Głuchy sędzia i bezczelny Łotysz okradli Polaka – gigantyczny skandal w Rydze
Inne sporty

Głuchy sędzia i bezczelny Łotysz okradli Polaka – gigantyczny skandal w Rydze

Wiecie, że lubimy czasem przesadzić, podkoloryzować, rzucić nieco za mocnym słowem. W tym przypadku jednak żadne słowo nie jest za mocne, a żadne koloryzowanie potrzebne. To, co wydarzyło się w Rydze, to jeden wielki skandal, oszustwo i dowód na to, że boks jest tak samo czysty, jak przeciętne wysypisko śmieci. I podobnie pachnie. Amerykański sędzia Robert Byrd do spółki z Mairisem Briedisem ukradli mistrzostwo świata Krzysztofowi Głowackiemu w wyjątkowo bezczelny i skandaliczny sposób. Szczerze i bez cienia przesady: takiego oszustwa w boksie nie było od lat.

Boks to dyscyplina przeżarta gangreną układów, układzików, skandali, oszustw i różnych niezbyt czystych interesów. Tak było, jest i niestety raczej na pewno także będzie. Pierwszy akt skandalu mieliśmy z samego rana. Prezydent federacji WBC nagle oświadczył, że stawką walki Głowackiego z Briedisem jednak nie będzie mistrzowski pas kierowanej przez niego organizacji. Czemu? W sumie – trudno powiedzieć. A kiedy nie wiadomo, o co chodzi, niemal zawsze chodzi o pieniądze. Tu dodatkowo prawdopodobnie chodziło także o wpływy federacji. Zresztą – w świetle tego, co wydarzyło się później – nie ma to żadnego znaczenia.

A wydarzyło się mniej więcej tyle, że Głowacki został potraktowany bez cienia należnej uczciwości i bezstronności, należnej każdemu sportowcowi, a mistrzowi świata w szczególności. Łotewscy fani zrobili iście piekielną atmosferę i od momentu wejścia bokserów do ringu było gorąco. Nawiasem mówiąc, zwyczaj jest taki, że mistrz ZAWSZE wchodzi do ringu jako drugi. Tu Polaka wywołano pierwszego. Ale znów – nie ma to większego znaczenia. Bo potem do głosu doszedł sędzia Byrd i akcja, której świat boksu nie widział od lat, a na takim poziomie – być może nigdy.

Po pierwszej spokojnej rundzie (z delikatną przewagą Głowackiego), w drugiej nastąpiło prawdziwe trzęsienie ziemi. Najpierw Polak uderzył rywala w tył głowy (oczywisty faul), a potem Briedis wyprowadził cios, po którym w normalnych warunkach zostałby zdyskwalifikowany. Piszemy to bez cienia przesady i naprawdę nie możecie nas posądzać o stronniczość. Briedis posłał Głowackiego na deski soczystym ciosem łokciem. Serio. Każdy uczciwy sędzia w takiej sytuacji kończy walkę. To sytuacja mniej więcej z gatunku wjechania rywalowi bez piłki na pełnej prędkości, wyprostowanymi nogami. To zawsze jest czerwona kartka. Nie potrzeba VARu, nie potrzeba analizy. Następuje natychmiastowy „as kier”.

Tutaj pan Robert Byrd (nawiasem mówiąc ma 74 lata i ewidentnie chyba już czas na emeryturę) postanowił odjąć Briedisowi punkt za faul, dał Głowackiemu kilka sekund, po czym puścił walkę. Rzecz w tym, że Polak wcale nie zdążył dojść do siebie. Byrd po ewidentnym faulu, który przecież widział, miał obowiązek dać mu tyle czasu, ile potrzebował. Tymczasem w momencie wznowienia pojedynku Głowacki wciąż był zamroczony, co Łotysz wykorzystał bez wahania. O to jeszcze trudno mieć do niego pretensje – piłkarze też wykorzystują rzuty karne z kapelusza. Potem jednak doszło do sytuacji totalnie skandalicznej. Głowacki wstał, sędzia policzył do ośmiu, po czym wznowił walkę. Rzecz w tym, że kilka sekund później runda się skończyła. A raczej – powinna się skończyć, bo upłynął jej czas. Obok ringu zabrzmiał gong, ale sędzia Byrd go nie usłyszał. Sędzia czasowy walił w niego przez co najmniej 10 sekund, arbiter ringowy nie reagował, a Briedis ładował w zamroczonego Polaka.

Ba, ludzie z łotewskiego narożnika wpakowali się do ringu, ewidentnie słysząc gong. Sędzia Byrd dalej nie reagował! Więcej, po wszystkim Briedis z bezczelnym uśmieszkiem przyznał, że on gong usłyszał od razu, ale nie przeszkadzało mu to tłuc półprzytomnego Polaka. W trzeciej rundzie było po wszystkim.

Przepisy bokserskie są jednoznaczne: jeśli w trakcie trwania walki (czyli dopóki sędzia jej nie przerwie), ktoś z ekipy boksera wejdzie do ringu, oznacza to dyskwalifikację. Andrzej Wasilewski, promotor Głowackiego, nie wyklucza apelacji. Sytuacja jest jednak mocno skomplikowana, bo mówimy nie o zwykłej walce, tylko o turnieju. W drugim półfinale Dorticos brutalnie znokautował Tabitiego i może się już szykować do finału, do którego prawie na pewno dojdzie w Rydze. Jakoś mu nie zazdrościmy tego, co go czeka i wcale nam nie chodzi o fanatycznych kibiców Briedisa. Oni akurat dzisiaj wielkiej roboty nie zrobili. Wystarczył jeden głuchy sędzia…

JAN CIOSEK Z RYGI

foto: newspix.pl