Lewczuk w Legii, czyli ryzyko podparte rozsądkiem
Weszło

Lewczuk w Legii, czyli ryzyko podparte rozsądkiem

Trzeba przyznać, że letnie okienko transferowe zaczęło się dla Legii bardzo porządnie. Najpierw wykupiono Cafu, który owszem, obniżył loty wiosną, ale co do jego klasy nie ma większych wątpliwości. Potem warszawianie ściągnęli Wojciecha Muzyka, ponoć utalentowanego 20-letniego bramkarza z Olimpii Grudziądz. A dziś podpisano Igora Lewczuka, którego wszyscy znamy i który z pewnością sroce spod ogona nie wypadł. Jak na razie ma to wszystko ręce i nogi.

Przede wszystkim dlatego, że Legia na razie nie szuka cudaków w różnych zakątkach świata. Istniała obawa, że – zgodnie z dotychczasową modą w Warszawie – za serbskim trenerem przyjdą serbscy piłkarze. Snajper Szrotović, strzelec pięciu bramek w ciągu pięciu lat, obrońca Ogórković, zawodowy wygrzewacz ławek, który kiedyś co prawda był talentem, ale dawno temu i nieprawda. Wybaczcie, ale tak to wyglądało do tej pory. Pojawił się Sa Pinto, trafił z Martinsem, natomiast plusów Agry można szukać całe dni (i bez skutku), Medeiros gwiazdorzył, Rocha się trochę ogarnął, ale znów specjalnie poziomu nie podniósł. Jozak? Znał Eduardo, to go wziął, mimo że napastnikowi powinny przysługiwać zniżki dla inwalidów w autobusie a nie pensja w wówczas mistrzu Polski.

Można się więc cieszyć, że Legia poszła po rozum do głowy. Jest Lewczuk, a będzie jeszcze najpewniej Gwilia, kozak z Górnika, przechodzący obecnie testy medyczne w klubie.

Jednak skoro mamy oficjalne potwierdzenie transferu obrońcy, to zajmijmy się właśnie nim. Za Polakiem dość przeciętny pobyt w Bordeaux. Jeszcze w pierwszym sezonie Igor grał w Ligue 1 regularnie – uzbierał 25 meczów, ponad 2000 minut. Po prostu dawał radę, a nie było to dla naszych rodaków w tamtym czasie oczywiste, jeśli chodzi o francuską ligę. Przypomnijcie sobie, jak przepadł Rybus, jak przepadł Stępiński. No i oczywiście Krychowiak, choć on miał poprzeczkę zawieszoną w zupełnie innym miejscu.

W każdym razie: Lewczuk stanowił chlubny wyjątek, potrafił znaleźć się w jedenastce kolejki, natomiast miłe chwile trwały tylko do czasu. Sezon 17/18 zaczął na ławce, potem chwilkę pograł, ale zaraz złapał uraz. Rozgrywki 18/19 też zaczął w podstawie, jednak potem wędrował między ławką a trybunami (również narzekając co jakiś czas na kontuzje). W sumie przez kolejne dwa lata obrońca uzbierał w Ligue 1 mniej niż 900 minut, co jest oczywiście słabym wynikiem.

Zbyt wiele złych czynników złożyło się na to, by Lewczuk mógł osiągnąć we Francji prawdziwy sukces.

Teraz wraca do klubu, z którego wypłynął na szerokie wody. To znaczy: przypomniał o sobie w Zawiszy, ale wiadomo, że sportowo najbardziej spełnił się w barwach Wojskowych. Dwa mistrzostwa Polski, dwa Puchary Polski, obecność w kadrze Adama Nawałki (choć bez gry). Ba, przecież tyle mówiło się o transferze Michała Pazdana, a to Lewczuk wyfrunął dużo wcześniej. Pazdan miał za sobą świetne Euro, tymczasem to 31-letni Igor pojechał do Francji, o czym Michał pewnie marzył. Ponadto, sprzedać tak doświadczonego obrońcę za bańkę euro z polskiej ligi? Wręcz niebywałe, a jednak Lewczuk Francuzów do takiego ruchu skłonił.

Teraz wraca i oczywiście jakieś wątpliwości są. Nie można nie zwrócić uwagi na urazy, które trapiły Lewczuka. Jeśli znowu się rozsypie – będzie klops. Natomiast to i tak mniejsze ryzyko, niż ściąganie Eduardo nie wiadomo skąd, który nie wiadomo co robił i w jakim celu. Klasę Lewczuka znamy i też pokazywał ją szybciej niż przed pierwszym rozbiorem, jak to miało miejsce w przypadku byłego piłkarza Szachtaru i Arsenalu. Wiek? 34 lata, sporo, natomiast w tej lidze profesurę wciąż potrafi odstawić pięć lat starszy Wasilewski, toteż nie bądźmy śmieszni, nie jest to żadna przeszkoda.

Jeśli zdrowie pozwoli, Lewczuk może się okazać dużym wzmocnieniem. A jeśli nie. Cóż, powtórzmy: takie ryzyko zrozumieć nam dużo łatwiej.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (17)