Brak pieniędzy na skauting to tania wymówka klubów
Weszło Extra

Brak pieniędzy na skauting to tania wymówka klubów

– Załóżmy roczny koszt skautingu 240 tysięcy złotych. Wydaje mi się, że to jest kwota, bez większej analizy, którą przeznacza się na kontrakt średniego zagranicznego zawodnika. Około 4500 euro miesięcznie. On pojawił się z testów, z polecenia i podpisuje się go na zasadzie: a, najwyżej nie wypali. Ilu takich piłkarzy było w Polsce? Wyobraź sobie więc sytuację odwrotną: masz dwie osoby, które pracują za tę kwotę i w tym dochodzą koszty podróży, hoteli. Ja, jako skaut, oglądam pięć-sześć meczów w tydzień. To jest jedna para oczu. Jest druga i masz 10-12 meczów w tygodniu. Zobacz jakie dane jesteś w stanie zdobyć przez cały rok. Przyjdzie mejl proponujący piłkarza za 20 tysięcy, to skaut powie: nie, ja go widziałem, nie jest tego wart. To spowoduje, że zatrudnienie tego skauta miało sens. Dlatego uważam, że brak pieniędzy to jest wymówka – mówi Kamil Kogut, szef skautów Piasta Gliwice. Rozmawiamy o transferach między innymi Joela Valencii, Aleksandara Sedlara, lekceważeniu skautingu w Polsce czy powodach, dla których Hiszpanie najczęściej potrzebują pół roku, by przystosować się do naszej ligi. Zapraszamy!

Lubisz być w cieniu takiego sukcesu jak mistrzostwo, czy trochę cię to uwiera?

Lubię żyć w cieniu. Jestem introwertyczny, nie mam potrzeby wychodzenia przed szereg. Muszę ci powiedzieć, że przygotowałem się do tego wywiadu. Czytałem rozmowy z innymi skautami i niektórzy z nich przeskakiwali w kompetencjach. Na przykład do działań dyrektora sportowego. A zadanie skautów jest takie, że muszą obserwować mecze na żywo – znać rynki, przeprowadzać analizy, czasami kontaktować się na żywo z zawodnikami. Jednak na końcu tak czy inaczej dane zbiera dyrektor sportowy, podejmując decyzję razem z trenerem. Skaut ma obserwowanego zawodnika zaproponować, ułożyć kilku w rankingu na poszukiwanych pozycjach, bo w trakcie sezonu trener nie ma na to czasu. To jest ważna rola. Natomiast nie można mieszać kompetencji.

W porządku. Jesteś więc w cieniu, natomiast Valencia, za którym jeździłeś, w cieniu ekstraklasy nie był. Jak wyglądało pozyskanie go z twojej perspektywy?

Pracowałem z dyrektorem Łukaszem Piworowiczem, który był architektem określenia Valencii jako priorytetu transferowego. Ja uczestniczyłem w procesie obserwacji, bo ligę słoweńską znam dość dobrze – stąd były transfery choćby Sashy Żivca i Urosa Koruna. Jeżeli chodzi o Joela, to byłem w Koper i się z nim spotkałem. Tak jak teraz, usiedliśmy na kawie, Valencia nosił temblak, miał bark po operacji. Wiedzieliśmy, że klub nie płaci mu od kilku miesięcy. Jeżeli byłby zdrowy i byłby w klubie, w którym wszystko byłoby okej, nigdy nie byłby możliwy do pozyskania przez Piasta. Wykorzystaliśmy okazję, która zrodziła się przez różne czynniki. Finalnie drużyna Koper nie otrzymała licencji, spadła z ligi, a Valencia został wolnym zawodnikiem. Mimo wszystko nie było łatwo przekonać wszystkich w klubie i tu jest duża rola Łukasza Piworowicza, no i mojej skromnej postaci. Ostatecznie przekonaliśmy trenera Wdowczyka, że warto go wziąć. Konstrukcja kontraktu była jeden plus trzy, tak więc dawała nam pole do ryzyka.

Gdzie go oglądałeś, w trakcie jakich spotkań?

Przy okazji meczów ligi słoweńskiej. Oglądaliśmy kilku innych zawodników, jego zobaczyliśmy w trakcie takiej obserwacji przy okazji. On początkowo nie był naszym celem, ale patrząc na Valencię, widzieliśmy, że warto go zanotować. Nie jest tak, że będziemy co tydzień na Słowenii. Obserwowaliśmy go też przez InStat Scout i był moment, w którym stanął. Skontaktowałem się z nim poprzez Twittera, nie mieliśmy do niego innego dojścia. Tydzień później byłem u niego na Słowenii. Są transfery, przy których trzeba szybko reagować.

Nie miałeś obaw, że wyjdziesz przez kontakt na Twitterze na człowieka niepoważnego? Kiedyś Maciej Chorążyk ujawnił swoją fejsbukową konwersację z Dybalą i dostało mu się za to od ludzi.

Uważam, że nie ma dojść, z których nie warto korzystać. Trzeba wiedzieć, że jak na Bałkanach chce się dostać zawodnika i spyta się o niego jakiegoś agenta, to potem dzwoni pięciu, twierdząc, że to jest ich zawodnik. A ten zawodnik menadżera nawet nie ma. Kim jest agent Joela, dowiedziałem się, jak już byliśmy po wszystkich rozmowach. On stwierdził, że jeśli chodzi o finanse, to trzeba porozmawiać z tym konkretnym człowiekiem. Nie uważam więc, by ten kontakt był powodem do żartu czy czegoś takiego. To był jeden ze sposobów. Ja w sumie nie spodziewałem się, że on odpisze. Natomiast napisałem do niego o 23, a on odpisał po pięciu minutach. Przez to też było widać, że mu zależy.

Na czym polegała trudność przekonania Wdowczyka? Chodziło o kontuzję?

Nie tylko. Valencia przychodził do nas i kompletnie nie miał statystyk w postaci goli i asyst. Dlatego uważam, że praca, którą wykonaliśmy Łukasz i ja, to nie jest praca oparta tylko na obserwacjach na żywo. To też jest praca analityczna. Oczywiście, statystyka w przypadku Valencii nie była dobra, ale elementy gry, które widzieliśmy, sprawiły, że chcieliśmy mu dać szansę, by u nas mógł rozwinąć się w lepszym otoczeniu.

Nie było goli i asyst, ale były kluczowe podania, stworzone okazje?

Tak. To był jeden z czynników.

Miałeś obawę po pierwszym półroczu, że spudłowałeś?

Valencia na Słowenii to była dziesiątką albo nawet ósemka. Wiadomo, jego alternatywną pozycją może być bok pomocy, natomiast on też potrzebował czasu na aklimatyzację. Tak to bywa z piłkarzami z Hiszpanii, on się tam wychował, a Jimenez i nasz Felix też potrzebowali chwili na przystosowanie się. I nie wydaje mi się, że tu chodziło o odpowiedź na pytanie, czy spudłowałem. Są różne rodzaje transferów. Tutaj mamy do czynienia z zawodnikiem, który ze swoją techniką, wizją, grą dwiema nogami, mógł dać dużo. Natomiast gdyby nawet trener po roku uznał, że nie jest przekonany, to nas ten ruch praktycznie nic nie kosztował.

Sedlar był trudniejszym transferem? Grał regularnie w lidze serbskiej i był w kadrze.

Temat Sedlara powstał na skutek kontaktów Artura Płatka, który był wtedy doradcą Piasta Gliwice. Ja widziałem Sedlara w Serbii na żywo trzy razy. Raz na jesień, dwa razy na wiosnę. Mam z niego dużą satysfakcję, bo uważam, że to był pierwszy transfer Piasta – kiedy pięć i pół roku temu powstał skauting w klubie – który był przeprowadzony według wszystkich procedur. Jakby połączyć wszystkie obserwacje, Sedlar był oglądany z siedem razy. Każdy wydał swoją opinię. Ja po jednym z meczów rozmawiałem z nim, on wiedział, że jest obserwowany. Natomiast zaczynał grać tak dobrze na wiosnę, że dostał powołanie do kadry Serbii, w której zagrał. To powinno zamknąć temat dla Piasta. Powołanie z serbskiej ligi do kadry sprawia, że cena mocno rośnie. Zresztą, zaraz po tym powołaniu chciały go Crvena i Partizan oraz Dinamo Mińsk. On miał dużo lepsze oferty z tych klubów. I dlatego mam satysfakcję: on wiedział, że go obserwujemy i rozumiał, że to nie jest przypadek. Na zasadzie ktoś złożył ofertę typu „przyjdź do nas.” Widział mnie na meczu, wiedział, kim jestem, wiedział, że Artur Płatek ma kontakt z jego menadżerem.

Czym zwrócił twoją uwagę Sedlar?

Zanim go wzięliśmy do Piasta, on robił cały czas kroki do przodu, awansował do serbskiej ekstraklasy, to był jego pierwszy rok na tym poziomie. Charakteryzowało go to, co wyróżnia nację Serbów i Chorwatów: oni nie mają problemów z piłką. Sedlar umie rozpocząć akcję. To jest jedna z jego mocniejszych stron. Wiadomo, brakuje mu centymetrów, ale nadrabia skutecznością. W pojedynkach główkowych to jest top w lidze. Ma doskok, jest silny, z dobrą koordynacją. To, co mu pomogło, to brak układu nerwowego. To się przełożyło na gole z karnych.

Śmieszyły cię te plotki po jego występie z Jagiellonią?

Po tym meczu siedziałem z Aleksem na kawie. On przez pół godziny nic nie mówił. Więc mówię mu ja:

– Aleks, to jest tylko piłka, zaraz jest kolejny mecz, jesteś nominowany do 11 sezonu, daj spokój.

– Kamil, ja wiem. Muszę dojść do siebie. Daj mi chwilę.

I tak sobie siedzieliśmy w ciszy. Jak patrzyłem na takie opinie, że te dwa karne były specjalne, że ktoś bierze video i próbuje analizować jego postawę po obronie Szmatuły… Wiesz, jaka to jest osoba? Z nim możesz siedzieć i on może się w ogóle nie odezwać. Dlatego był tak silny w tym sezonie, bo miał koło siebie naturalnego lidera, Czerwińskiego. Aleks taki jest. Nie powiem, że się zaprzyjaźniliśmy, ponieważ to jest za mocne słowo, ale na tyle go znam, że wiem, że te plotki do niego nie doszły, w przeciwnym razie dość mocno by go to zabolało.

Mówiłeś wcześniej, że transfer Sedlara był pierwszym transfer przeprowadzony według wszelkich procedur. Jak wcześniej wyglądał ten skauting?

Zupełnie go nie było. Gdy przyszedłem i to startowało, pierwszy sezon był eksperymentalny, zaczęliśmy oglądać ligi nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Chcieliśmy zrobić rozpoznanie. Potem była ta wielka przebudowa, która przyniosła wicemistrzostwo. Martin Nespor i Kamil Vacek to były wskazania trenera Latala, ale Vacka oglądaliśmy, o czym mało kto wie. Ja sam widziałem go dwa razy. Teraz naszym obszarem jest Polska, wszystkie możliwe poziomy, Słowacja, Czechy, trochę Węgry. Te tereny musimy znać. To jest nasze pole. Stąd przyszedł do nas Jakub Holubek. On… Chyba że nie miałeś w planach o nim rozmawiać?

Miałem.

To jest zawodnik, którego ja znam cztery lata. On nigdy nie był dla nas dostępny. Śledzę go od dłuższego czasu, próbowaliśmy pod niego podejść rok temu. Może nie to, że z Żiliny nie da się wyjąć zawodnika do polskiego klubu, ale dla Piasta Gliwice to jest niemożliwe. Miałem z nim jednak kontakt przez ostatnie miesiące, wiedzieliśmy, że kończy się jego umowa. Wiedzieliśmy też, że jego profil pasuje pod liczbę gier, którą będziemy mieć na trzech frontach, bo jest to gość uniwersalny. Jakub ma trzy mistrzostwa Słowacji, dwa puchary. To nie jest nikt. Trener Fornalik wiedział o nim od dwóch-trzech miesięcy, nie było tak, że trener dowiedział się przed chwilą, troszkę go pooglądał i się zgodził. Gdy skończył się sezon, wszystko było załatwione. Nie było łatwe finalnie przekonać Holubka, natomiast pomógł nam wynik, rekomendacja Frantiska Placha i kilka innych czynników. Jakub miał z Polski kilka innych ofert. Jednak to jest to samo co z Sedlarem. Nie wysłaliśmy mu oferty „przyjdź do nas”. Wiedział, że go obserwujemy. Miał problemy z grą w pierwszym składzie, ale to wynikało z tego, że odmówił przedłużenia kontraktu. Potrzebował zrobić nowy krok. Na Słowacji wygrał wszystko i w wieku 28 lat potrzebował nowych wyzwań. Zobaczymy. Wygląda ten transfer bardzo dobrze, choć ja nie oceniam ruchów na starcie, tylko po minimum roku.

Jakiego piłkarza się spodziewać?

Jego największą siłą jest uniwersalność. Gra na lewej obronie, lewej pomocy czy nawet w środku pola – tak było w Trenczynie. Super dorzut lewą nogę. Byli w lidze słowaccy piłkarze typu Vlasko, któremu nie wyszło, ale moim zdaniem Holubek to dużo większa klasa niż Vlasko w tamtym czasie.

To nie jest taki drugi Kirkeskov? On też się zasiedział w Skandynawii.

Może tak być, ale nie odbieram tego jako negatywny czynnik.

Absolutnie.

No właśnie, to może być dobre. Często jest tak, że zawodnicy potrzebują bodźców. Jak piłkarz jest długi czas, to zna wszystkich w klubie, zna ligę, wie, czego się spodziewać po kolejnym rywalu. A tak ma nowe środowisko, nowego trenera, poznaje z całą rodzinę nowe miejsce. To jest wyzwanie.

fot2

Patrzycie na charakter piłkarzy?

Na pewno.  Patrzymy na charakter, dlatego miałem z Holubkiem kontakt i wiem, jaka to jest osoba. Wiem, że się niedawno ożenił, że ma to życie prywatne poukładane. Wiadomo: nie mamy tabelki, w której sprawdzamy, czy ktoś się ożenił, czy nie. Nie o to chodzi. Mamy ograniczoną liczbę dostępnych do pozyskania zawodników i nie ze wszystkiego będziemy zadowoleni. Holubek przyszedł do nas jako wolny zawodnik. Gdyby miał kontrakt, ciężko byłoby go przekonać. Natomiast wiemy, że spełnia konkretny czynnik: chce coś w życiu jeszcze zrobić, a nie podpisać kontrakt, dostać większe pieniądze – wcale tak nie jest – i posiedzieć. Jest fajnie, mam umowę. Nie. To jest człowiek, który chce coś udowodnić.

Pytałem o charakter, bo często podkreśla się, że jesteście w Piaście jak rodzina. Widać to choćby po zdjęciach z wakacji.

Gdyby powtarzał to klub, byłoby to niewiarygodne, ale powtarzają to sami piłkarze. Valencia w każdym wywiadzie o tym mówi. Badia po ostatnim meczu stoi na murawie i krzyczy, że jesteśmy Piastem Gliwice, jesteśmy rodziną i mamy najlepszych kibiców na świecie. Wiadomo, że relacje robi wynik, ale ten wynik na jesień był dobry, choć nie był super. Piąte miejsce. A jednak te relacje były bardzo dobre. Jeżeli miałbyś w tym wszystkim dwóch-trzech zawodników, którzy nie grają i chcieliby destabilizować drużynę, to byłoby źle. Jak sobie przejadę palcem po tych wszystkich zawodnikach, to nie ma kogoś takiego.

Ile brakuje skautingowi w Polsce do tego europejskiego?

Bardzo dużo. Nie powiem, że nie ma skautingu, bo on się rozwija, są kursy, ale jakbyś miał sprawdzić, to miejsc pracy w ekstraklasie jest mało. Nie jest tak, że kluby starają się ze skautingu korzystać i budować siatkę. Ja uważam, że dalej nie ma woli, by to robić. Osoby, które zarządzają klubami, nie dostrzegają tej potrzeby.  Tutaj tak naprawdę chodzi o informacje. Wiadomo, że jeżeli wszystkie kluby będą miały podobną liczbę informacji, to najbogatsze zespoły będą posiadać handicap. Jednak zbliża się okno transferowe. Gdybym spojrzał teraz na mejla, to miałbym 50 wiadomości z poleceniami. Ale ja tego w ogóle nie ruszam. Moją pracą jest podawać zawodników, których widziałem i co do których mam przekonanie. Pod to kryterium proponuję piłkarzy. Jak ktoś mi wysyła zawodnika, którego nie widziałem, to mogę przejrzeć jego profil, ale zwykle nie przekazuję go dalej. Muszę widzieć go na żywo. To jest kluczowe.

Może tu nie chodzi o wolę, ale o brak pieniędzy?

To jest tania wymówka. Zobacz, załóżmy roczny koszt skautingu 240 tysięcy złotych. To jest miesięcznie 20 tysięcy. Wydaje mi się, że to jest kwota, bez większej analizy, którą przeznacza się na kontrakt średniego zagranicznego zawodnika. Około 4500 euro miesięcznie. On pojawił się z testów, z polecenia i podpisuje się go na zasadzie: a, najwyżej nie wypali. Ilu takich piłkarzy było w Polsce? Po czasie określa się ich tak zwanym szrotem. Wyobraź sobie więc sytuację odwrotną: masz dwie osoby, które pracują za tę kwotę i w tym dochodzą koszty podróży, hoteli. Ja, jako skaut, oglądam pięć-sześć meczów w tydzień. To jest jedna para oczu. Jest druga i masz 10-12 meczów w tygodniu. Zobacz jakie dane jesteś w stanie zdobyć przez cały rok. Oczywiście to musi być osoba, która jest w tym kierunku wykształcona, wie, na co patrzeć, może też potrzebować czasu, jeśli zaczyna. Ale na końcu będzie miała rozeznanie i jak przyjdzie mejl proponujący piłkarza za 20 tysięcy, to powie: nie, ja go widziałem, nie jest tego wart. To spowoduje, że zatrudnienie tego skauta miało sens. Dlatego uważam, że brak pieniędzy to jest wymówka. Większym ryzykiem jest wzięcie takiego zawodnika niż zatrudnienie skauta. Jakby prześledzić losowy klub, to byś takich piłkarzy znalazł, a w to miejsce mógłbyś mieć całą bazę danych.

Skąd u ciebie wziął się pomysł na skauting? W Piaście byłeś jeszcze wcześniej w innej roli, widziałem, że kiedyś można było się zgłaszać do ciebie w sprawie biletów VIP.

Podczas studiów zarządzania w sporcie na AWF-ie pracowałem już dla Piasta. No, trudno to nazywać pracą, byłem stażystą. Szukałem swojej drogi. Byłem stewardem, próbowałem jako dziennikarz, ale wiadomo, że to zupełnie nie dla mnie. Przez półtora roku, jak powstawał stadion, odpowiadałem za rozkręcanie klubu biznesu i strefy biznesu. Jednak z tym też wiedziałem, że to nie w tę stronę, dlatego jeździłem na staże zagraniczne – obserwowałem między innymi sposób zorganizowania akademii piłkarskich czy skautingu za granicą – zresztą wciąż to robię. Pojawiałem się też na warsztatach Tomka Pasiecznego, który – można powiedzieć – zapoczątkował kursy skautingowe w Polsce. W momencie gdy w klubie powstawał dział skautingu – zgłosiłem się. Nie do końca byłem na początku traktowany poważnie, ale od tamtego momentu cały czas jestem w klubie. Wyznaję dwie zasady: praca i pokora. Tak ojciec mnie zawsze uczył. Nigdy nie powiem, że się nie pomyliłem, że wszystko wiem. Nie. Jak ktoś tak myśli, to już jest po nim.

To polecenia, którego zawodnika najbardziej żałujesz?

Nie, że żałuję, ale wiem, że pomyliłem się co do Dobriwoja Rusowa. To jest wieczny żart ze mnie w klubie: o, idzie Rusow. To jest dla mnie nauczka. Rusow przychodził do nas jako bramkarz U21 kadry Słowacji.  Mam taki wycinek z gazety: „Lechia chciała Rusowa, ale on idzie do Piasta. Wielkie zaskoczenie.” Na Słowacji dziwili się, że Piast bierze takiego bramkarza. I dlaczego to jest nauczka? Bo bramkarz to jest tak specjalistyczny skauting, że trzeba być bardzo dobrze wykształcony w tym kierunku, by oceniać golkipera. A i tak nie do końca będziesz wiedział na przykład, co on będzie miał w głowie, jak zmieni otoczenie. To był największy problem Dobriwoja. To nie był zły bramkarz. Jak miał kompletny luz i grał u nas ostatnie pół roku, to wyglądał naprawdę dobrze. Ale tak, z perspektywy czasu można powiedzieć, że to był nieudany transfer. I jestem teraz mądrzejszy, że z bramkarzami jest trudniej. Czasem na meczu jest opcja, że on nie będzie miał strzału. Musisz więc jechać godzinę wcześniej, zobaczyć go na rozgrzewce pod kątem ustawienia, techniki bramkarskiej, tego, czy się przykłada, czy jest skupiony. Wszystko warto raportować. Lepiej za dużo niż za mało.

Może potrzebny jest skaut od bramkarzy?

Za granicą tak jest, to są zazwyczaj byli bramkarze. Wstępną selekcję robi inny skaut, ale potem sprawdza go skaut bramkarzy. I u nas Placha oglądał trener bramkarzy Mateusz Smuda. Co więcej: nie, że na InStacie, tylko był na Słowacji.

Świetny transfer i to taki nieoczywisty.

Tak, bo przyszedł z Senicy, która jako klub, jakościowo jest może na poziomie naszej pierwszej ligi. Potrzebował czasu, miał trochę szczęścia, wskoczył za Szmatułę i zaczął grać. Na ściągnięcie Placha duży wpływ mieli dyrektor Bednarz i trener Smuda. Ja go także obserwowałem, ale zasugerowałem, że to jest na tyle specjalistyczne, że to oni powinni się tym zająć. Udało się. Plach odpalił, po jakimś czasie i bardzo dobrze.

A ty wierzysz, jako skaut, w aklimatyzację? Czy jak przyjdzie kozak w typie Vejinovicia, to będzie grał od razu?

Obracamy się poprzez ograniczenia finansowe wśród takich, a nie innych zawodników. Dlaczego ściągamy do ekstraklasy piłkarzy z trzeciej ligi hiszpańskiej, a nie z drugiej? Bo oni tam chcą grać. Nie stać nas na nich. Jakbyśmy mieli możliwość ściągnięcia kogoś takiego, to on najprawdopodobniej byłby u nas od razu kozakiem, ale nie ma na to pieniędzy. Aklimatyzacja to nie jest tania wymówka. Przy Hiszpanach to widać. Felix do nas przyjechał, dwa tygodnie minęły i Jorge dzwoni:

– Kamil, możemy się spotkać?

– Pewnie.

Idziemy na rynek, usiedliśmy.

 – Kamil, trochę nie rozumiem. Gramy sparing z jakimiś Czechami i piłka mi tak lata nad głową…

– Jorge, no, ale o co ci chodzi?

– Po prostu czemu my nie gramy ziemią?

Ja oglądałem trzecią ligę hiszpańską i tam nie ma wybijanki. Pewnie, nie jest to możliwe, żeby poziom był jak w La Liga, ale chodzi o styl. Dlaczego każdy hiszpański piłkarz, który tu przyjeżdża, ma krok przewagi nad zawodnikami stąd albo z tego regionu? Bo on po przyjęciu będzie wiedział, co robi. A ktoś inny przyjmie, poprawi i akcja stoi. Dlaczego Piast miał taką łatwość z przejścia z obrony do ataku? Ponieważ miał między innymi Valencię, Felixa, Badię, Dziczka, Hateyela… Oni wszyscy chcieli grać w piłkę. Rzadko kiedy wybijaliśmy na zasadzie: długa i martw się, Parzyszek. Dlatego Felix się zdziwił. Inna rzecz: kontakt i on leży. Mówię mu:

– Jorge, to jest taka liga, fizyczna, musisz pokonywać ich sprytem, uciekać. Oni cię będą atakować.

W Hiszpanii upraszczając jak jest kontakt, to jest faul. Dlatego on był na początku w szoku. Jesienią Felix grał wszystko, miał słabe liczby, wiosną je poprawił. Natomiast co też powiedział dyrektor sportowy Bogdan Wilk: ja się nie zgodzę, że Jorge miał słabą jesień. Nawet patrząc na to, co dawał w obronie. Mało kto zwracał na to uwagę.

Wspomniałeś Hateleya. To majstersztyk trenera czy skautów? W Śląsku był przeciętny.

Na pewno trenera, nie mam wątpliwości. Uważam, że trener Fornalik był w stanie wznieść wszystkich zawodników na wyżyny swoich możliwości. Nie jest tak, że oni byli słabi i nagle zaczęli grać. Jednak trener spowodował, że sięgali maksimum. Hateley jest bardzo dobrym przykładem. Tutaj miał gole, asysty, przetrzymywał piłkę, umiał wyjść z akcją. Tę samą metamorfozę przeszedł Valencia, Konczkowski. Dlatego mówię: nie chcę brzmieć, jakby wszystko zależało od skautów, bo ja znalazłem Valencię i Sedlara. To jest praca grupy. Na koniec ten sukces jest wszystkich. To nie jest sam trener, sam dyrektor, sam ja. Każdy potrafi powiedzieć, że wpływ na wynik mają wszyscy, ale ja naprawdę się z tym zgadzam. Jest osoba, która załatwia piłkarzom bilety i gdy ona robi to dobrze, sprawia, że piłkarz czuje się dobrze. Zrobi to źle? Pojawiają się negatywne emocje. Osoba ochroniarza – jak miło z tobą porozmawia, to czujesz się lepiej, wchodząc do klubu. I tak dalej. Wszystko ma znaczenie. A na samym końcu jest to, co mówi Valencia: my jesteśmy wielką rodziną. Ludzie czują się tu ze sobą dobrze.

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL