Mundialowe deja vu. Coutinho rozkręca imprezę
Weszło

Mundialowe deja vu. Coutinho rozkręca imprezę

W Barcelonie może mu nie iść. Może kończyć sezon ligowy w takim zespole z ofensywnymi liczbami na poziomie Juniora Firpo czy Alfonso Pedrazy. Ale gdy Philippe Coutinho przywdziewa trykot reprezentacji Brazylii, gdy Canarinhos są w potrzebie, rzadko zawodzi. Gdy Canarinhos zaczynali mundial w Rosji, strzelił dla nich pierwsze dwa gole. Identycznie rozpoczyna też Copa America.

To był dla niego sezon pełen rozczarowań, możliwe że wręcz najgorszy w karierze. Coutinho przyjeżdżał na kadrę ze świadomością, że zawiódł na całej linii. Że nie potrafił klubu, o którym marzył od dziecka, wspomóc tak, jak się tego po nim spodziewano, gdy płacono za niego Liverpoolowi 145 milionów euro. Mało tego, jak bardzo musiał go boleć fakt, że w osiemnaście miesięcy od zmiany barw, jego poprzedni klub dwa razy był w finale Ligi Mistrzów, za drugim podejściem wygrywając całe rozgrywki? Podczas gdy Barcelona rok po roku dawała się wyeliminować wypuszczając trzybramkowe prowadzenie z pierwszego spotkania.

Miał pełne prawo przyjechać na kadrę naładowany emocjami, niekoniecznie pozytywnymi. Copa America nie miała dla zawodnika Blaugrany być przedłużeniem świetnych rozgrywek, tylko raczej odskocznią od dość smutnej – nawet mimo zdobycia mistrzostwa Hiszpanii – katalońskiej rzeczywistości.

Trzeba przyznać, że Coutinho potrafił negatywne odczucia odłożyć na bok w okamgnieniu. Albo wręcz ukierunkować całą tę gromadzącą się w nim złą energię i przekuć w siłę do znakomitego występu.

Dorosła reprezentacja Brazylii zagrała dziś pierwszy turniejowy mecz u siebie od 2014 roku. Od 0:3 z Holandią w meczu o brąz, które poprzedziło słynne Mineirazo, 1:7 z Niemcami. Bez kontekstu trudno byłoby w to uwierzyć, ale starcie z Boliwią na otwarcie Copa America to naprawdę był mecz o potężnym ciężarze gatunkowym. Aby odgonić demony, trzeba po prostu wygrać mistrzostwa Ameryki Południowej. Raz jeszcze – po sukcesie kadry olimpijskiej w Rio – obronić swoje terytorium przed łaknącymi złota rywalami.

Długo widać było, że oczekiwania ważą wiele. Brazylijczycy siedli na Boliwijczykach, mieli piłkę trzy razy dłużej niż rywale, ale niewiele z tego wynikało. Stojący w bramce Boliwii Carlos Lampe musiał być nieźle zaskoczony, że na dzień dobry, w meczu z gospodarzem, w pierwszej połowie tylko raz będzie musiał interweniować. Że nawet jego karygodny błąd – wybicie prosto pod nogi przeciwnika będąc ładnych kilkanaście metrów od linii bramkowej – nie skończy się strzałem Richarlisona do pustaka. Zawodnik Evertonu ustrzelił jednak jedynego rywala stojącego na drodze między nim a celem.

Można powiedzieć, że co nie udało się zawodnikowi Evertonu, udało się… Evertonowi. W końcówce drugiej połowy, gdy w stylu charakterystycznym dla Philippe Coutinho zszedł na strzał z szesnastego metra i zakręcił po dalszym słupku.

Mistrz mógł być dumny. Ale to on wcześniej sprawił, że ciśnienie zeszło z graczy Canarinhos, że przestał im grozić remis 0:0 i nabicie sobie guza od walenia głową w mur w spotkaniu z zespołem zdolnym oddać przez 90 minut jeden celny strzał. Najpierw po wspartej VAR-em decyzji Nestora Pitany bardzo pewnie wykorzystał rzut karny, a trzy minuty później w zasadzie rozstrzygnął spotkanie pakując piłkę do siatki głową po doskonałej piłce Roberto Firmino.

Canarinhos zaczynają więc mocno i od wyniku, który stwarza pozory pewnego zwycięstwa. Jeśli to napędzi ich na kolejne spotkania, nikt męczarni do 50. minuty wspominać nie będzie.

Brazylia – Boliwia 3:0
Coutinho 50’ (k.), 53’, Everton 85’

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)