„Gdyby nie Anioły, to życie sąsiedzkie by u nas umarło”
Weszło Extra

„Gdyby nie Anioły, to życie sąsiedzkie by u nas umarło”

W Barcelonie mają Camp Nou, oni mają Saharę. Mają też w swoich szeregach Japończyka ściągniętego z lig australijskich, a w sztabie szkoleniowym dziarsko działa 70-letni eks-zawodnik Górnika Zabrze i Śląska Wrocław, mistrz Polski z 1967 roku. Wszystkim zarządza natomiast lokalny przedsiębiorca, który w swojej ukochanej miejscowości doliczył się aż 252 krewnych. Anioły Garczegorze to naprawdę wyjątkowy punkt na piłkarskiej mapie Polski. Tym razem w ramach współtworzonego z Etoto cyklu #PowiatBet postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś więcej o tym niepozornym, lecz cholernie ambitnym zespole.

Z pozoru Garczegorze – dawny Garczygórz, a z niemiecka Garzigar – może wyglądać na wieś, jakich jest w Polsce wiele. Tysiące, żeby nie powiedzieć: dziesiątki tysięcy. Nad krajobrazem góruje kościelna wieża, w centrum dumnie pręży się sklep spożywczo-monopolowy, pod nogami szwendają się kury i koguty, psy uwiązane na łańcuchach ujadają wniebogłosy, a dookoła widać głównie lasy i pola. Ot, wioseczka pod Lęborkiem. Sympatyczna, ale – przynajmniej na pierwszy rzut oka – kompletnie nieciekawa. Przejeżdżasz przez taką autem i nic szczególnego nie przykuwa twojej uwagi, bo i na co tu rzucić okiem? Na kolejną reklamę gospodarstwa agroturystycznego z cyklu „TANIE POKOJE”? Nikt przecież jeszcze nie reklamował nigdy drogich pokoi. Banery dotyczące auto-części też nieszczególnie przyciągają wzrok.

Jest jednak pewien napis, który frapuje. Zdecydowanie nietypowy.

SG200100

No bo jak to, „Sahara” w Garczegorzu? Jak, skąd, dlaczego? Czy to jakaś pomorska odpowiedź na Pustynię Błędowską? Nic bardziej mylnego. Sahara to piłkarski stadion. W pomorskiej IV lidze obiekt zresztą dość sławny, choć niekoniecznie cieszący się pozytywną reputacją. Jednak czwartoligowe Anioły Garczegorze czują się tam jak w niebie.

PAMIĘTACIE, ŻE W ETOTO MOŻNA TYPOWAĆ WYDARZENIA Z NIŻSZYCH LIG?

KURSY NA STARCIE IV LIGI, KASZUBIA – ANIOŁY. 1 – 2.35; X – 3.90; 2 – 2.10.

– Ta Sahara to jeszcze za mojego taty była – opowiada Andrzej Syldatk, zwany „Aniołem”. Prezes… Aniołów. – Jak on był mały, to już tam grali w piłkę. Non stop były tam piaski. Z jeden strony sam piach, z drugiej trochę zarośnięte. I nigdy tam żadna trawa nie chciała rosnąć. Do tej pory, dopóki nas nie wyczuto, to był nasz największy atut. To boisko. Nadal zresztą jest. Jak deszcz popada, to mamy przewagę. A jak nie popada, to inni też już sobie jakoś radzą. Ale generalnie wszyscy mamy podobne boiska w czwartej lidze. Byłem na boisku w Kowalach i wielkich różnic nie widziałem. Może jest ciut więcej trawy. A nasze boisko jest przynajmniej ciekawie położone, w ustroniu. Może tej trawy nie ma za dobrej, ale dosyć fajnie jest wkomponowane zaraz obok miejscowości.

– Ta nazwa się nigdy nie zmieni. Sahara zostaje dożywotnio – zapewnia Syldatk. – Nie ma chyba innego obiektu w czwartej lidze, który ma własną nazwę. Czy nie? Tak jak w Barcelonie jest Camp Nou, my mamy swoją Saharę. Ten stadion pod tą nazwą funkcjonował jeszcze wtedy, gdy my sami żeśmy ze świerku sobie bramki budowali. Co pamiętam doskonale, bo ciągle nam odpadały poprzeczki. I będzie już Sahara do końca, nawet jak położymy tam nową płytę.

SG200110

SG200118

SG200133

Sahara rzeczywiście przez wiele lat była obiektem, na którym skutecznie potrafili sobie radzić wyłącznie gospodarze, notujący tam często naprawdę długie serie meczów bez porażki. Poniekąd wciąż tak jest – Anioły na własnym boisku zdobyły w bieżących rozgrywkach aż 22 punkty, a z wyjazdów przywiozły tylko dziewięć oczek. Nawet najmocniejsze w realiach czwartoligowych ekipy łamały sobie zęby na Aniołach z Garczegorza, którzy na swoim boisku nie tylko rozgrywają ligowe spotkania, ale i trenują, zatem do niełatwych warunków są doskonale przystosowani.

– Wszyscy mówią, że to nasze boisko jest beznadziejne… – zaczyna Tadeusz Wanat senior, jeden z trenerów klubu.

– Ciężko o tym boisku powiedzieć cokolwiek innego, trenerze – napomina go przytomnie jeden z zawodników.

– Dobrze, ale dla wszystkich warunki gry są takie same. Też mamy z tym problem, ale gramy tam, gdzie możemy. Na Saharze trenujemy, gramy, jemy, śpimy. Wszystko. Czujemy się tu jak w domu, więc gospodarzowi zawsze ściany trochę pomagają – tłumaczy Wanat. Wtóruje mu Łukasz Łapigrowski, jeden z kapitanów zespołu. – My też chcielibyśmy grać na lepszym boisku. Przecież to nie jest tak, że my się tu nie męczymy. Też mamy kłopoty, żeby pograć tu w piłkę

– Wszyscy na to boisko marudzą, bo przyjeżdżają tu drużyny z większych miast, a chłopaki ze wsi… Co tu dużo mówić, no po prostu ich leją – kończy trener.

Rzeczywiście – marudzenia na drużynę Aniołów można w środowisku pomorskiej IV ligi usłyszeć sporo. Jeżeli podpytać trochę przedstawicieli innych klubów z tych rozgrywek, nie chcą jednoznacznie potępiać ekipy z okolic Lęborka, ale jednak wszyscy wypowiadają się mniej więcej w tym samym tonie: Anioły grają bardzo prosty, niekiedy brutalny futbol i korzystają przede wszystkim na tym, że ich boisko niekoniecznie nadaje się do gry w piłkę. Wymowna była też tyrada, jaką wygłosił Waldemar Walkusz – trener Pogoni Lębork – po przegranych derbach z Aniołami w 2016 roku:

– Tego nie można nazwać meczem piłki nożnej. Jeżeli jeden zespół nastawia się tylko na to, żeby za wszelką cenę powstrzymać przeciwnika, bez względu na to jakimi metodami… Najlepszym dowodem jest to, że jeden z naszych zawodników ma złamaną kość jarzmową, pozostali mają dosyć poważne urazy. Zdawałem sobie sprawę, że przyjeżdżamy tu nie na mecz piłki nożnej, ale na mecz bokserski. Zapasy, jakąś odmianę karate. To wszystko dzisiaj widzieliśmy. Akcji piłkarskich w tym spotkaniu nie było. Na tym boisku, z tym zespołem można grać tylko dośrodkowaniami, albo po dłuższych wyrzutach z autu. Miałem dużo sympatii do tego środowiska, ale to nie jest piłka nożna. Jeżeli tak mamy grać mecze derbowe w naszym powiecie, to ja nie chcę w tym uczestniczyć. Nie godzę się z tym. Obym ostatni raz przejechał na Saharę jako trener drużyny przeciwnej.

SG200122

SG200123

SG200129

Mimo wszystko – boisko, choć rzeczywiście bardzo kiepskie i nadające się do natychmiastowej wymiany, nie wygląda na aż tak tragiczne, jak je niektórzy malują. Prezes Syldatk sądzi, że ta powszechna niechęć i krytyka wynika z kompleksów:

– Gdańsk zachowuje się wobec nas w porządku, mają szacunek. Ale niektóre kluby traktują nas bez szacunku – mówi właściciel klubu. – Chcą cały czas spuścić nas z ligi, bo robimy im obciach. Jesteśmy mali, a potrafimy z nimi rywalizować jak równy z równym. Punkty im odbieramy. Rok temu żeśmy odebrali awans Gromowi Nowy Staw. Przegrali z nami kluczowy mecz i awans im odleciał. Pogoń Lębork pierwszy raz z nami tutaj, na Saharze, wygrała dopiero w zeszłym sezonie. Gryf Słupsk też ma u nas ciężko. Rezerwy Lechii tutaj kiedyś przyjechały w pełnym składzie. Dopiero w doliczonym czasie wygrali. Przyjeżdżają mocni rywale z gwardią zaciężną i łatwo nie jest.

– My dzięki temu bardzo rośniemy. Jako – powiem brzydko – wieśniaki czujemy się wyżej niż inni, bardziej docenieni. Wiele drużyn z tradycjami, jak Gedania, Pomezania, Rodło, Gryf… Oni nas wszyscy muszą dzisiaj doceniać. Chcąc nie chcąc, muszą się z nami liczyć. A my czujemy się lepsi od innych wiosek z tego powodu. Mamy to coś, co nas wyróżnia. I mam nadzieję, że jeszcze parę razy zagramy większym na nosie – dodaje Syldatk.

Anioły Garczegorze to rzeczywiście klub bez większych tradycji. Założony ledwie przed dwunastoma laty. Dla drużyny z tak krótkim stażem w oficjalnych rozgrywkach zadomowienie się na poziomie IV ligi to duży sukces. Dla wioski natomiast – powód do dumy.

– Mieszkańcy tym klubem żyją. Jak zanosi się na spadek, są spotkania z mieszkańcami, zagrzewanie do walki. Dużo okolicznych miejscowości też kibicuje Garczegorzu. Teraz wszyscy się dowiedzieli, co jest za klub Wda Lipusz, tak się interesują, czy uda nam się wyprzedzić Wdę w tabeli i zapewnić sobie utrzymanie. Ludzie tym klubem żyją, chcą tego – mówi Syldatk. – Wioska dzięki tej drużynie jest bardziej scalona. Wszystko się dzieje wokół klubu, a on swoimi występami pomaga wiosce. Jesteśmy jako drużyna integralną częścią gminy. Młodzież w tej chwili szkolimy w Nowej Wsi Lęborskiej, ją też wciągamy. Mamy promocję. Gmina nie jest za bogata, musi się wypromować w województwie.

– Dla młodych nie ma tutaj żadnych perspektyw. Z Garczegorza się przeważnie ucieka – dodaje. – To jest rolnicza miejscowość, oparta na produkcji mleka. Często jedyną perspektywą dla dzieci jest właśnie sport. Ci zawodnicy, którzy grają w Aniołach to często są idole dla dzieciaków stąd. Słyszę rozmowy jedenastoletnich łebków i oni gadają o „Boczku” [Marcin Staszczuk] tak jak ja z panem bym rozmawiał o Robercie Lewandowskim.

SG200147

SG200149

SG200153

Jeżeli zapytać mieszkańców Garczegorza, to rzeczywiście – zainteresowanie losami Aniołów wygląda na spore. – Chodzi się na mecze, wie pan. Ja tam jakimś wielkim kibicem piłkarskim to ogólnie nie jestem, tyle co się reprezentację w telewizji obejrzy, jak akurat gra. Ale ta atmosfera Sahary mnie akurat odpowiada – mówi jeden z garczegorzan.

Andrzej Syldatk nie ma wątpliwości, że mecze Aniołów to jest już ostatnia nitka, która splata jeszcze relacje sąsiedzkie w wiosce, zwłaszcza jeżeli chodzi o mieszkańców, którzy osiedlili się w Garczegorzu niedawno, a nie mieszkają tam od pokoleń. A takich przybywa.

– W tej chwili, licząc z tymi co się pobudowali, wioska ma coś koło 500 mieszkańców – mówi prezes. – Jako ciekawostkę mogę podać, że 252 osoby to są członkowie mojej rodziny. Wszyscy tu byliśmy spokrewnieni ze sobą. Jak pamiętam czasy mojego dzieciństwa jeszcze, to to życie we wiosce inaczej wyglądało. Gdyby nie Anioły, sąsiedzkie życie by u nas umarło. Ludzie by się praktycznie nie widywali. Połowa ludzi, co przychodzi na nasze mecze i bierze sobie piwko, to ich nawet piłka nie interesuje. Część pewnie nawet wyników nie kojarzy. Kibicują, pytają się, ale nie są fanatykami piłki. Po prostu się na meczach spotykają. W dobie cyfryzacji życie sąsiedzkie umiera całkowicie, nawet na wsi. Kiedyś się spotykano przy kartach, na baśce [kaszubska gra karciana]. To umiera. Dopóki klub istnieje i się hula, to niech się hula. Robimy też duże festyny, na których pojawia się po kilka tysięcy osób. Zawsze parę groszy wpadnie i można coś nowego postawić. A to plac zabaw, a to salę.

Screenshot_2019-06-14 Festyn w Garczegorzu Gąsienice zmiażdżą autobusy Oj, będzie się tutaj działo

Screenshot_2019-06-14 Festyn w Garczegorzu 2014 Zobacz zdjęcia

Anioły Garczegorze to klub, który powstał zupełnie od zera. Zbudowany przed dwunastoma laty przede wszystkim uporem i wysiłkiem grona założycieli, futbolowych zajawkowiczów.

– Zacząłem to wszystko ja, mój tata i mój brat – mówi Syldatk o początkach Aniołów. – Tata już świętej pamięci. Graliśmy kiedyś w lidze gminnej, w pewnym momencie żeśmy ją wygrali. Nasze ambicje sięgnęły trochę wyżej. W 2007 roku założyliśmy drużynę B-klasową. W ciągu trzech lat żeśmy awansowali do okręgówki. Awans był rok po roku. Na okręgówce żeśmy się zatrzymali, ale nam jak zwykle było mało. Weszliśmy do czwartej ligi, w której jedziemy teraz kolejny rok. Żeby przejść z ligi gminnej namawiał nas taki zażarty kibic, mieszka niedaleko. Andrzejek Mielewczyk. I taki sędzia, Andrzej Myszk. Namówili nas, żeby przejść pod skrzydła okręgowego związku i już się w to gminne granie nie bawić. To się faktycznie przyjęło. Emocje są większe, cała liga gminna zresztą umarła.

Właściciel klubu i jego brat to obrotni biznesmeni. Jeżeli zapytać o nich przedstawicieli innych ekip czwartoligowych, mówią mniej więcej tak: „Dokładnie nie znam. Właściciel ma chyba jakieś wielkie złomowisko, dlatego jak na taki mały klub, mają tam całkiem niezłe finansowanie. Radzą sobie nieźle”.

– Prowadzę działalność gospodarczą, handluję wszystkim – tłumaczy Syldatk. – Mosty, złom, samoloty. Można nawet dodać, że militariami. Ile pieniędzy włożyłem w klub? Powiem panu, że to jest już dzisiaj nieobliczalne. Bardzo dużo. Na samo boisko poszło 200 tysięcy złotych z naszych pieniędzy, jak żeśmy je robili kilkanaście lat temu. Sprzęt, wszystko. To jest włącznie nasz twór. Dopiero później gmina zaczęła nam pomagać. Tutaj nie ma dużych funduszy, one są jakie są. Ograniczone. Gmina daje nam pieniądze na drużyny juniorskie, włącznie z utrzymaniem boiska. 89 tysięcy złotych. A to są wszystko wydatki: dojazdy, zespoły juniorskie, trenerzy, drużyna seniorska. Plus utrzymanie obiektu. Gmina nam do obiektu nic nie dołożyła. Żeśmy to sami zrobili, jako wioska. Teraz dostaliśmy trybuny, ławki, szatnie. I tak żeśmy wiele osiągnęli, jak na tak małą miejscowość.

– Przy obecnym systemie czwarta liga jest szczytem naszych ambicji – dodaje. – Gdyby było tak jak kiedyś, osiem grup, to na pewno byśmy chcieli powalczyć o awans. Na dziś nie chcemy jednak podzielić losu Pogoni Lębork, która cały czas się nie może otrząsnąć, no i Pomorza Potęgowo, które zostało przez trzecią ligę zlikwidowane. Nie stać nas na więcej, już teraz wszystko robimy na styku.

SG200134

SG200119

SG200137

Jak rodzina ocenia kosztową pasję pana Andrzeja?

– Żona z początku to i przez parę lat miała nerwy, ale później odpuściła – opowiada „Anioł”. – Wiedziała, że i tak mnie nie przekabaci, choć mówiła, że chce mieć męża dla siebie. Nie ustąpiłem, postawiłem na swoim. Jej niczego nie będę zabraniał i w drugą stronę też ma tak to działać. Jestem człowiekiem upartym. I jak ktoś ze mną zaczyna wojować, to ja się jeszcze bardziej nakręcam. Dlatego żona odpuszcza. Czasem mówi: „Weź lepiej idź już na ten mecz i nie marudź”. Ostatnio mi nawet po porażce kazała wejść do szatni, parę mocnych słów rzucić, a nie się denerwować i dwa dni do tyłu chodzić po domu. I faktycznie. Po Gedanii [porażka Aniołów 0:1 u siebie] poszedłem, wstrząsnąłem i zaczęło to jako-tako wyglądać. Mój tato też tak zrobił parę lat do tyłu. Taką szkółkę dostali, że mała bania. Że widzę jedenaście bab na boisku, nie chłopów. I zaczęli walczyć. Ja nie lubię ludzi, którzy nie podchodzą do sportu jak mężczyźni. Denerwuje mnie to. Niech taki se idzie w szachy grać.

Nie da się ukryć, że ten sezon Aniołom udał się średnio, choć w tej chwili wygląda na to, że utrzymanie wciąż jest jak najbardziej w zasięgu klubu z Garczegorza. Jesień zwiastowała katastrofę, ale ekipa mocno się zmobilizowała na rundę wiosenną i od jakiegoś czasu zaczęła porządnie punktować, nadrabiając straty w błyskawicznym tempie. Właściciel nie boi się jednak spadku – traktuje to raczej jako perspektywę oczyszczenia, która może drużynie wyjść na zdrowie. Aczkolwiek mobilizacja wewnątrz ekipy jest maksymalna.

– Liga się jeszcze nie skończyła, trzeba jeszcze mocno popracować – mówi cytowany już Łukasz Łapigrowski. 34-letni zawodnik to jeden z filarów zespołu z Garczegorza. – Musimy zdobyć cztery punkty, wtedy teoretycznie mamy już spokojną sytuację. Jeżeli zdobędziemy siedem punktów, jesteśmy już w stu procentach pewni utrzymania w czwartej lidze. Ale to trzeba jeszcze wygrać. Złapaliśmy troszkę pewności po ostatnich wynikach. Zdobywamy bramki, zdobywamy punkty. Złapaliśmy rytm, którego nam brakowało w pierwszej części sezonu.

– W klubie jestem już od dwunastu lat. Trafiłem do niego z trzecioligowej Bytovii, gdzie nie porozumiałem się z władzami klubu odnośnie nowego kontraktu. Na początku byłem jedną z wiodących postaci w zespole i można powiedzieć, że tak jest do dzisiaj. Ale na boisku jesteśmy sobie równi – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jeżeli nie będziemy całością, nic nie osiągniemy. Kiedy koncentrujemy się na pracy zespołowej, możemy w czwartej lidze powalczyć z każdym, nawet z liderem. Dla mnie piłka to wyłącznie hobby, ponad dwadzieścia lat przebywam na piłkarskich boiskach. Innym chyba przeszkadza to, że my mamy to doświadczenie, potrafimy gryźć trawę i w każdy mecz wkładamy całe serce. To jest naszym atutem. Charakter, nie trudne boisko, na którym piłka przy każdym dośrodkowaniu robi kiksa – dodał zawodnik.

62439504_342318529785397_4457524433694752768_n

SG200166

SG200189

Gra w Aniołach to generalnie jest właśnie kwestia hobby i futbolowej zajawki, bo za występy zawodnicy nie mogą oczekiwać bajońskich premii wpisanych do kontraktów. Prezes w inny sposób wyobraża sobie funkcjonowanie klubu.

– My jesteśmy ludźmi, którzy lubią wojować. Nie odpuścimy nigdy. Orkan Rumia spadł, Bytovia II spadła, Kolbudy spadły. A my cały czas walczymy. Chociaż w pewnym momencie sezonu już nas pogrzebali, już wszyscy powiedzieli, żeśmy spadli. A teraz nam dużo do utrzymania nie brakuje – mówi Syldatk. – Mamy zawodników z okolic Pobłocia, z Lęborka, z Choczewa. I aktualnie dwóch graczy także stąd, z Garczegorza. Z naszej miejscowości. Większość piłkarzy jest stąd. Jeżeli chodzi o gwardię zaciężną, gra u nas tylko jeden zawodnik z Wejherowa. No i Japończyk. Chciał się tu wypromować, a nam się trochę odmienności przyda. Niech gra u nas. Żeśmy go załatwili przez Australię, tam ostatnio grał. Trochę papierkowej roboty z tym było.

– Trwamy od dwunastu lat, ale chcielibyśmy, żeby to było dwadzieścia, a potem trzydzieści. Dużo ludzi się angażuje. Póki oni są, klub nie umrze. Jak gmina zainwestuje w stadion, to na poziomie co najmniej A-klasy powinniśmy się utrzymać. Szczerze? Ja zajmuję się koordynacją tego wszystkiego, ale większość zadań wykonują za mnie inni. Nie biorą za to ani złotówki. Trzy stówy na miesiąc dostaje tylko taki kawaler, co nam kosi trawę na boisku, sprząta szatnię i tak dalej – mówi prezes. – Piłkarze dostają diety. 50 złotych za przegrany mecz, 100 złotych za remis, 200 złotych za zwycięstwo. Plus kasa na dojazdy, leczenie, jakieś rehabilitacje. Nie ma stałych diet. Ja jestem tego zdania, że pieniądze trzeba podnieść z boiska. Nie można ich rozdawać za nic. Dlatego nie mamy gwiazd. U nas grają średniacy, z których trener Wanat robi piłkarzy. I oni na boisku potrafią zostawić serce.

Zaraz, zaraz. Wróć. Japończyk z Australii w Garczegorzu?

– Poszukiwałem klubu piłkarskiego w Europie – opowiada Ryuta Katsura, który do Garczegorza trafił z australijskiego Mt Gravatt Hawks FC. Liga stanowa, amatorska drużyna. – Moja przyjaciółka powiedziała, że w Polsce będę miał szansę, żeby gdzieś się zaczepić i grać tu w piłkę, więc zaryzykowałem. Najpierw próbowałem się dostać do Gryfa Słupsk, ale nie grałem aż tak dobrze, żeby podpisać tam kontrakt. Potem trafiłem do Garczegorza, no i tutaj zostałem.

– Kilka lat temu musiał zdecydować – albo grać dalej w piłkę, albo dać sobie z tym spokój. Postanowiłem kontynuować tę przygodę, a zawsze chciałem grać w piłkę za granicą. Wtedy trafiłem do Australii – mówi Ryuta. – Przyszedłem na świat w okolicach Tokio, przed wyjazdem mieszkałem także w Osace. Teraz mieszkam w Słupsku, ale świetnie się tu czuję i odnajduję. Choć oczywiście chciałbym się rozwinąć, zrobić w Polsce krok do przodu. Na razie nie zastanawiałem się jeszcze nad moją przyszłością. Sezon cały czas trwa. Ja staram się po prostu cały czas gonić za moimi piłkarskimi marzeniami – kończy 25-latek, który w wielu meczach był wyróżniającym się zawodnikiem Aniołów.

63176247_453486548552757_7901636357347344384_n

SG200159

SG200167

– Ryuta to całkowity amator – przyznaje otwarcie Tadeusz Wanat senior. – Przyjechał na testy, trafił do nas na okres przygotowawczy. Szukał klubu, chciał się gdzieś zaczepić. Skierowano go najpierw do Gryfa, tam się nie załapał. Przede wszystkim były straszne kłopoty z rejestracją. Trzeba przejść wiele spraw administracyjnych, żeby ściągnąć takiego zawodnika. Nie każdy ma na to czas i ochotę. Myśmy też się w zasadzie zdecydowali w ostatniej chwili, bo nasza kadra była już bardzo wąska. W sparingach chłopak dobrze się prezentował, umiejętności techniczne jak na czwartą ligę ma bardzo wysokie.

Swoją drogą – pan Tadeusz senior to też jest ciekawa historia. Mistrz Polski, autor 38 trafień dla Śląska Wrocław dziś ma 70 lat, żyje z dala od ekstraklasowej piłki i spełnia się, prowadząc drużynę Aniołów. Czy raczej – wspierając w tym swojego syna, bo w tej chwili to Tadeusz junior jest pierwszym szkoleniowcem, a ojciec służy mu pomocą i radą.

– Rola trenera jest w klubie kluczowa – mówi Syldatk. – Wszystko w seniorach ma ogarnąć trener. Ja załatwiam fundusze, nic innego mnie nie interesuje. Jeśli wyniki są słabe, to trenerzy obrywają, nie piłkarze. Ja sobie funkcjonowaniem zespołu nie zaprzątam głowy. Zwolniłem tylko jednego trenera w ciągu dwunastu lat zarządzania zespołem. Za wyniki, a raczej ich brak. Wtedy granica pękła.

– W tym sezonie chcemy dokonać zmiany pokoleniowej. Niech młody Wanat weźmie już na siebie ten zespół, a Tadek tylko mu pomaga ewentualnie – kontynuuje prezes. – Ma już 70 lat, to bardzo doświadczony człowiek. Dużo historii mi naopowiadał o tym, co się w polskiej piłce działo. Szok przeżywałem. Człowiek z takim dorobkiem jest nam bardzo potrzebny w klubie. Pamiętam, że jak do nas trafił to zawodnicy najpierw sprawdzili jego historię, a potem wielkie oczy zrobili, że taki trener ich poprowadzi. Ale mówię – Tadek to już się powoli zaczyna robić stara szkoła. Zawodnicy też to zauważają. Potrzeba trochę zmiany. U Tadka jest tylko jedna zasada – zero z tyłu. Nie stracisz gola, zawsze masz chociaż jeden punkt. A dzisiaj w piłce to już nie do końca powinno w ten sposób funkcjonować. Bardziej do przodu się gra, pierwsza obrona to atak. A u Tadka wszystkie siły rzucone na obronę, ten jego autobus już niektórych denerwuje. On o tym wie. Będzie juniorów prowadził, zostanie przy klubie. Ale powoli kierujemy go już na odpoczynek. Chociaż i tak nie odpocznie, bo tam w domu telewizory są non stop na piłkę nożną włączone i to trzy jednocześnie. U Wanatów nic innego się nie ogląda, o niczym innym się nie rozmawia.

Starszy z Wanatów, pomimo wieku i kłopotów ze zdrowiem, jest nad wyraz dziarskim jegomościem. Podczas treningu osobiście rozstawia pachołki, zbiera piłki i nie odpuszcza swoim podopiecznym nawet na minutę, cały czas dopingując ich do zdwojenia wysiłków na zajęciach. Nieudane zagrania i techniczne niechlujstwa mocno go drażnią. Zawodnicy Aniołów, jeżeli chodzi o warianty ofensywne, ćwiczą przede wszystkim dogrania górą, strzały główką i z powietrza, rozrzucanie akcji do skrzydeł. To najważniejsze elementy gry na koślawej płycie Sahary.

– Dzisiaj akurat źle pan trafił, jak pan chce zdjęcia robić. Tylko dziewięciu zawodników mamy na treningu – śmieje się trener. – Praktycznie od półtora roku pierwszym trenerem w zespole jest młodszy z trenerów Wanatów, dzisiaj wyjątkowo zajęcia prowadzę ja. Ogólnie pełnię rolę bardziej uzupełniającą, niejako asystenta. Poza tym – dwa razy w tygodniu pracuje z nami trener bramkarzy i tak w trójkę sobie radzimy. Jakieś postępy widać. No i w ten sposób przygotowujemy się do meczów, wspólnie ustalając plan treningowy. Wielkich możliwości nie mamy, bo nasza kadra wiosną jest dosyć szczupła, paru zawodników się wykruszyło. Niektórzy nie spełnili oczekiwań, porezygnowali, poodchodzili. Sześciu, siedmiu ludzi odeszło, pozyskaliśmy jednego zawodnika. Potem on sam też uznał, że nie jest w stanie funkcjonować w zespole. I jeszcze jeden zawodnik mniej.

– Generalnie osiemnastkę meczową zawsze mamy, trochę się rotującą. Grają dla nas zawodowi żołnierze, którzy nie mogą się przecież zwolnić na mecz. Służba to służba. Z tym też się liczymy, dzisiaj na treningu nie ma trzech żołnierzy. Kłopoty kadrowe były chyba główną przyczyną tego, że – głównie jesienią – nasza forma była słaba. Sporo punktów potraciliśmy – martwi się były zawodnik Śląska Wrocław.

62461511_2315103085426326_6231945654701129728_n

SG200178

SG200187

– Ja już w Garczegorzu jestem dłuższy okres. Najpierw prowadziłem zajęcia wspólne z Mariuszem Misiakiem, potem prezes mu podziękował i zacząłem działać sam. Dzisiaj człowiek jest już na emeryturze, ale póki zdrowie pozwala, staram się jeszcze ruszać – opowiada Wanat. – Klimat małomiasteczkowy mi odpowiada. Za długo mieszkałem w dużych miastach, może nawet kiedyś się trochę obracałem przy dużej piłce… Zdrowie potem nie bardzo na to pozwalało. Całe życie w tej piłce jestem, od dziecka po dzień dzisiejszy. Nie wyobrażam sobie życia poza futbolem. Robota ciężka, warunki trudne, baza… Jest jaka jest. Wiele jest do poprawy. Ale pojawiają się jakieś perspektywy rozwoju.

– Swoich czasów piłkarskich już często nie wspominam. Swoje przeżyłem, nie ma się co czarować i opowiadać bajek. Bardziej interesują mnie wyniki moich wnuków. Ale zdarzają się miłe akcenty. Fanklub Śląska Wrocław mnie odnalazł, przysyła życzenia, zaproszenia. Nawiązałem nawet jakieś relacje z byłymi kolegami z drużyny, którzy jeszcze się gdzieś tam – mimo wieku – udzielają. To miłe, że ktoś jeszcze o mnie pamięta. Pojawiam się czasem w książkach na temat Śląska, we wspomnieniach. Mimo wszystko – dziewięć lat tam grałem – wspomina Wanat.

Trener tylko się uśmiecha na informację o tym, że jego opowieści tak szokują prezesa Syldatka. – Nie mam pojęcia, co go może tak przerażać! Były to inne czasy, inne życie, inny sport. Ta piłka może też była inna, ale zasady były zawsze takie, że liczą się tylko ci, którzy wygrywają. To jest podstawa sportu i tego człowiek się w życiu nauczył. W najlepszym wieku jak dla trenera dopadła mnie choroba, miałem dwa zawały. Musiałem zwolnić tempo. Zdrowie mi nie pozwoliło na zaangażowanie w dużą piłkę, a w takich mniejszych klubach zawsze mogę komuś pomóc. Nie unikam takich propozycji. Jest tutaj w okolicy wielu, wielu zagorzałych fanów klubu. Część tych najwierniejszych niestety już odeszła, poumierała. To jest przykre. Ale młodzież stąd potrzebuje takich wzorców. Że w małej miejscowości też można czegoś dokonać, coś zdobyć.

– Prowadzimy trzy drużyny juniorskie. Nie są to zespoły na bardzo wysokim poziomie, no bo nie pozwalają na to fundusze. Te dzieci mają jednak ruch, zajęcie, wyjazdy na mecze. Traktujemy je jako bardzo ważne ogniwo naszej organizacji. Jestem już w Garczegorzu piąty rok i doczekaliśmy się pięciu fajnych, autentycznych wychowanków. To daje wielką satysfakcję, zadowolenie. Nawet w takiej małej mieścinie są talenty, nawet na poziom wyższy niż czwarta liga. Ale w pewnym momencie chłopcy kończą szkoły, wyjeżdżają do pracy, odchodzą. Ta miejscowość ma niewiele do zaoferowania i my się z tym liczymy. Zmiany w kadrze są nieuniknione – dodaje Wanat senior.

Jednym z tych zawodników, którzy swoje pierwsze kroki stawiali w barwach Aniołów, a teraz szukają szczęścia wyżej jest… 19-letni Konrad Syldatk, syn prezesa klubu, który trafił do pierwszoligowej Warty Poznań.

– Cieszę się z tego, że syn się z tej miejscowości wyrwał – mówi Syldatk. – I poznał inne życie niż ci ludzie, którzy zostali w tej dziurze na zawsze. Jakoś jest ukształtowany. Ma szacunek do starszych, do trenerów. Ja go tego nie musiałem dodatkowo uczyć, ma to w sobie. Córka z kolei gra w siatkówkę, po mnie też jest wysoka.

1

fot. lebork24.info

62445430_2366214090320387_5990498858361159680_n

SG200120

– Piłkarska pasja była zawsze – mówi „Anioł”. – Bo zawsze żeśmy kibicowali polskiej reprezentacji. Sam kiedyś grywałem… Chociaż to chyba raczej można nazwać kibicowaniem. Powiedzmy, że sam pojawiałem się na boiskach. Mój brat grywał w B-klasie, mój szwagier grywał, moich sześciu kuzynów też w B-klasie grywało. Jak pan tu teraz przechodził, to tę salę w domu mam specjalnie zrobioną na mecze. Po to jest zrobiona. Ja po prostu lubię ten sport. Mój syn też jest fanatykiem piłki nożnej. Lubimy to. Jakaś pasja musi w życiu być, nie? Ojciec mój to również był fanatyk. Wielu tu takich było. Oni też już nie żyją, to wszystko stare chłopy organizowały tutaj piłkę. Ja tę pasję odziedziczyłem. Piętnaście lat z ojcem pracowałem, żeśmy razem jeździli samochodem. Tam temat piłki też był non stop.

– To jest moja adrenalina, ale też odejście od codzienności – opowiada Syldatk. – Od pracy, od wszystkiego. Mam bardzo stresującą pracę. Handluję i to dużo. Nie tylko złomem. Ziemią, militariami, mostami. Piłka to jest taki mój odwyk. Przeważnie jestem na każdym meczu klubu, nawet wyjazdowym. Całe dnie w trasie, na telefonach, na meczu mogę odżyć. Chociaż podczas spotkań wyjazdowych też cały czas dzwonią kibice, żeby się dowiedzieć jaki wynik. To mnie wszystko napędza. Już pięciu wychowanków zagrało w naszej pierwszej drużynie. To też jest wielka satysfakcja. Chłopaki z małych, popegeerowskich wiosek.

Niedługo przed Aniołami kolejny, gigantyczny krok naprzód. Rywale stracą najpoważniejsze argumenty, którymi mogą atakować specyficzną ekipę z Garczegorza. Nazwa „Sahara” oczywiście pozostanie, ale stadion zostanie gruntownie wyremontowany. Kolejny sezon drużyna rozegra w jednej z sąsiednich miejscowości, a na obiekcie w Garczegorzu położona zostanie całkiem nowa płyta. Boisko zostanie poszerzone, profesjonalnie przygotowane. Do tego powstanie także dodatkowa płyta do treningu. Spora infrastrukturalna rewolucja, która może sprawić, że futbol w Garczegorzu szybko nie przepadnie.

Screenshot_2019-06-14 IV liga 2018 2019, grupa pomorska

IV liga na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Anioły grają jeszcze z Kaszubią (wyjazd), Jantarem (dom) i na koniec derby z Pogonią (wyjazd). fot. 90minut

– Udało nam się w budżecie gminy zarezerwować 400 tysięcy złotych na położenie nowej płyty boiska. Jest też projekt zrobiony na całą modernizację stadionu, koszt to przeszło półtora miliona złotych. Ale to będzie robione etapami – mówi prezes. – Dużo pomaga mi mój brat, Marian. Załatwił te pieniądze w gminie na płytę. Tę sprawę musimy koniecznie uregulować. Za dużo o tej płycie jest mówione negatywnych komentarzy. Za dużo klubów marudzi. To będzie zrobione. Nie wiem, kiedy dokładnie zaczną się prace, ale w przyszłym sezonie nie będziemy już grali w Garczegorzu. Pieniądze są, projekt jest zrobiony, brat rozmawiał z wójtem i po ostatniej kolejce wjeżdżają koparki. Poszerzymy boisko o kilka metrów, trochę je przesuniemy. Plus powstanie też zapasowa płyta do treningu. Byle jakie, rezerwowe boisko. Do tego nowe bramki, drenaż. A przede wszystkim ta nowa nawierzchnia.

Pytanie – czy warto inwestować tak potężne pieniądze, zwłaszcza gminne, w klub z tak skromnego ośrodka jak Garczegorze?

– A co ci ludzie mają tutaj robić? – pyta retorycznie Syldatk. – Co dwa tygodnie chociaż się wspólnie spotykają, spędzają razem czas na obiekcie sportowym. A bywa, że przychodzi większość miejscowości. Potrafi przyjść po 150 osób na mecze. Nie było jeszcze sytuacji, żebyśmy mieli mniej niż 70 osób na spotkaniu u siebie. Tym ludziom się też coś od życia należy. Że są na wsi, to nie znaczy, że trzeba ich wszystkich zlikwidować.

– To są wszystko wspaniałe wspomnienia. Ja najlepiej pamiętam mecz Czarni Czarne – Anioły Garczegorze. W 88. minucie przegrywaliśmy 0:2, a wygraliśmy ten mecz 3:2. Oni tak kombinowali z grą na czas, że sędzia przedłużył mecz o sześć minut. I wtedy my żeśmy im strzelili trzy gole i wygrali. Wielu kibiców poszło już przed końcem meczu do domu i potem nie chcieli nam uwierzyć, że padł wynik 3:2. Ten mecz mi utkwił w pamięci. No i oczywiście wszystkie starcia derbowe. Dwa zwycięstwa z Pogonią Lębork, odniesione tu, na Saharze. Generalnie, to my o utrzymanie walczymy co roku. Chyba tylko przez dwa lata zdarzyło nam się nie bronić przed spadkiem, a tak to co roku walczymy. Dwa lata temu utrzymaliśmy się właściwie w ostatniej kolejce. Ale jesteśmy wojownikami. Nie odpuszczamy – dodaje.

A właściwie… Dlaczego Anioły i dlaczego „Anioł”? – Na mnie mówią „Anioł”. Takie przezwisko dostałem, nawet nie pamiętam od kiedy to się zaczęło. Teraz twierdzę, że to dlatego, że byłem taki grzeczny jak byłem mały. Starsi twierdzą, że wręcz przeciwnie. Nie wiem jaka jest prawda i chyba nie chcę się teraz domyślać, w końcu moje dzieci to przeczytają. Zostańmy z tym, że byłem taki grzeczny. Ja nazwy nie nadawałem, ale bardzo mi miło – wyjaśnia Syldatk.

Anioły są w pewnym sensie biznesem rodzinnym. Pytanie – czy zapał się w którymś momencie nie skończy, albo czy dzieciaki podchwycą pasję rodziców i zachcą bawić się w futbol w Garczegorzu?

– Nie wiem, zobaczymy – zastanawia się Andrzej Syldatk. – Zapewne kiedyś zapał opadnie. Z wiekiem wszystko flaczeje, tak? Mam nadzieję, że podobnie jak Tadek Wanat, będę kiedyś pomagał synowi. Widzę, że młodzi już się klubem zaczynają interesować. W pewnym momencie będę próbował klub przekazać i komuś z boku pomagać. Bo mam nadzieję, że nigdy mi zapał tak do końca nie przejdzie, jak Gierszewskiemu z Druteksu. Na razie chcieć się chce. No co tu innego robić, w takiej miejscowości?

– Ja się stąd nie ruszę nigdy – dodaje. – Na rok się stąd wyprowadziłem i musiałem wrócić. Ja chcę tu umrzeć, tu być pochowany. Lokalny patriotyzm. Ja czytam tylko trzy gazety: „Głos Pomorza”, „Dziennik Bałtycki” i „Pielgrzyma”. Nie chciałbym stąd do śmierci odchodzić, tak jak mój ojciec. On się w Garczegorzu urodził, dokładnie tutaj. I tu umarł. Ja zapewne pójdę tą samą drogą. I bardzo mi się to podoba, bo już w taki wiek wchodzę, że melancholia na mnie już nastała i sentyment do tych terenów. Zresztą, nawet jak pan tutaj siedzi u mnie na tarasie. Po prawej ma pan kościół. Po lewej – plebanię. A przed nami cmentarz, jeszcze poniemiecki. No i gdzie człowiekowi lepiej będzie, powie pan? Wszystko wokoło mam, co potem po śmierci będzie mi potrzebne.

Michał Kołkowski

1i5LLhW

***

#PowiatBet to nasz cykl tekstów, w których będziemy prezentować realia klubów z czwartej ligi. Szykujcie się na dużo atrakcyjnych materiałów, bo przecież właśnie na tym szczeblu występują m.in. zespoły z Bytomia, Odra Wodzisław Śląski, drużyna Ślusarskiego, Telichowskiego i Zakrzewskiego, a nawet żywa legenda lat dziewięćdziesiątych, RKS Radomsko. Partnerem cyklu są nasi kumple z ETOTO, którzy czwartą ligę pokochali na tyle mocno, że regularnie przyjmują zakłady na spotkania na tym szczeblu rozgrywkowym.