Kadra, która lubi ludzi. Z wzajemnością
Blogi i felietony

Kadra, która lubi ludzi. Z wzajemnością

Jednym z symboli naszej klęski podczas mundialu w 2006 roku jest przysłanie na konferencję prasową kucharza kadry. Gdy po porażce z Ekwadorem przed całym światem ukrył się gdzieś Paweł Janas, gdy do ludzi po beznadziejnym meczu przez dwa dni nie wyszedł żaden z piłkarzy, ówczesny rzecznik Michał Olszański wił się jak piskorz, tłumacząc, że pichcący rosół z perliczki i inne cuda Tomasz Leśniak ma wielki wpływ na postawę zawodników i zapewniając, że cały skład – prócz niego pojawili się też Michał Listkiewicz i Antoni Piechniczek – to dla wszystkich atrakcyjna propozycja. To do dziś niepobity rekord głębokości, na którą schowano głowę w piasek. Przez lata różni ludzie próbowali dokopać się do tego miejsca, ale się nie udawało. Kto był najbliżej? Chyba Adam Nawałka i jego ekipa w trakcie w zeszłorocznych mistrzostw świata w Rosji. 

To była sytuacja pełna paradoksów. Nie można przecież zapominać o tym, że to właśnie były selekcjoner i PZPN w tym kształcie oddał kadrę ludziom. Przede wszystkim za sprawą dobrej gry, ale również przez szereg działań, często takich, na które kibic nawet nie zwróci uwag. Od maja 2014 roku i bezbramkowego remisu z Niemcami w Hamburgu rozegraliśmy siedemnaście spotkań towarzyskich, ale żadnego poza granicami kraju. Domem reprezentacji stał się Stadion Narodowy, ale tym faktycznym miejscem, w którym Polacy spadli, jedli i robili inne rzeczy też była stolica, a przed turniejami Jurata czy Arłamów. Skończyło się chowanie po zagranicznych wioskach, można było do kadry przyjść, przybić piątkę i zrobić dzieciakowi zdjęcie z Lewandowskim czy Zielińskim. W pewnym momencie dni mnóstwa kibiców zaczynały się w jeden sposób – od vlogów Łukasza Wiśniowskiego, który w nocy wrzucał do internetu film będący relacją ze zgrupowania.

Sielanka skończyła się w zasadzie dopiero w Rosji. Nawałkę dopadła tak zwana „choroba selekcjonerów”. Powiecie, że to kwestia wyników oraz beznadziejnej gry i będziecie mieli sporo racji, ale będąc na miejscu, widoczne było to, że wszystko zaczęło się jeszcze przed spotkaniem z Senegalem. Nawet dziennikarze, którzy świetnie pamiętają lata dziewięćdziesiąte, bo mniej więcej wtedy zaczynali jeździć za kadrą, przyznawali, że takiej nerwówki w obozie reprezentacji nie widzieli. Komunikacja ze światem zewnętrznym nie była wtedy złem koniecznym, była postrzegana gorzej. Nawet na głupie konferencje, na których uzyskanie odpowiedzi na konkretne pytanie graniczyło z cudem, bo pływaliśmy w banałach i „nawałkizmach”, ludzie przychodzili jak za karę – trudno wykluczyć, że po prostu po wyciągnięciu najkrótszej zapałki. Oczywiście nie tyczy się to wszystkich, bo taki Łukasz Fabiański, Kamil Glik (czy paru innych graczy) klasę potrafiliby zachować nawet w sytuacjach ekstremalnych, ale całościowy obraz pokazywał atmosferę wrogości. Podobno selekcjoner w zaciszu hotelu przed meczem otwarcia żywo zajmował się nawet szukaniem kreta, choć to, że jego pierwszym wyborem na turniej będzie Wojciech Szczęsny, a nie Fabiański, o czym na podstawie źródła wewnątrz drużyny napisano dwa dni wcześniej, żadnej niespodzianki nie stanowiło. „Szczelność” ekipy przez chwilę chciano sprawdzać nawet wypuszczeniem kilku informacji, by sprawdzić, gdzie przecieka.

Zbudowano ogromny mur, od którego odbijał się nawet współpracujący z TVP Sebastian Mila, ważna część tej drużyny w poprzednich eliminacjach. A z czasem również „Wiśnia” przestał pytać na Twitterze, czy już śpimy.

I – żebyśmy się dobrze zrozumieli – w przypomnieniu tej historii nie chodzi o to, żeby wyżalić się na warunki pracy dziennikarzy. Trudno, trzeba sobie jakoś radzić. To znaczy o to też, bo nie ukrywajmy – każdy chce zrobić swoje i korzystając z wyjazdu, iść na piwo. Ale abstrahując od wszystkich pełnych patosu opowiastek o misyjności tego zawodu, koniec końców to wszystko robione jest dla ludzi. Ludzi, których oczekiwania, nie ograniczają się dziś do obejrzenia meczu. Ludzi, którzy szczególnie w trakcie turnieju, żyją reprezentacją osiemnaście godzin na dobę plus – czego wykluczyć nie można – sny.

Po pobycie w Rosji rok temu i dzisiaj w trakcie wyjazdu do Italii za kadrą Czesława Michniewicza różnica aż bije po oczach. Gdy czytacie o świetnej atmosferze w młodzieżówce i wokół niej, o co nietrudno, bo podkreślane jest to w praktycznie każdym tekście, możecie mieć pewność, że nie jest to kolejna formułka do wyklepania z długiej listy. Na miejscu jest wiele otwartości i uśmiechu. Szok, bo okazuje się nawet, że kilkanaście minut rozmowy nie wpływa na mityczną koncentrację na celu. Zdarzają się nieporozumienia, lekkie faworyzowanie, trudno też powiedzieć, że taka otoczka pasuje absolutnie wszystkim, ale to wszystko szczegóły krajobrazu na dalszym planie. W rozmowach z piłkarzami, tak generalnie ze wszystkim, trudno wyczuć zgodę – jedni mówią, że to po prostu wyniki nakręcają atmosferę, inni, że odwrotnie – to atmosfera nakręca wyniki i jest bardzo ważna. W przypadku tej drużyny, patrząc na to, od jak dawna towarzyszą jej pozytywne wibracje, siłą rzeczy grany jest ten drugi wariant.

Być może to kwestia tego, że zainteresowanie jest mniejsze, więc łatwiej sprawić, że nikt ci nie wchodzi na głowę. Być może to sprawka wieku i doświadczenia zawodników, którzy jeszcze nie są zmanierowani. Być może, ale przyglądając się podejściu do tematu Czesława Michniewicza, spokojnie można założyć, iż to po prostu dobrze przemyślana strategia.

Zresztą w dzisiejszym Przeglądzie Sportowym selekcjoner wypowiada się na ten temat: – Taka była nasza idea od początku. Ta reprezentacja jest otwarta. Kiedy przyjeżdżaliśmy do Włoch i oglądaliśmy ośrodki, były pytania, czy chcemy zamykać treningi. Mnie obecność ludzi na nich nie przeszkadza. Kibice mają prawo wiedzieć, co się dzieje z drużyną. Dlaczego mam mówić, że Gumny jest zdrowy, skoro zaraz ktoś się dowie, że nie jest? Niektórzy trenerzy pewne rzeczy ukrywają, chcą zaskoczyć przeciwnika. Ja nigdy takich tak nie robiłem, ani w klubach, ani w kadrze. Źle bym się z tym czuł, gdybym dziś powiedział wam, że wszyscy są zdrowi, a jutro, że Gumny nie mógł zagrać, bo ma grypę.

I jeszcze w innym miejscu: – Głowa musi odpocząć. Choć my i tak nie mamy jakiejś napinki, to dla nas wszystkich przygoda życia. Przyjechał tutaj prezes Boniek i inni działacze i też mówią, jak bardzo jest tu normalnie.

Niby łatwo się wymądrzać, gdy twoja drużyna gra tak, jak młodzieżówka z faworyzowanymi rywalami, ale podobnych głosów można znaleźć więcej. W pamięć zapadają choćby słowa Nenada Bjelicy, który niedawno na naszych łamach rozliczał się z przeszłością, z tragiczną końcówką sezonu 2017/18, w trakcie której Kolejorz stracił tytuł, choć przed rundą finałową już był w ogródku i witał się z gąską. Gdy Jakub Białek spytał trenera Dinama Zagrzeb o popełnione błędy, o tym okresie Bjelica powiedział tak: – Żałuję, że zarządziłem tę ciszę medialną w końcówce sezonu. Dziś już tego bym nie powtórzył. Chciałem po prostu ochronić piłkarzy. Media w Polsce tworzą wielką presję i jeśli nie potrafisz się z nią obejść, zwykle działała ona destrukcyjnie. Chciałem, żeby zawodnicy skupili się na treningach, a nie na tym, co jest w gazecie. Mam teraz wrażenie, że przez tę decyzję zakomunikowałem piłkarzom, że moment sezonu jest już bardzo poważny. Z tego punktu widzenia było to złe, bo do tego momentu całkiem normalnie się komunikowaliśmy i tak powinno być dalej. 

Nie wiadomo, jak zakończy się dla młodzieżówki mecz z Hiszpanią i cały turniej. Nie wiadomo, czy przy zderzeniu z niepowodzeniem ludzkich twarzy nie zastąpią maski. Wydaje się jednak, że ta ekipa pod względem mentalnym gotowa jest na wszystko. A sympatii, którą wcześniej zdobyła, stracić nie powinna, choćby nie wiadomo co.

Mateusz Rokuszewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (3)