Prawdziwym sukcesem U-21 będzie dorosła reprezentacja
Blogi i felietony

Prawdziwym sukcesem U-21 będzie dorosła reprezentacja

Młodzieżowe Mistrzostwa Europy U-21 rozgrywane w Polsce w 2017 roku. Wspomnienie traumatyczne. Miejsce w szeregu pokazali nam Słowacy, do Anglii nie mieliśmy żadnego podjazdu. Jeśli mielibyśmy oceniać przyszłość polskiej piłki wyłącznie na podstawie tego turnieju, byłaby to wizja tak smutna, że nic tylko siąść i płakać. 

Turniej w 2019 roku rozgrywany na ziemiach włoskich. Nowy trener, nowi piłkarze (choć nie wszyscy), nowe roczniki. Drużyna. Może nie każdy w niej ma papiery na wielką piłkę, ale widać po niej schematy, jakość, zgranie. Ma swój styl i nie pęka. Jakkolwiek zakończą się mistrzostwa – bo to wciąż prawdopodobne, że dostaniemy w mazak od Włochów i Hiszpanów, więc nie ma sensu się podniecać i pompować balonika – możemy już mieć powody do zadowolenia. Sam awans to sukces. A ogranie Belgów to potwierdzenie dużej klasy.

I jeśli mielibyśmy oceniać przyszłość polskiej piłki tylko na podstawie tej drużyny, w naszej wizji byłoby znacznie więcej barw. Nie byłaby to już perspektywa apokaliptyczna.

Wśród obserwatorów piłki odżywa czasami odwieczna dyskusja: jaką tak właściwie rolę ma pełnić młodzieżowa reprezentacja? Czy ważny jest wynik sam w sobie? A może jej efekty powinno się oceniać szerzej, patrząc na liczbę piłkarzy, którzy wypromowali się do pierwszej reprezentacji?

Bo tak jak wynik ekipy Marcina Dorny okazał się beznadziejny, tak jeśli mielibyśmy oceniać ją wyłącznie przez pryzmat pierwszej reprezentacji, trzeba byłby ocenić ją POZYTYWNIE. Fakty są następujące: czterech piłkarzy z tej kadry wystąpiło w pierwszym składzie dorosłej reprezentacji w dwóch ostatnich meczach o punkty (Macedonia, Izrael). Bednarek, Piątek, Frankowski, Kędziora. Powołany był także Linetty, który już podczas polskiego turnieju był traktowany jako piłkarz z “jedynki” i Kownacki, który doznał urazu. Kilku zawodników wciąż może do dorosłej reprezentacji zapukać.

Czy to zasługa tej kadry? Nie przeceniamy jej znaczenia, o wszystkim wciąż decyduje przede wszystkim codzienna praca w klubie. Ale był to jednak ważny etap w rozwoju tych chłopaków. Porażka na oczach całej Polski. Publiczna krytyka. Gra z Orzełkiem na piersi przy pełnych trybunach. To doświadczenie, które na pewno nie zaszkodziło. Z którego można było wyciągnąć bezcenną lekcję.

Przykład tamtej drużyny udowadnia więc, że nie ma sensu pochopnie oceniać, bo nawet na tym etapie ciężko przewidzieć, jak potoczy się dalsza kariera poszczególnych piłkarzy. Nawet, jeśli reprezentanci U-21 (choć bardziej precyzyjna byłaby nazwa U-23) to już dorosłe chłopy, czasami grający już na zachodzie, czasami do tego zachodu mniej lub bardziej pukający. Dwa lata od tego turnieju pokazują, że w piłce taki okres to szmat czasu. Niektórzy dziś znajdują się na zupełnie innych biegunach.

KRZYSZTOF PIĄTEK – rezerwowy tamtej reprezentacji. W pierwszym meczu wszedł na sześć minut, w drugim na dwie. Szansę w wyjściowym składzie dostał dopiero w spotkaniu z Anglią, gdy było już po herbacie. Wyżej ceniony był Mariusz Stępiński. Spodziewałbyś się wtedy, czytelniku, że napastnik wchodzący na ogony zrobi taką furorę w Serie A?

JAN BEDNAREK – wprawdzie wybiegał w pierwszym składzie, ale – delikatnie mówiąc – ostoją nie był. Należał do grona najbardziej krytykowanych zawodników. Nie była to krytyka wyssana z palca, zwyczajnie oblał wówczas egzamin dojrzałości. Zawinił przy bramce Słowaków, gdy Safranko zrobił z niego wiatrak. Spowodował karnego z Anglikami, po czym wyleciał z boiska. Spodziewałbyś się wtedy, czytelniku, że poradzi sobie w Premier League i trafi do jedenastki sezonu najzdolniejszych młodzieżowców ligi, która obsadziła cztery na cztery miejsca w finałach europejskich rozgrywek?

BARTŁOMIEJ DRĄGOWSKI – przegrywał rywalizację z Jakubem Wrąblem. Z JAKUBEM WRĄBLEM. Dziś brzmi to niewiarygodnie, ale faktycznie tak było – przesiedział na ławie cały turniej. Dziś ma za sobą rundę, w której zrobił furorę w Serie A. Spodziewałbyś się wtedy, czytelniku, że nasz rezerwowy bramkarz dostanie za chwilę kilka ofert od poważnych klubów, które będą widzieć w nim jedynkę?

A należy do tego grona dodać też Bielika i Grabarę. Pierwszy zaszkodził sobie krytyką selekcjonera w mediach i na turnieju nie powąchał murawy ani na minutę. Drugi zagrał jeszcze grubiej, bo pogardził rolą trzeciego bramkarza i w ogóle nie przyjechał na turniej. Obaj rozwijają się w klubach tak, jak należy, więc winy zostały im szybko zapomniane. I dziś stanowią o sile obecnej kadry U-21.

Pięć postaci, które wylądowało na zupełnie innych biegunach. A kroki do przodu – już nie tak duże – zrobiło też kilku innych piłkarzy. Linetty ugruntował swoją pozycję w Serie A, Frankowski daje alternatywę na skrzydle reprezentacji, Kędziora był w meczu z Izraelem jednym z lepszych piłkarzy na boisku. Stępiński fajnie się pokazał w Serie A, Dawidowicz z Murawskim i Szymińskim radzą sobie na zapleczu (pierwszy awansował do elity), swoje pograli też Jaroszyński i Kownacki.

Dwa lata to jednak szmat czasu i najdobitniej udowadniają to przykłady piłkarzy, którzy zaliczyli zjazd.

JAKUB WRĄBEL – w 2017 roku został uznany za bramkarza, który zapewni nam największą stabilizację. Po turnieju stał się pierwszym bramkarzem Śląska, lecz po szesnastu meczach został wygryziony przez Słowika. W tym sezonie był już tylko rezerwowym. Odszedł do Wisły Płock, gdzie będzie pełnił podobną rolę. Zweryfikowała go nawet Ekstraklasa.

JAROSŁAW JACH – na mistrzostwach Europy U-21 nasz podstawowy stoper. Radził sobie tak dobrze, że dostał nawet dwa pełne mecze towarzyskie w pierwszej reprezentacji. Dziś gra w lidze mołdawskiej, a po drodze odbił się od Crystal Palace i – co dużo smutniejsze – tureckiego Rizesporu.

BARTOSZ KAPUSTKA – już podczas MME znalazł się na zakręcie, przyjechał jako piłkarz Leicester, a w zasadzie to drużyny U-23 ówczesnego mistrza Anglii. Wciąż miał jednak duże widoki, by z tego zakrętu wyjść. Nie poradził sobie we Freiburgu, a ostatni sezon spędził w drugiej lidze belgijskiej i na leczeniu kontuzji. Nadzieje oczywiście jeszcze są, ale już dużo bardziej wyblakłe.

ŁUKASZ MONETA – pierwszy zmiennik na mecz ze Słowacją, wyjściowy skład na Szwecję i Anglię. Przyjeżdżał po dobrym sezonie w Ruchu Chorzów. Od tamtego czasu na poziomie Ekstraklasy rozegrał 123 minuty. W poprzednim sezonie spadł z pierwszej ligi z Bytovią.

To najjaskrawsze przykłady, a przecież można znaleźć jeszcze kilka. Patryk Lipski? Czołowa postać kadry Marcina Dorny, a dziś – mimo brązowego medalu na szyi – jest tak daleko od reprezentacji, jak niektórzy politycy od zdrowego rozsądku. Albo Maksymilian Stryjek, wtedy trzeci bramkarz. Pamiętamy w ogóle o kimś takim? Analogicznie Igor Łasicki, wówczas rezerwowy, od dawna nie jest traktowany jako kandydat na duże granie.

Morał z tej lekcji płynie taki: sam turniej niewiele znaczy, a na prawdziwą weryfikację reprezentacji U-21 będzie trzeba jeszcze poczekać. Oczywiście, widzimy w Bieliku cechy (wyprowadzanie piłki!), które mogą go uczynić rewelacyjnym stoperem pierwszej kadry, pewnie na lata. Widzimy, jak radzi sobie Żurkowski i mamy wręcz pewność, że nie odbije się od włoskiej ligi. Wiemy, że potencjał na duże granie mają Kownacki, Gumny, Grabara czy Dziczek. Ale czy okażą się czołowymi postaciami reprezentacji? Filarami? Zagoszczą w niej na dłużej niż kilka meczów?

A jeśli nikt z tych chłopaków nie pociągnie naszej dorosłej kadry, a na włoskim turnieju wykręcą znakomity wynik, to jak będzie trzeba ich oceniać po latach? Dobrze czy źle?

Jeśli za dwa lata będziemy mogli powiedzieć, że sześciu piłkarzy z młodzieżówki Michniewicza zostało powołanych na mecze eliminacyjne dorosłej reprezentacji, będzie to prawdziwy sukces kadry U-21. Niezależnie od wyniku turnieju.

Fot. 400mm.pl