Ciao Italia. Z wysoko podniesionym czołem i dumnie wypiętą piersią
Blogi i felietony

Ciao Italia. Z wysoko podniesionym czołem i dumnie wypiętą piersią

Nad regionem Emilia-Romania przeszło dziś coś, co przy niskim budżecie spokojnie mogłoby uchodzić za obrazki żywcem wyjęte z katastroficznej produkcji. Słońce głęboko schowało się za chmurami, z nieba prócz ulewnego deszczu leciały kule wielkości śliwek, a wiatr zawiewał tak mocno, że Amerykanie swoim zwyczajem mogliby mu nadać jakieś fajne imię. Przewrócił wszystko, co mógł przewrócić, połamał gałęzie drzew, a nawet całe drzewa, grad pomógł powybijać szyby w samochodach, a woda zablokowała ruch na niektórych ulicach. 

Wszelkie podobieństwa do meczu młodych Polaków z Hiszpanami są rzecz jasna przypadkowe, ale będąc tu na miejscu, aż trudno nie połączyć obu wydarzeń. 

Dzisiejszy krajobraz włoskich ulic

Dzisiejszy krajobraz włoskich ulic

Z dzisiejszym przeciwnikiem od samego początku mieliśmy większe problemy niż włoski spiker łamiący sobie język na „Miszalaku”, „Surkowskim” i „Wieczetesce”. Z tą różnicą, że on męczył się przez minutę, a my przez dziewięćdziesiąt. „Moja drużyna potrafi znaleźć radość w cierpieniu” – Czesław Michniewicz powtarzał te słowa tak często, że stały się one hasłem tej reprezentacji. Dziś tej radości było mniej więcej tyle co przy borowaniu na fotelu u szalonego dentysty. Hiszpanie skrzętnie ukryli ją między setkami podań, a nasza misja poszukiwacza nawet nie sforsowała pierwszych przeszkód. Selekcjoner w trakcie rozmowy przez turniejem żartował, że odebranie futbolówki będziemy celebrować jak gola. Kurczę, prawie trafił. Z czasem opuścił nas nawet nasz serdeczny przyjaciel ze wcześniejszej fazy turnieju.

Fart.

Czy mogło być inaczej? Gdy popatrzymy na kadrę Włochów, którą zneutralizowaliśmy, można szybko odpowiedzieć, że mogło. Nazwiska chyba mieli jeszcze mocniejsze niż Hiszpanie. Jednak oni prócz kapitalnych graczy mieli również zgranie – ta kadra, trochę jak nasza, przeszła przez eliminacje. To ją scementowało. To stworzyło mieszankę, która wybuchła z hukiem w trakcie meczu z kadrą Czesława Michniewicza.

Fabian Ruiz w trakcie jednego meczu oddał więcej kapitalnych uderzeń niż niektórzy gracze z naszej kadry przez cały sezon. Dani Ceballos, najlepszy piłkarz poprzednich młodzieżowych mistrzostw, był dziś jeszcze lepszy niż na polskich boiskach, grał w innej lidze. Jeszcze w pierwszej połowie stało się jasne, że naszą jedyną szansą w tym meczu będzie przewertowanie regulaminów. Przecież musi być tam gdzieś zapisane, że wystawienie dwóch gości o takiej jakości w tej kategorii wiekowej to ich wyraźne pogwałcenie, rzecz podlegająca karze dyskwalifikacji. Jeśli nie ma, to powinno.

65099960_412292772833113_902620551581794304_n

I to tyle, jeśli chodzi o obraz meczu, bo nasi piłkarze swoje już dostali. Choć teraz na pewno pojawią się różne dziwne teorie, to właśnie oni najbardziej dostali dziś po dupie. Wypruli flaki, prócz jakości Hiszpanów, to rzucało się w oczy najmocniej. Nie zasłużyli na dodatkowe znęcanie się nad nimi, bo jedną rzecz trzeba teraz jasno ustalić. Zagrali świetny turniej?

Zagrali.

Zajrzyjcie głęboko w serca i powiedzcie, że nie. No nie da się. Albo zadajcie sobie i szczerze odpowiedzcie inne pytanie. Na ile punktów liczyliśmy wtedy, gdy Michniewicz i jego żołnierze przekraczali próg samolotu? Jeśli ktoś odpowie, że spodziewał się sześciu oczek – szanuję i podziwiam optymizm. Ale naiwny nie jestem – wiem, że takimi osobami nie dałoby się wypełnić nawet stadionu w Niecieczy. Jeśli dałoby się zapełnić sektor gości, byłby to dobry wynik. Ta drużyna zrobiła więcej niż od niej wymagaliśmy, długo zachowując klasę zarówno na boisku, jak i poza nim. Wiem, że historia polskiej piłki w dużej mierze oparta jest o piękne porażki, gdybanie, słowo „prawie” – można mieć tego po dziurki w nosie, można tym wymiotować, ale ten turniej był właśnie taki. Piękny. Nie zapomnijmy, że również baraż z Portugalią był najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się naszemu futbolowi w zeszłym roku.

I dziś ta porażka – jej rozmiary, styl, wszystko – boli. Boli cholernie. Jak drzazga w fiucie, nawiązując do stwierdzenia, które gdzieś tam w polskiej piłce pada. Jednak z czasem znajdziemy powody do optymizmu na przyszłość. Niektórzy jutro, inni za tydzień, kolejnym zajmie to trochę więcej czasu. Ale znajdziemy. To, że gdzieś dla dobra polskiej piłki wykorzystać możemy trenera, który tak potrafi ustawić zespół, że mistrzów taktyki pokona ich bronią. Który pomysłem zasypie przepaść. To, że mamy Krystiana Bielika, piłkarza w naszych realiach nietuzinkowego. To, że o obsadą bramki, również za sprawą Kamila Grabary, nie będziemy sobie zaprzątać głowy przez najbliższych kilkanaście lat. To, że mamy Dziczka, Żurkowskiego, Kownackiego i paru innych, których można bez wstydu wprowadzać do pierwszej kadry, otoczyć dobrymi piłkarzami. Znajdzie się też rzecz jasna w tej kadrze nowy Łukasz Moneta, zaufany człowiek Marcina Dorny na poprzednim Euro, ale generalnie mamy na kim budować.

To tylko kilka godzin, dni, tygodni. Wytrzymajmy.

Mateusz Rokuszewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (16)