale drużyny z miasta mają jednak większe możliwości i pole manewru.

CZY POLSKA DRUŻYNA ZAGRA W FAZIE GRUPOWEJ LIGI EUROPY? ETOTO DLA OPTYMISTÓW MA KURS 3.55…
… A DLA PESYMISTÓW: 1.25. ALE PAMIĘTAJCIE – „PEWNIACZKI” NIE ZAWSZE WCHODZĄ!

– W lidze wojewódzkiej jesteśmy chłopcem do bicia. To wynika z małej liczebności kadry, niestety. W meczu z Lechią ich trener na drugą połowę wymienia całą dziewiątkę i gra świeża, równorzędna drużyna. My się zmęczymy, pyk-pyk-pyk i pozamiatane. Ale później oni bardzo często z tych swoich wychowanków rezygnują, a piętnastolatków wyławiają w takich klubach jak Stolem. Bo tu są piłkarze przyzwyczajeni do walki, do ciężkiego treningu. U nas rocznik 2004 praktycznie w całości gra w rozgrywkach dla rocznika 2002. I przegrywa. Gra fajnie w piłkę, ale przegrywa praktycznie wszystkie mecze. Jednak jestem pewien, że ta praca – plus treningi z seniorami – za jakiś czas zaprocentują i z tych chłopaków wyrosną zawodnicy. A o wynikach w rozgrywkach juniorskich i tak przecież zapomnimy. Mamy już dwóch takich ciekawych chłopaków, trzeci też się wyróżnia – przepowiada Block.

SG200200

SG200232

– Populacja jest słaba – przedstawia swoją teorię trener Tomasz Dołotko. – W każdym roczniku jest coraz mniej rzeczy, a jeżeli chodzi o chętnych do uprawiania sportu, to już w ogóle dramat. U nas się szanuje zawodnika, ale nie w sensie finansowym. Bo nasi piłkarze zarabiają nawet mniej niż w sąsiednich klubach. Jednak nawet nasi gracze w poszukiwaniu lepszej sytuacji materialnej opuszczają klub, to mówią, że czegoś im brakuje. Brakuje im tej atmosfery, jaka była w Stolemie. Prezesi okolicznych drużyn patrzą na naszych piłkarzy jak na łakomy kąsek. Nas można łatwo przelicytować finansowo, a zawodnicy są odpowiednio wyszkoleni, poukładani. Trudno nam utrzymać kadrę między sezonami. Poza tym, trenerzy naszych grup młodzieżowych także dobierani są wokół pewnego klucza. Ponad dwadzieścia lat w klubie pracuje Tadeusz Semmerling, a ponadto zwracamy też uwagę, żeby – w miarę możliwości – każdy szkoleniowiec w Stolemie miał klubową przeszłość. Żeby znał naszą historię, nasze tradycje. To są często ludzie, którzy wybierają Stolem kosztem ofert z klubów sąsiedzkich, choć tam płaci się zdecydowanie więcej niż u nas. To o czymś świadczy.

Jeżeli chodzi o płace – dyrektor dość malowniczo porównał już Stolem z Radunią Stężyca. Dysproporcje między ekipą z Gniewina a innymi czwartoligowcami nie są już tak potężne, niemniej – czołowe kluby IV ligi mają kilka razy większe budżety niż Stolem.

– Ten rok był dla nas udany – tłumaczy Dołotko. – Zajęliśmy czwarte miejsce w lidze, co jest naprawdę sporym osiągnięciem. Jeżeli chodzi o budżet, pozostajemy daleko w tyle za zespołami, które na co dzień występują w tej lidze. Patrząc realistycznie – gdybyśmy chcieli awansować do trzeciej ligi, potrzebowalibyśmy przeznaczyć na drużynę seniorską około dziesięć razy więcej funduszy niż w tej chwili. To nierealne. Nasze cele są inne. Przyświeca nam taka myśl, takie hasło: „Reprezentant Polski do 2025 roku”. I jest na to szansa!

Screenshot_2019-06-27 IV liga 2018 2019, grupa pomorska

– Jako drużyna mamy swój styl. Gramy ofensywnie, co niestety czasami nas nawet gubi. Szukamy widowiskowego futbolu i zdarza nam się w tym wszystkim trochę zapętlić, co prowadzi do porażek. Już kombinuję, że przed następnym sezonem trzeba będzie coś zmienić, położyć te akcenty trochę inaczej. Tym bardziej, że w czwartej lidze obciążenia wbrew pozorom są bardzo duże – w niektórych miesiącach w środę w ogóle się nie trenowało, tylko lecieliśmy schematem: „środa – mecz, sobota – mecz”. My mamy w kadrze tylko piętnastu, szesnastu zawodników, uzupełniamy to juniorami. Dlatego biorąc to wszystko do kupy – moim zdaniem osiągamy wyniki ponad stan. A już biorąc pod uwagę budżety w naszej lidze, to wręcz zdecydowanie ponad stan – dodaje szkoleniowiec.

 – U nas jest mieszanka rutyny z młodością. Mamy kilku doświadczonych zawodników, ale zdarzały się mecze, gdy na boisku jednocześnie występowało sześciu naszych młodzieżowców. Generalnie staramy się, żeby zawsze grało co najmniej czterech młodzieżowców. W klasyfikacji Pro Junior System nie jesteśmy na wysokim miejscu, ale to też wynika z tego, że unikamy wypożyczania chłopaków z Lechii czy z Arki. Stawiamy na swoich, zamiast ogrywać cudzych. Taki jest zresztą warunek wójta – jeżeli seniorska drużyna ma tu funkcjonować, to jako platforma rozwoju dla wychowanków. I to ma sens. Wtedy od razu na trybunach pojawiają się rodzice, dziadkowie. Tworzą się jakieś więzi z drużyną – mówi Tomasz.

SG200273

SG200286

Atmosfera w klubie faktycznie wygląda na zacną – świadczy choćby o tym fakt gorącego pożegnania, jakie otrzymał Krzysztof Jezierski podczas swojego ostatniego domowego meczu w karierze. Stolem wprawdzie przegrał u siebie 0:2, lecz 43-letniemu już Jezierskiemu i tak podziękowano za wieloletnią grę dla klubu jak bohaterowi.

– Łącznie spędziłem w klubie dwanaście lat – opowiada Jezierski. – Od 1995 do 2000 roku, a potem od 2012 roku aż do dzisiaj. Dlaczego koniec? Starość, po prostu. Organizm daje znać, żeby już dać sobie spokój. 43 lata na karku, także i tak jakoś się ułożyło, że ta kariera potrwała bardzo długo. Nie miałem nigdy większych problemów zdrowotnych, zatem mogłem sobie w tę piłkę cały czas grać. I bardzo się cieszę, bo na takim stadionie to jest naprawdę wielka przyjemność.

– W ostatnim czasie pełniłem już funkcję takiego łącznika trenera z boiskiem, podpowiadałem, pomagałem kolegom w ustawieniu. To właściwie była już jedyna rola, jaką szkoleniowiec mógł mi powierzyć, biorąc pod uwagę, że te aspekty motoryczne nie są już u mnie na zbyt wysokim poziomie – z uśmiechem przyznaje zawodnik. – Ja sam pochodzę z Gdańska, można powiedzieć, że karierę zaczynałem w Lechii. Ale tam nie poszło mi tak, jak bym chciał. Potem przeniosłem się do Polonii Gdańsk, gdzie zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów. Grałem z takimi zawodnikami jak Ariel Jakubowski, Jacek Paszulewicz, Darek Patalan. Fajna generacja, ostatni rocznik w Polonii, który coś ciekawego osiągnął w piłce. Miałem przyjemność brać w tym udział, ale tylko w piłce juniorskiej, w pierwszym zespole grali już piłkarze, którzy mieli troszkę więcej talentu ode mnie. Trener znalazł nam przystań w Gniewinie. Przez chwilę biliśmy się nawet o awans do drugiej ligi!

20190618_210104

64238303_2240562632688179_1623577073308139520_n

Pożegnalny szpaler Krzysztofa Jezierskiego.

– Wspomnienia z czasów juniorskich? Niesamowite. Jak na Polonię, to mieliśmy naprawdę świetny rocznik, tworzyliśmy zgraną pakę na boisku i poza nim, bardzo mocno się ze sobą trzymaliśmy. Pamiętam, grał tam jeszcze Bartek Skierka, Paweł Budziwojski, Artur Gorzkowski… Kurczę, taka ekipa, że już nigdy później takiej w swoim życiu nie miałem – twierdzi z przekonaniem w głosie Krzysztof. – Niestety trochę tego imprezowania też było, nie będę ukrywał – parę wpadek się zdarzyło związanych z życiem nastolatka, który zobaczył swoje pierwsze dyskoteki. Pewnych granic oczywiście nie przekraczaliśmy. A jak już szliśmy w miasto, to zwykle razem, całą grupą.

– Kiedy odszedłem z Gniewina w 2000 roku, tak naprawdę nie odwiedzałem zbyt wielu klubów, ja się generalnie dość mocno przywiązuję do barw. Byłem przez pozostałych jedenaście lat w Gryfie Wejherowo, w trzeciej, czwartej lidze. Cały czas w regionie, związałem się z tym wejherowskim powiatem. Tutaj mieszkam, tutaj mam pracę. Klimat mniejszej miejscowości w tym wieku już mi bardzo odpowiada. Kiedyś patrzyłem na to wszystko z góry, a dzisiaj to nie wiem, czy chciałbym wrócić do Gdańska. Wolę ciszę, spokój – mówi kończący karierę zawodnik. – Zawodowo od osiemnastu lat pracuję jako nauczyciel wychowania fizycznego, prowadzę też drużynę w jednej z wejherowskich szkółek. Pozostaję przy piłce i bardzo się z tego cieszę. Zawsze chciałem być trenerem, już w 2000 roku obroniłem licencjat na AWF-ie. Potem ta przygoda z piłką nie pozwalała mi się na tym skupić, a teraz będę mógł się poświęcić tej pracy w stu procentach. Mam też nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas na prowadzenie seniorów.

Podobnie układa sobie życiową sytuację Paweł Sobczyński, pomocnik klubu. Trener Dołotko ma powody do lekkiego niepokoju, bo cały czas jest pod obserwacją zawodników mocno kształcących się w kierunku trenerki. Choć współpracownicy zapewniają, że sam szkoleniowiec również cały czas ma otwartą głowę na nowe idee i – jako fanatyk francuskiego futbolu – stale stara się szukać nowych inspiracji właśnie w ojczyźnie Thierry’ego Henry’ego.

– Po sezonie, w którym ja razem z moim poprzednim klubem spadłem z ligi zadzwonił do mnie trener i zaproponował transfer. Znaliśmy się już dość dobrze, bo wielokrotnie ze sobą rywalizowaliśmy. Tak trafiłem do Gniewina. Stolem się wtedy utrzymał, a ja chciałem cały czas grać w czwartej lidze – opowiada Sobczyński. – Właściwie od najmłodszych lat pasjonowałem się futbolem, całe dnie spędzając z kolegami na podwórku. Jestem wychowankiem Gryfa Wejherowo. Tak już przy tym futbolu zostałem, teraz nie łącząc już z nim żadnych większych ambicji, tylko po prostu traktując piłkę jako hobby. Pracuję w szkole i szkółce piłkarskiej. Na tę czysto hobbystyczną część przygody z futbolem mam zatem coraz mniej czasu, ale tak to już w dorosłym życiu wygląda. Trzeba sobie stawiać priorytety. Ale daleko z Wejherowa nie mam, obiekty są fantastyczne. Czysta przyjemność tu trenować i grać.

– Jeżeli chodzi o mój poziom, to jestem raczej świadomy tego, ile mogłem osiągnąć. Niewiele więcej było we mnie potencjału – wydaje mi się, że wylądowałem na odpowiednim dla siebie poziomie. Czwarta liga to odpowiednie miejsce dla kogoś, kto pasjonuje się futbolem, uwielbia grać, uwielbia się w ten sposób odstresować po pracy. To mimo wszystko wciąż poważna rywalizacja – dodaje 28-letni pomocnik. – Praca w szkółce zapewnia jednak trochę inne wrażenia. Tam pracuję z dzieciakami z roczników 2012 – 2013, a zatem mówimy o zabawie. Staram się w maluchach zaszczepiać futbolową pasję i sprawiać, by czerpali jak najwięcej przyjemności z tej gry. Nie ma jeszcze mowy o jakichś emocjach – wiadomo, jak człowiek jest starszy to pojawia się już u niego chęć zwyciężania, rywalizowania. To trochę inna dawka adrenaliny.

SG200267

SG200253

– Mogę ze swojej strony powiedzieć, że szatnia jaką mamy w Stolemie jest chyba najbardziej zgrana w mojej przygodzie z piłką – przyznaje Sobczyński. – Potrafię to porównać tylko z ekipą, jaką poznałem trenując w juniorach Arki. Do dzisiaj się spotykamy, raz do roku zawsze sobie pogramy. Tam na pewno też atmosfera była świetna. Ale jeżeli chodzi o drużyny seniorskie, to Stolem wygrywa. Trener fajnie szatnią zarządza, są tutaj fajne osobowości. Przyjemnie się w tym zespole spędza czas. Dlatego po pracy chce się przyjść na kolejny trening. Na boisku mamy mnóstwo swobody, spore pole do popisu. Liczymy sobie bramki, asysty, wzajemnie się tym wszystkim napędzamy.

– Ciężko odpowiedzieć, czy w tym sezonie osiągnęliśmy wynik ponad stan… – zastanawia się Paweł. – Przed sezonem bylibyśmy z takiego scenariusza bardzo zadowoleni, teraz też tak jest, ale trochę punktów nam głupio pouciekało. Szkoda tych meczów, aczkolwiek i tak trudno by nam było przegonić w tabeli lidera i wicelidera rozgrywek, nawet gdyby te potknięcia ograniczyć. Wiadomo – gdzieś się jakieś punkty pechowo straciło, gdzieś się fartem wygrało i na koniec pozycja w tabeli po prostu oddaje nasze możliwości.

Jeżeli chodzi o kadrę zespołu, zainteresowanie wzbudza zawodnik rodem z… Gwinei. Kreatywny pomocnik Mohamed Doumbouya to drugi obcokrajowiec w historii klubu. Pierwszym był Orlande Kpassa, który potem zaliczył nawet epizod w I lidze, notując kilka występów w barwach Bytovii.

Doumbouya na treningu imponował wyszkoleniem technicznym – sam dowodzi, że w juniorach trenował razem z Jose Kante, byłym zawodnikiem Wisły Płock i Legii Warszawa. Aczkolwiek zdaje się, że jego zapewnienia są traktowane przez działaczy klubu z delikatnym przymrużeniem oka. Niemniej – Gwinejczyk na boisku prezentuje się ciekawie, poza nim także radzi sobie na Kaszubach nieźle. – Głównym powodem przyjazdu do Polski było to, że ożeniłem się z Polką. Z żoną poznaliśmy się w Egipcie, podczas urlopu. Dlatego zdecydowałem się zamieszkać właśnie w Polsce – opowiadał „Dziennikowi Bałtyckiemu”. – Pierwsze dwa lata spędzone w Polsce nie były dla mnie łatwe, ale obecnie jest już coraz lepiej, ponieważ znam już język polski oraz waszą kulturę i historię.

Wcześniej Mohamed grał między innymi w Egipcie, a karierę zaczynał w całkiem słynnym gwinejskim klubie Horoya AC.

SG200275

SG200276

Mohamed Doumbouya.

Jeżeli chodzi o egzotyczne epizody związane z futbolem, to ciekawe doświadczenia zebrał także Mateusz Wachowiak, jeden z liderów zespołu. Docięty niemalże jak kulturysta trzydziestolatek jest podoficerem, żołnierzem Marynarki Wojennej (stopień: mat) i reprezentował Wojsko Polskie podczas II Wojskowego Pucharu Świata w Piłce Nożnej, który w 2017 roku odbył się w Maskacie, stolicy Omanu.

– Pierwszy raz trafiłem do zespołu w sezonie 2010/11, jeszcze w A-klasie – opowiada Wachowiak. – Klub troszkę się na przestrzeni lat zmienił, ale najważniejsze jest to, że trzon zespołu cały czas jest taki sam. Wszystko spina trener, który jest z drużyną od kilkunastu lat. Cały czas jest pięciu, sześciu zawodników, którzy pamiętają te czasy, gdy dopiero zaczynaliśmy się rozkręcać na poziomie A-klasy. To jest najważniejsze, żeby zachować ten rdzeń zespołu, co pozwala utrzymywać odpowiednią atmosferę w szatni. Ja sam miałem próbę wskoczenia na poziom wyższy niż obecnie, występowałem w trzecioligowej wówczas Pogoni Lębork, ale niestety spadliśmy. Dla mnie to też było nie do pogodzenia – rano wyjeżdżałem do pracy, to miałem w jedną stronę 40 kilometrów, w drugą też 40. Wracałem do domu, wsuwałem szybko obiad i na trening – 75 kilometrów tam i z powrotem. Nie szło tego wszystkiego połączyć.

– Zresztą, teraz też nie jest łatwo. Niedługo zaczynam Mistrzostwa Wojska Polskiego w piłce nożnej, dzisiaj przed treningiem musiałem jeszcze szybko zahaczyć o sparing w jednostce – opowiada Mateusz. – Ten poziom czwartoligowy to jest naprawdę maks, żeby to wszystko jakoś w miarę godzić. W trzeciej lidze bywa tak, że o jedenastej gra się mecz w Szczecinie, więc już w piątek trzeba wyjechać. Do tego treningów więcej, co najmniej cztery razy w tygodniu. Coś trzeba wybrać. Kilka lat temu zapraszano mnie nawet na jakieś testy do klubów pierwszoligowych, ale postawiłem na wojsko. Myślę, że słusznie. Pierwszy kontrakt w wyższej lidze mógłbym podpisać na rok. Gdzieś by mi się noga powinęła i mogłoby być różnie. A tak – jest praca, a przy piłce, nawet w ramach wojska, też mogę sobie cały czas działać.

20190618_211900

Mateusz Wachowiak.

SG200271

– Miałem możliwość uczestniczyć w wojskowych mistrzostwach świata. Zajęliśmy bodajże dziewiąte miejsce – wspomina zawodnik. – To była naprawdę profesjonalnie urządzona impreza. Dało się odczuć, że to mistrzostwa. Wspaniałe przeżycia, aż trudno to wszystko opisać. Wszystko zaczęło się od eliminacji w 2016, tam przegraliśmy z Niemcami, ale pokonaliśmy Holendrów i Litwinów. Dzięki temu udało nam się zakwalifikować na turniej. A podczas takich mistrzostw nie ma mowy o towarzyskiej atmosferze. To jak najbardziej rywalizacja, gra na serio. Zwycięstwo w takim turnieju to duży prestiż.

– W pracy nie brakuje mi adrenaliny związanej ze sportem i rywalizacją. Na szczęście z trenerem można wszystko w klubie dogadać, bo jak u nas od początku roku rozpoczyna się cykl zawodów, to czasem trzeba się i dwa tygodnie przygotowywać. Siatkówka, biegi przełajowe, biegi na orientację, piłka nożna, biegi patrolowe, testy sprawnościowe – praktycznie przez cały rok coś się dzieje, a ja staram się we wszystkim uczestniczyć. Co niekiedy wymaga trochę uwagi – trzeba poznać tory, na przykład w pięcioboju mamy takie konkurencje jak pływanie, bieganie, strzelanie, rzut granatem… Jest tego mnóstwo – mówi z przejęciem Wachowiak. – Bywa, że i na dwa tygodnie trzeba pojechać na obóz, albo na osiem tygodni poligonów pod Zieloną Górną. Stamtąd nie ma szans, żeby zjechać z powrotem do Gniewina na mecz. Przełożeni nie chcą o tym słyszeć.

– Jeżeli chodzi o ten sezon, to myślę, że dla nas był najlepszy, odkąd jesteśmy w czwartej lidze. Pobiliśmy nasz rekordów punktowy, wychodzi nam nawet lepsza średnia niż w zeszłym roku. Generalnie – możemy być z siebie zadowoleni – kończy zawodnik.

20190618_203150

SG200197

Trzeba powiedzieć, że wszyscy rozmówcy z Gniewina robią naprawdę świetne pierwsze wrażenie. Ekipa skompletowana przez działaczy i trenera stanowi grupę inteligentnych, poukładanych facetów.

– W naszym zespole jest faktycznie wielu inteligentnych zawodników – potwierdza trener Dołotko. – Moim zdaniem w pierwszej drużynie gra w tej chwili co najmniej pięciu, sześciu przyszłych trenerów grup seniorskich. Takie mam przeczucie, wynikające z moich codziennych obserwacji. Mamy wielu absolwentów AWF-u, wielu ludzi po studiach. Jeżeli chodzi o dyscyplinę – nie ma z tymi chłopakami żadnego problemu. To wręcz dla mnie jest problem, bo mam w składzie tylu graczy, którzy już zdążyli zrobić uprawnienia trenerskie, że sam się muszę pilnować. Wszyscy obserwują, kontrolują. Muszę być zawsze przygotowany do treningu, nie mogę rzucać jakichś przypadkowych ćwiczeń z rękawa. Piłkarze się kształcą i sami są gotowi do tego, żeby prowadzić zespoły. Zwracamy generalnie dużą uwagę na wychowanie. Jak dobieram zawodników do drużyny, to przyglądam się, kim ten człowiek jest. Jak się zachowuje, gdzie pracuje. Mieliśmy nieudane transfery, ale zwykle trafiamy na odpowiednich ludzi dzięki temu wywiadowi środowiskowemu.

W zespole jest trochę mankamentów do usunięcia, lecz jeśli mowa o cechach wolicjonalnych – Stolem potrafi stanąć na wysokości zadania nawet wtedy, gdy okoliczności są wyjątkowo skomplikowane.

– W Gdańsku graliśmy z Lechią II – opowiada Dołotko. – Przyjechaliśmy na stadion, wysiadamy z autobusu. Podchodzi kierownik Lechii i mówi: „Panowie, macie pecha. Nie gniewajcie się, tak wyszło”. Ja tylko mówię: „Mogę skład poprosić?”. Spojrzałem na tę rozpiskę a tam tak: trzech reprezentantów Polski – Borysiuk, Wolski, Sobiech. Augustyn na stoperze. Lewandowski, Nunes, Michalak, Makowski. Do tego ten ich Egy i dwóch juniorów, z czego jeden na bramce. Juniorski reprezentant Polski, Żukowski, nie zmieścił się do składu i siedział na ławce. Trener Stokowiec też przyszedł, przywitał się, wszystko wyjaśnił, jaka jest sytuacja. Mówi: „Sorry panowie, ale oni muszą gdzieś zagrać”. Ja oczywiście wszystko zrozumiałem. Lecz przeczuć nie miałem za dobrych. Mecz się rozpoczął, w piątej minucie bramkę straciliśmy. Zacząłem się martwić, no bo jak będziemy tracić bramkę co pięć minut, to do przerwy się skończy 0:9… Ale ostatecznie skończyło się tylko 1:2 i to po dziewięćdziesięciu minutach gry.

– Dużo ludzi na tamtym meczu było, wszyscy pełni gratulacji. Ja mówię do chłopaków: „Panowie, takiego meczu już być może nigdy nie zagracie. To nie był żaden mecz jubileuszowy czy sparingowy. Starcie o punkty z taką ekipą!” – kontynuuje szkoleniowiec. – Po trzech tygodniach czterech czy pięciu zawodników z tamtej Lechii II wystąpiło w Ekstraklasie, a Sobiech strzelił hattricka. A nas ta minimalna porażka tak poniosła, że mieliśmy potem kilkanaście meczów bez żadnej porażki. Takie mecze są dla nas generalnie bardzo cenne, choć dla układu tabeli jest to niezbyt sprawiedliwe. Ktoś trafia pechowo na zespół mocno obsadzony, a inny gra z juniorami. Nie do końca jest to fair, ale trzeba to respektować, takie są zasady.

SG200258

SG200279

W klubie za wielką wartość stawiane są treningi młodzieżowców razem z seniorami, aczkolwiek wciąż nie udało się jeszcze wypracować wspólnej filozofii gry i treningu dla wszystkich grup, od dołu aż do czubka piramidy.

– Staramy się coś takiego wypracować w związku z nadchodzącą certyfikacją – przyznaje Dołotko. – Trenerzy to moi dawni zawodnicy, ja sam ćwiczę z najzdolniejszymi chłopakami z grup juniorskich. Patrzymy na futbol w podobny sposób. Najstarsza z grup młodzieżowych zwykle trenuje razem z seniorami, więc siłą rzeczy metody treningowe są te same, a to potem procentuje przy rozwoju zawodnika i podczas spotkań. Rywalizacja w małych grach z seniorami to jest zupełnie co innego niż gra z kolegami w grupie juniorskiej. Szybsze podejmowanie decyzji, większe wyzwania na boisku. Młodzi sami też lubią na takie trudniejsze treningi przychodzić.

Z kolei dyrektor Wojciech Block podkreśla próbę angażowania rodziców w rozwój młodych piłkarzy.

– Musimy uczyć rodziców działania – mówi. – Niedawno podawaliśmy wszystko na tacy, organizowaliśmy nawet we własnym zakresie dojazdy i powrót z treningów dla każdego zawodnika. Jeździł bus po całej gminie, zwoził i odwoził. Rzeczywiście – dzięki temu było więcej dzieci na treningu, ale zrezygnowaliśmy z tego rozwiązania. Niektóre dzieciaki przyjeżdżały na trening bez żadnej pasji. Nie miały jak zagospodarować wolnego czasu, to szły na zajęcia. A rodzice kompletnie się tym przestali interesować. Nawet nie można powiedzieć, że odprowadzali dzieci na przystanek. Czasem tylko był telefon, bo ktoś nie wrócił po treningu do domu. Poszedł do jakiegoś kolegi i trzeba było go namierzyć. Zlikwidowaliśmy ten system. Rodzice muszą się angażować. Posiedzieć na treningu, porozmawiać ze sobą, przeprowadzać jakieś wspólne inicjatywy. Przez to straciliśmy paru zawodników, tego nie przeskoczymy. Jednak dzisiaj odpowiedzialność i wsparcie rodzica jest dla młodego piłkarza bardzo ważne.

Żeby zacieśnić relacje, działacze kluby organizują nawet mecze dla tatusiów i mam. Panowie mają okazję, żeby raz na kilka miesięcy się poruszać i przypomnieć sobie kilka boiskowych sztuczek. A panie mogą się na boisku wyszaleć – choć trudno je namówić, w grze dają z siebie wszystko. – Jest z tym mnóstwo radości. Trochę kontuzji, ale przede wszystkim mnóstwo śmiechu – opowiada dyrektor.

– My zapewniamy dzieciom trzy treningi tygodniowo, ale trzeba pamiętać, że to jest kropla w morzu – dodaje Block. – Bez indywidualnego zapału nie ma szans. Maciek Styn sam sobie coś ustawiał na boisku, sam pracował na siłowni. Ci najlepsi muszą dokładać coś od siebie. Nasza rola też polega na tym, żeby im układać tę indywidualną pracę. Jeżeli ogarnięty rodzic potrafi dopilnować… A właściwie nie pilnować, tylko motywować – wtedy jest szansa na rozwój.

LEGIA WARSZAWA DOCZŁAPIE SIĘ TYM RAZEM DO FAZY GRUPOWEJ LIGI EUROPY?
JEJ SZANSE ETOTO OCENIA NAJWYŻEJ, DAJĄC KURS 4.95! DLA PORÓWNANIA, CRACOVIA: 20.00…

Dwukrotnie już wspominany Maciej Styn to piętnastoletni bramkarz, który z Gniewina przeskoczył do juniorskich sekcji Arki Gdynia. Ponoć wyjątkowo utalentowany zawodnik i to nie tylko w skali regionu, ale całego kraju. Nie bez kozery wylądował w reprezentacji Polski. Styn to jedna z tych perełek, na które tak mocno się w Stolemie liczy. Choć do klubu docierają sygnały, że z karierą chłopca dzieje się ostatnio coś niepokojącego.

– Mieszają mu w głowie – piekli się pan Gienek. – Nie dadzą się chłopakowi w spokoju rozwijać.

– Ja widzę często po tych chłopakach, jak łatwo wpadają w psychiczne dołki – uzupełnia dyrektor. – Pojawiają się oferty od większych klubów, robi się mętlik w głowie. Chłopak się wybije, to już go ciągną z każdej strony. Styn półtora roku jest w Arce i już zrobiło się wokół niego zamieszanie. Czasem mam wrażenie, że u piętnastolatka jest wręcz za wcześnie na sportowy sukces. Niektórym się udaje to udźwignąć, ale wielu się przedwcześnie wypala. Dlatego my, będąc trochę na uboczu tej wielkiej piłki, możemy z zawodników rozwijających się ściągać tę niedobrą presję. Oni mają się kształtować, na treningach poświęcamy najwięcej czasu właśnie na te wybitne jednostki. Taka jest nasza polityka. Dużo indywidualnych zajęć, mnóstwo dodatkowych treningów. Prowadziliśmy rozmowy z klubami ościennymi, chcieliśmy nawiązać jakąś formę współpracy, żeby ta liczebność naszych grup młodzieżowych była większa. Ale tu każdy chce grac pod swoim szyldem. W tej chwili nie ma możliwości, żeby zbudować coś szerszego.

SG200231

SG200238

– To w ogóle szeroki problem polskiej piłki. Jest ściana. Super-utalentowany junior jest, jest, jest… A nagle – pyk! Nie ma juniora. Przeskok do futbolu seniorskiego okazuje się zbyt trudny i chłopak odnajduje się gdzieś na peryferiach piłki, choć miał zawojować świat. U nas też tak bywa. Zawodnicy wyróżniają się w swoich ligach wojewódzkich, przychodzi do treningu z seniorami i nagle są problemy. Za duże obciążenia, brak gry w pierwszym składzie. Piłki trzeba nosić na treningu, bramkę odstawić. To się nie zawsze podoba – przyznaje Wojciech Block. – Ja pamiętam, że gdy zaczynałem tu pracę z rocznikiem 2001, to moja drużyna w lidze wojewódzkiej swój pierwszy punkt zdobyła wiosną i to był punkt jedyny. Całą ligę grałem czternastoma zawodnikami, dostawaliśmy baty od wszystkich. Dzisiaj trzech zawodników z tamtej ekipy gra w czwartej lidze. Nabrali charakteru, przetrwali i zostali. Piłkarzy Jantara Ustka czy Gryfa Słupsk, którzy nas wtedy lali, nigdzie już nie ma.

– Dlatego teraz w seniorskiej drużynie stawiamy na atmosferę. Na piłkarzy bez przerośniętych ambicji. Oni potrafią fajnie tych młodych graczy wciągać do pierwszego zespołu i chętnie pomagają budować tych chłopców na treningach, zamiast koncentrować się tylko na sobie. A bywało, że mieliśmy z tym problemy – mówi dyrektor. – Mamy podpisaną umowę z Arką Gdynia, więc kiedyś często lądowali u nas chłopcy z Gdyni, takie niedoszłe gwiazdy. Zaczynało się wymuszanie gry o awans. Oni byli strasznie zawiedzeni, że my nie mamy ciśnienia na wynik i stawiamy sobie inne priorytety. A my zabraniamy trenerom gry na wynik. Nie jest to łatwe – niektórym gdzieś tam z tyłu głowy siedzi zawsze to, że trzeba mecz wygrać za wszelką cenę, a nie tędy droga. Nowi trenerzy chętniej się do tego dostosowują. Nie ma możliwości, żeby szkoleniowiec grupy juniorskiej chwalił mi się miejscem w tabeli.

Dla piłkarzy występujących w Gniewinie oczywiście marzeniem jest trafić do Arki bądź Lechii. Stolem ma być trampoliną, dzięki której uda się doskoczyć do klubów z Trójmiasta. Jednak dyrektor Block nie marzy o powrocie do Gdańska, z którego pochodzi.

– Już bym do miasta się z powrotem nie przeprowadził. Pomijając to, że w Gdańsku mieszkałem na Oruni, więc nie bardzo chce się tam wracać. Tu jest spokój, żyje się zupełnie inaczej. U nas można zaparkować samochód na – nazwijmy to – głównej ulicy, zostawić, pójść sobie. Nikt nie zatrąbi, nie stworzą się korki. Inaczej się w takich realiach żyje. Tu nie ma pubu, żeby sobie z kolegami usiąść przy piwie, to fakt. Ale mnie to odpowiada. Najważniejszy jest spokój.

20190618_213744

Michał Kołkowski

fot. własne, Urząd Gminy Gniewino, Stolem Gniewino (Facebook), arkowcy.pl, 90minut.pl, Norda FM

***

#PowiatBet to nasz cykl tekstów, w których będziemy prezentować realia klubów z czwartej ligi. Szykujcie się na dużo atrakcyjnych materiałów, bo przecież właśnie na tym szczeblu występują m.in. zespoły z Bytomia, Odra Wodzisław Śląski, drużyna Ślusarskiego, Telichowskiego i Zakrzewskiego, a nawet żywa legenda lat dziewięćdziesiątych, RKS Radomsko. Partnerem cyklu są nasi kumple z ETOTO, którzy czwartą ligę pokochali na tyle mocno, że regularnie przyjmują zakłady na spotkania na tym szczeblu rozgrywkowym.  

KOMENTARZE (0)