Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Organizacja Narodów Zjednoczonych to dość spora instytucja, nie da się zaprzeczyć. Można oczywiście się spierać, jaką ma realną moc, o czym właściwie może decydować, a co pozostaje poza zasięgiem jej wpływów, ale wielkości odmówić nie sposób. Wydawałoby się, że gdy już zabiera głos, jest to ekstremalnie wyważona wypowiedź, która przypomina bardziej przemowy modelek podczas konkursów piękności, niż materiał pod gównoburzę internetową. 

Niestety, w tym tygodniu ONZ postanowił taką gównoburzę rozpętać, publikując na swoim Twitterze obrazek tak skrajnie populistyczny, że nawet w największych fanatykach piłki kobiecej zbudził się sprzeciw. Wygląda to tak:

1ce2e021dfd177745ea33a94ca2c

I aż prosi się, by przerobić ten obrazek, zestawiając jednego fana piłki kobiecej na którego przypada 1693 fanów męskiej piłki.

Nie sądzę, by potrzebne było merytoryczne odnoszenie się do przyczyn dysproporcji w zarobkach, bo to właściwie oczywiste dla każdego, kto kiedykolwiek włączył telewizor, nawet niekoniecznie podczas transmisji z meczu. Piłkarze zarabiają więcej, bo ich spotkania są chętniej oglądane, dzięki czemu reklamy podczas transmisji ich wyczynów są droższe. Męskie sekcje piłkarskie nie przynoszą strat, ale rekordowe zyski – zarówno z biletów i sprzedaży gadżetów, np. z nazwiskiem tego w teorii przepłacanego zawodnika, jak i z praw transmisyjnych czy dealów sponsorskich. Kobiecy futbol, wielokrotnie mniej atrakcyjny dla sponsorów i mniej popularny wśród kibiców, generuje o wiele mniejsze przychody, w związku z czym również płace w tym sektorze są odpowiednio mniejsze. Nawet jeśli odpowiednio mniejsze oznacza w tym wypadku finansową przepaść.

Nie ma sensu debatować w kwestii poziomu sportowego, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy dzięki odpowiedniej otoczce marketingowej da się zrobić naprawdę fajne widowisko przyciągające widzów i sponsorów nawet z meczów B-klasy. Powstrzymałbym się z opiniami typu „grają tak, że nie da się tego oglądać”, zamiast tego skupiając się na mierzalnych sprawach. Takich najprostszych: że profil brazylijskiej gwiazdy Neymara na fejsie to 60 milionów lajków, podczas gdy brazylijska gwiazda Marta Vieira da Silva to ok. 360 tysięcy obserwujących. Że zdobywcę Złotej Piłki Adę Hegerberg na Instagramie śledzi 306 tysięcy osób, zaś zdobywcę Złotej Piłki Cristiano Ronaldo 172 miliony osób. Ba, że z Adą mógłby konkurować nawet jej klubowy kolega, Marcelo Guedes. Były wiślak ma dokładnie 8 tysięcy followersów mniej od najlepszej piłkarski ubiegłego roku.

Na trwającym kobiecym mundialu, bijącym wszelkie rekordy pod względem zainteresowania mediów, polityków i kibiców, było aż 15 spotkań z frekwencją poniżej 15 tysięcy widzów. A to turniej we Francji, gdzie najlepsze wyniki notują europejskie reprezentacje, z których aż siedem zagra w fazie ćwierćfinałowej. Oczywiście na męskim mundialu rok wcześniej tylko RAZ zeszliśmy poniżej 30 tysięcy widzów – na grupowym meczu Egiptu z Urugwajem w Rosji.

To są oczywiste oczywistości, które świat futbolu przemielił już tysiąc razy, najczęściej przy okazji sporów „przepłacane piłkarzyki kontra niedoceniani lekkoatleci”.

Ciekawszy jest jednak dalszy ciąg tej historii. Organizacja Narodów Zjednoczonych to nie jest bowiem publicysta Gazety Wyborczej ani 17-letni bloger oburzony dysproporcjami w zarobkach. Twitterowy wpis ONZ nie jest zaś oderwany od tego, co dzieje się na całym świecie. Nie jest przypadkiem, że tylko w ostatnich tygodniach o założeniu (kupnie) drużyny kobiecej zdecydował Real Madryt, PZPN zdecydował się przeznaczyć sześć milionów złotych rocznie na rozwój tej części krajowego futbolu a piłkarki Juventusu Turyn świętowały scudetto ramię w ramię z kolegami po fachu. Francję zaś ogarnęła gorączka kobiecego futbolu i na mundialu kilkanaście spotkań zostało wyprzedanych do ostatniego miejsca.

Świat piłki nożnej bezustannie dąży do poszerzania swoich wpływów, zdobywania nowych państw, środowisk, ludzi, do ich portfeli, w których znajdują się złotówki, jeny i pesos. Ta rodzina UEFA podróżująca po całym świecie i zapewniająca, że bardzo zależy jej na rozwoju futbolu na Wyspie Wielkanocnej w gruncie rzeczy jest szczera: naprawdę jej na tym zależy, bo to kolejni klienci całego tego środowiska. W ostatnich latach zapadła więc decyzja o tym, że czas rozwinąć, a potem finansowo skonsumować futbol kobiecy. Wielkie kluby już wyczuły, że to potencjalna żyła złota. Na ten moment może to wyglądać na wymuszoną inwestycję i nieco sztuczne kreowanie zainteresowania, ale lawina już ruszyła – widać ją przede wszystkim w działaniu organizacji takich jak FIFA, UEFA czy… Cóż, ONZ. A skoro tak – to istnieje duża szansa, że wydane dziś miliony kiedyś zostaną zwrócone przez sponsorów.

I to jest moment, w którym moim zdaniem zacznie robić się śmiesznie. Biznes to bowiem świat równie specyficzny jak futbol – wystarczy spojrzeć na słynne Forum Ekonomiczne. Krynica-Zdrój widziała już wiele – w 2007 roku człowiekiem roku wybrano Donalda Tuska, w 2011 Bronisława Komorowskiego, w 2014 wygrał Jarosław Kaczyński a w 2016 Beata Szydło. Być może oceniam to zbyt prymitywnie, ale zdaje się, że ludzie interesu potrafią dość mocno nagiąć swoje poglądy i przekonania w zależności od kierunku, w którym wieje wiatr historii. Krynica-Zdrój to przykład lokalny, takim globalnym wydaje się kolorowanie logotypów na tęczowe, które w tym roku stało się właściwie obowiązkiem dla każdej większej firmy z ambicjami podboju rynków zagranicznych. Nie oceniam, nie komentuję, po prostu: ludzie biznesu dlatego odnoszą w nim sukcesy, bo nie są głupi.

Za jakiś czas – może nieco szybciej, może nieco wolniej, nadejdzie moment kolizji. Jeden świat będzie dość mocno naciskał, żeby przepaść w zarobkach piłkarzy i piłkarek została zasypana. A przecież nie da się tego zrobić, jeśli sponsorzy nadal będą płacić za jedną reklamę z Neymarem więcej, niż za całą kampanię podczas kobiecego mundialu. Drugi świat będzie świadomy, że ma do wyboru ładować kasę w twarz, którą obserwuje 60 milionów osób, lub w twarze, wokół których zainteresowanie jest zdecydowanie mniejsze, za to z błogosławieństwem i przychylnością tego pierwszego świata.

– Jesteśmy całym sercem za zrównaniem płac w futbolu, wszyscy są równi, nikt nie jest wykluczony, kochamy kobiecy futbol – będzie przekonywać biznes.
– Fantastycznie, w takim razie nie będzie chyba dla was przesadnym problemem, jeśli w najnowszej kampanii zapłacicie Adzie Hegerberg dokładnie tyle samo, ile Lionelowi Messiemu? – zagają organizacje.

Bez kitu, to będzie fantastyczne widowisko dla postronnych obserwatorów.

A przecież dochodzi jeszcze ważna kwestia pochodzenia sponsorów. Kobiecy mundial w Katarze albo Arabii Saudyjskiej z mocnym wsparciem od Fly Emirates i Gazpromu. Kapitanowie drużyn w tęczowych opaskach na oczach szejków.

Świat futbolu trzyma za ogon wszystkie sroki i jeszcze kilka kruków. Lot jest i pozostanie przez lata naprawdę wspaniałą przygodą.

KOMENTARZE (16)