Ciężej się dostać na najwyższy poziom niż się tam utrzymać
Weszło

Ciężej się dostać na najwyższy poziom niż się tam utrzymać

2008 rok, szesnastoletni Filip Modelski za niemałą kasę przechodzi do West Hamu. Dwa lata później będzie trenował już z pierwszą drużyną Młotów. W międzyczasie pyta o niego… skaut reprezentacji Anglii. W kraju uważa się, że na Euro 2012 będzie pewniakiem do kadry.

Co poszło nie tak, skoro dziś Modelski jest pierwszoligowcem, aktualnie grającym w Podbeskidziu Bielsku-Biała?

Rozmawiamy o filozofii Kierona Dyera, który radził piłkarzom, by nigdy nie przyznawali się do boiskowej winy, szli w zaparte wciąż budując niezachwianą pewność siebie. Rozmawiamy o systemie, jakim jest współczesna piłka, a także jak rządzi nią pieniądz. Rozmawiamy o tym jak wyciągać wnioski z gorszych chwil, jakimi zakulisowymi zasadami rządzi się futbol, trudnej mieszance pokory i pewności siebie, w jaką musi celować piłkarz.

***

Przypomniało mi się dzisiaj, że swego czasu Anglicy sondowali możliwość powołania cię do reprezentacji.

To bardzo stara historia. Angielska federacja ma mnóstwo skautów młodzieżowych. Po jakimś turnieju w barwach West Hamu podszedł do mnie jeden z nich. Spodobałem mu się, chciał mnie na konsultację kadry mojego rocznika. Tłumaczę mu, że jestem Polakiem.

– Polskiego pochodzenia, tak? No problem.

Musiałem mu wytłumaczyć, że przyjechałem tu z Polski. Wtedy Polacy znacznie rzadziej wyjeżdżali w tak młodym wieku, więc jego błąd jest uzasadniony.

Przyznam ci, że trochę jarałem się twoim transferem. Szesnastolatek z Polski idzie do West Hamu, a jeszcze West Ham łożył na ciebie niezłe pieniądze. Rzadko transfer młodzieżowca wywołuje taki szum, o tobie było głośno.

Zgadza się, pamiętam ten czas. Z młodszych graczy na Zachodzie byli Grzegorz Krychowiak, Wojtek Szczęsny, może jeszcze paru, ale generalnie naprawdę niewielu. Przynajmniej w porównaniu z tym, co dzieje się teraz, kiedy zaproszenie na testy, a potem przejście do akademii zachodniego klubu nie wzbudza sensacji.

Ty jeszcze poszedłeś za ładny grosz. Pamiętasz za ile?

Dokładnej kwoty nie pamiętam. To było kilkaset tysięcy złotych, minimum, plus bonusy jakie Arka mogła zarobić, gdyby poszło mi w Londynie trochę lepiej.

Ja ty się czułeś z tym całym zamieszaniem?

Dla mnie to było wielkie wow. Móc pojechać i zobaczyć jak wygląda z bliska ten wielki piłkarski świat? Na tamten moment, spełnienie.. Dzisiaj to co mówiłem: przepływ graczy jest większy, juniorzy mają pojęcie jak to wygląda w najlepszych akademiach, dla mnie to jeszcze była totalna nowość. Gdy oferta zrobiła się realna, największe wyzwanie stało przed moimi rodzicami. Mieli puścić syna, jeszcze nastoletniego, do innego kraju. Mama później mi mówiła, że miała serce w gardle.

 Rodzice patrzyli na to przez pryzmat dwóch rzeczy: żebym był szczęśliwy i bezpieczny. West Ham zachował się świetnie, zaprosił rodziców do Londynu. Klub zadbał o to, by pokazać jak funkcjonuje, gdzie będę mieszkał, na co mogę liczyć. Tata nie mógł akurat jechać bo pracował, ale mama tym tygodniem się przekonała.

Na początku pewnie dzwoniłeś codziennie.

To naturalne. Nie tylko z rodzicami rozmawiałem, ale również z moją dziewczyną, która dzisiaj jest moją żoną. Ten kontakt był codziennie, ale nie na zasadzie: nie potrafię się odnaleźć, tęsknię. Ja się czułem w Anglii jak ryba w wodzie. Klub stworzył mi genialne warunki. Rozwijałem się jako piłkarz, ale też jako człowiek.

Chciał cię natomiast nie tylko West Ham.

Pokazałem się dobrze na eliminacjach mistrzostw Europy, gdzie byliśmy w mocnej grupie z Austrią czy Norwegią. W Austrii grał wtedy Alaba. Ja byłem najmłodszy ze wszystkich, a wypadałem bardzo dobrze. Było zainteresowanie ze strony Chelsea, z tym, że oni nie chcieli płacić Arce. Ten temat nie był więc rozpatrywany. Miałem też zaproszenie z Liverpoolu, pojawił się temat Francji, ale ja byłem zafiksowany na Anglię, to był mój kierunek.

W Chelsea byłeś nawet na testach.

Jadałem lunche z pierwszym zespołem. Znowu pojechałem z mamą, przy jednym stoliku jedliśmy my, przy drugim Szewczenko i Terry, a w tle Ashley Cole grał w bilarda. Tam też bym nie zginął, ale West Ham był konkretniejszy w rozmowach z Arką.

Mówiłeś, że West Ham zapewnił ci genialne warunki. Czyli jakie?

Zacznijmy od zakwaterowania. Mieliśmy najęty dom na ponad dwadzieścia miejsc noclegowych. To były pokoje dwuosobowe. Mieszkali tu zawodnicy przyjezdni, spoza Anglii. Dom piękny, wspaniale wyposażony, niczego nie brak – pokoje to jedno, kuchnia drugie, ale też bilard, stół do ping ponga. Mieliśmy pomoc ze sprzątaniem czy obiadami, tak żeby móc się skupić na piłce.

Mieszkało w tym domu też małżeństwo, które się nami opiekowało. Nie traktowali tego jak pracy, tylko faktycznie się nami zajmowali. Tyle lat minęło, a do dziś mam z nimi kontakt. Wymowne, prawda? Kładziono tam duży nacisk na to, żeby wychowywać nas na fajnych ludzi. Dbali o to, żebyśmy mieli kulturę osobistą, szacunek dla starszych, generalnie żebyśmy nie byli rozkapryszonymi dzieciakami. Myślę, że im się udawało, przynajmniej w większości, bo wiadomo, że ludzie są różni. Sprawdzano jednak: czy dbamy o porządek, o ten jego zakres, za który jesteśmy odpowiedzialni. Czy jesteśmy uprzejmi.

Jeśli chodzi o trening, to oczywiście szereg boisk, pełny dostęp do siłowni, fizjoterapeuci, trenerzy od przygotowania motorycznego…. Organizacja pod każdym względem wzorowa. Taka sala audiovideo – akademia miała swoich dwóch analityków, którzy opracowywali nasze mecze i treningi. Każdy mógł poprosić o indywidualną analizę.

A czy twoim zdaniem to wszystko nie tworzy trochę cieplarnianych warunków, takiego klosza? Choćby ta pomoc ze sprzątaniem.

Nie, bo oni dają, ale w zamian oczekują. Tam jest naturalna selekcja. Jak ktoś nie docenia, nie potrafi korzystać z tych wszystkich możliwości, to przepadnie. Zapewniają ci wiele, ale też z tego rozliczają. Była historia z Włochami, którzy przyjechali na testy w momencie, gdy Zola był menadżerem. Szesnastolatkowie. Ledwo się zameldowali, już włączył się alarm przeciwpożarowy. Nikt nie miał pojęcia o co chodzi. Pewnie awaria. Naprawiono, wszyscy poszli spać, a za dwie godziny znowu. Okazało się, że Włosi palili papierosy przy zamkniętym oknie.

Ale udawało wam się czasem wyskoczyć na miasto, opowiadałeś o tym.

Wiadomo, że nie da się młodych ludzi zamknąć na klucz, żeby tylko oglądali kolejne mecze. Człowiek by zdziczał, to też nie to o chodzi. Czasem trzeba troszkę zdjąć presji, być normalnym człowiekiem. Sporadyczne wypady nam się zdarzały, natomiast na swój sposób były wpisane w system. Tak jak klub organizował ze trzy imprezy na sezon. Do tego paintball, quady, gokarty. Miałem też to szczęście, że szybko znalazłem się w pierwszym zespole, więc wychodziłem też z dorosłymi jak była klubowa okazja.

Jak bawiły się gwiazdy West Hamu?

Wychodziliśmy do restauracji, potem do londyńskich klubów, a co dalej – tajemnica szatni. Niemniej ja się raczej przyglądałem, byłem młody, budowałem swoją pozycję, trzeba znać hierarchię. Uderzało natomiast jak bardzo ci gracze byli rozpoznawalni. Gdy wchodziliśmy do klubu, najlepszego z najlepszych, robił się z tego prawdziwy show. Wszyscy ich kojarzyli, na wszystkich robili wrażenie. Druga strona medalu była taka, że obserwowano ze wszystkich stron co robią.

Po jakim czasie zacząłeś trenować z pierwszym West Hamem?

W drugim roku. Znowu dobrze widać na moim przykładzie ile czasem znaczy przypadek: menadżerem był Gianfranco Zola. Jego syn grał w rezerwach, więc Zola oglądał mecze dwójki bardzo często. Tak mnie wypatrzył i wyciągnął wyżej. Trenowałem z niezniszczalnym Markiem Noblem, czyli Mr West Hamem. Trenowałem ze Scottem Parkerem, Valonem Behramim, Matthew Upsonem, Carltonem Colem czy Alessando Diamantim, ktory pojechał z Włochami na mistrzostwa świata.

Kto był najlepszy?

Parker. Nie dało mu się odebrać piłki. W gierkach ten zespół, który miał Scotta, zawsze wygrywał. Nie był jakimś technicznym wirtuozem, ale do gry na najwyższym poziomie nie potrzeba umiejętności Messiego. On podejmował niemal zawsze optymalne decyzje, a to jest kluczowe. Potrafił też liderować drużynie, wstrząsnąć nią w odpowiednim momencie.

Czysto piłkarsko pewnie wciąż najlepszy był Gianfranco Zola.

Miał czterdzieści lat, ale jak wchodził do gierki, wiązał nas po dwóch. W zadaniowych, technicznych ćwiczeniach zawsze wygrywały drużyny, do których dołączył. Pasjonat i genialny piłkarz. Codziennie pokazywał się na siłowni, choć przecież mógłby już odpuścić. Dbał o detale: do sztabu dołączył swojego kucharza, któremu ufał.

W domu dla juniorów pewnie siłą rzeczy miałeś mocną pozycję, bo mimo młodego wieku byłeś blisko pierwszej drużyny.

Zawsze w środowisku piłkarzy to jak grasz wyznacza miejsce w grupie. Byli tam starsi ode mnie, a trenowali tylko w rezerwach. Miałem szacunek. Ale na pewno nigdy nie podszedłem do nikogo w stylu: o, ja to jestem gość, a kim ty jesteś. Jak wspominałem, w West Hamie kładą ogromny nacisk na to, by po pierwsze uczynić cię porządnym człowiekiem, a pokora jest tak samo przydatna w piłce jak i poza boiskiem. Do tego samodzielność. Odpowiedzialność. Musiałem sobie radzić w innym kraju, z obcym językiem, bez parasola ochronnego rodziców. Dogadać się po angielsku to jedno – ja chodziłem do angielskiej szkoły, zdawałem w tym języku egzaminy.

Nie było też w moim przypadku bariery językowej, co też pomogło. Już kilka miesięcy przed wyjazdem miałem spotkania z „nativem”, który nie umiał słowa po polsku. Życie mnie trochę zweryfikowało, nie byłem tak biegły jak mi się zdawało, ale tak naprawdę po dwóch miesiącach nie miałem żadnych problemów.

Z jednej strony mówisz o pokorze, a potem pojawia się gość taki jak Craig Bellamy, którego cała filozofia opiera się na zupełnie odwrotnym podejściu.

Bellamy był niesamowicie pewny siebie. Cokolwiek robił, robił to w stylu: ja tu rządzę. Na pewno ten szacunek do innych funkcjonował u niego na trochę innych zasadach. Była taka sytuacja z kitmanem. Kitman potrzebował coś zanieść pierwszemu trenerowi i zastawił Bellamy’emu auto na kilka minut. Bellamy zemścił się, następnego dnia zastawił kitmanowi auto na cały dzień. Facet musiał czekać do jakiejś osiemnastej.

Kieron Dyer wracał w West Hamie po kontuzji. Choć to była jego koncówka, pewnością siebie przebijał nawet Bellamy’ego. Jak trenował z młodzieżowcem w dwójce, a ten mu źle zagrał, potrafił zejść z boiska, bo on nie będzie trenował w takich warunkach, za niski poziom dla niego. Był zdania, że dzisiaj młodzi mają za łatwo, że im, starszym piłkarzom, ciężej przychodziło dostanie się do systemu. Mówił mi, że na najwyższy poziom ciężej się dostać niż się tam utrzymać. To też jest moje zdanie. Nie był do młodych sympatycznie nastawiony, tym bardziej doceniałem, że mnie szanował. Zatrzymał się kiedyś obok mnie po treningu:

– Gdzie idziesz?

– Do domu.

– Chodź, podwiozę cię.

W ogóle nie było mu po drodze, ale mnie podrzucił. Po drodze otwarcie ze mną rozmawiał, jak starszy kolega. Dał mi też taką wskazówkę:

– Najważniejsza w piłce jest pewność siebie. Czasem trzeba zagrać zarozumiałego, czasem trzeba kogoś opieprzyć nawet, jeśli to tobie nie wyjdzie zagranie. Źle podałeś? Nie. To on źle się ustawił. Masz słabszy dzień? Wypięta klata i do przodu. Masz mieć niezachwianą pewność siebie, być niezniszczalnym.

I jak to odbierałeś wtedy, a jak teraz?

Wtedy myślałem: o kurde, podrzucił mnie Kieron Dyer, nieźle. Za młody byłem, żeby się nad tym poważnie zastanowić. Teraz jednak myślę, że potrafię wprowadzić to w życie.

Wprowadzasz metodę Dyera?

Wydaje mi się, że tak, choć jej własną wersję, w której pewność siebie ma być wymieszana z pokorą.

Ciężko to połączyć, względnie wyważyć.

Na pewno nie jest to łatwe, ale może to klucz, takie pogodzenie ognia z wodą. Zdrowa pewność siebie i pokora, która gwarantuje wyciąganie wniosków. Ta pewność siebie to trochę tarcza, zbroja. Nie oceniam innych ludzi, niech każdy szuka swojej ścieżki, każdy powinien znaleźć sposób na to, by dotrzeć do siebie, ale Kierona Dyera ta filozofia poprowadziła na tak wysoki poziom.

Chyba pobyt w Bytowie, który za stolicę futbolu nie uchodzi, a nie grałeś tam wcale, był dla ciebie dużym testem takiej filozofii.

Wiem dlaczego tam nie grałem, ale nie zamierzam żalić się publicznie. Wiem, że nie chodziło o moją formę sportową. Ja się czułem piłkarsko bardzo dobrze. Byłem po rehabilitacji, a nawet motorycznie wyglądałem świetnie. Nie będę tego rozgrzebywał, nie jestem osobą zawistną, rozpamiętującą.

Pójście tam to twój największy błąd?

Nie, bo to była cenna lekcja. Nie mamy czasem w piłce wpływu w jakich okolicznościach się znajdziemy. Mamy wpływ na to jak do nich podejdziemy. Może będzie to sytuacja beznadziejna, nie będziesz grał. Ale co ci da się wtedy frustrować? Zastanawiać: a, byłbym gdzie indziej, zagrał wszystko, trafiłbym wyżej? Może tak by było, ale to gdybanie, z którego nie ma nic pożytecznego.

Powiedziałeś zdanie, które chciałbym, żebyśmy rozwinęli, bo mnie zaintrygowało. Generalnie mówi się, że trudniej utrzymać się na szczycie, niż na niego wejść. Ty mówisz, że w futbolu jest odwrotnie, trudniej się dostać na wysoki poziom niż na nim pozostać.

Zagrasz gdzieś wyżej i tego już ci nikt z CV nie wymaże, to będzie pracować na ciebie całą twoją karierę. Rozegrasz kilkanaście meczów tam i już zawsze, ale to zawsze będzie ci łatwiej.

Poza tym ten sam piłkarz, który nie wyróżnia się w słabszej drużynie, może okazać się rewelacyjny w mocnej. Piłka to nie przenoszenie umiejętności jeden do jednego, to sport zespołowy, podział obowiązków aż na jedenastu, jesteś mocno zależny od kolegów. Najłatwiej to zrozumieć na przykładzie środkowego napastnika: najlepszy na świecie, mistrz pola karnego, mistrz wykańczania akcji nie zrobi nic, jeśli tych sytuacji mu się nie stworzy. Może ma instynkt, ale nie jest sprinterem, a drużyna gra z kontry? Będzie tu wyglądał fatalnie. A potem może trafić gdzieś, gdzie zespół gra na niego i rozwiąże się worek z bramkami.

 Spójrzmy na Kante, który we Francji grał w III lidze, a teraz jest mistrzem świata, wygrał Premier League z Leicester i dziś gra w Chelsea. Raptem cztery lata między trzecią ligą a światowym topem. Czy aż taki wielki postęp zrobił w tym czasie? Na pewno bardzo się rozwinął. Ale już w III lidze musiał być dużo lepszy, niż wskazywałaby na to jego gra. Może być wielu chłopaków w niższych ligach, których otoczenie najlepszych graczy nie tylko by nie przerosło, ale pomogło pokazać ich prawdziwą twarz.

Jak blisko byłeś piłkarskiego szczęścia w Premier League, którego pracowałoby na ciebie później latami?

Wydaje mi się, że dość blisko. Zola we mnie wierzył, mówił, że się rozwijam, że jestem blisko. Kiedyś po jakimś meczu rezerw powiedział, żebym grał jeszcze odważniej, jeszcze bardziej ofensywnie, bo na wahadle mam mnóstwo możliwości.  Problem w tym, że West Ham bronił się wtedy przed spadkiem. To nie był dobry moment na ogrywanie młodzieżowców. Gdyby coś poszło nie tak, beknąłby za mnie.

Jakbyś jutro miał spotkać się z Zolą, co byś mu powiedział?

Dziękuję. Dziękuję za wszystko czego mnie nauczył. Podejścia do treningu, do zawodu. Tej sprawiedliwości i otwartości, z jaką traktował wszystkich zawodników. Zarażał niesamowitą energią i szczerością.

A gdyby on spytał „Filip, dlaczego nie ma cię wyżej?”.

Dlaczego nie ma mnie wyżej. (dłuższa przerwa). Nie wiem. Ciężko byłoby odpowiedzieć. Nie takie decyzje. I zaufanie do nieodpowiednich ludzi.

Na zaufaniu w piłce można się mocno przejechać?

Zasada ograniczonego zaufania jest wskazana, a ślepe zaufanie może okazać się trumną dla kariery. Polecam jak najwięcej rozmawiać ze starszymi piłkarzami, którzy znają system od dawna, wiedzą kto jest kim, kto może cię oszukać a kto jest godny zaufania, jak się zachować w danych sytuacjach. Trzeba poznać zasady tej zakulisowej gry tak samo, jak kiedyś poznało się zasady gry w piłkę. Nie daje ci to pewności, że zawsze podejmiesz właściwe decyzje, bo w momencie, gdy gdzieś idziesz i jest to obiektywnie najlepsza możliwa opcja, po dwóch tygodniach wszystko może się zmienić – choćby zwolnią trenera, który cię sprowadzał, u nowego nie pasujesz lub ma swoich ludzi. Taka jest piłka. Ale to ryzyko da się ograniczać.

Często używasz słowa „system”. Co przez to rozumiesz?

Tak mówię na całą siatkę piłkarską, całe środowisko piłkarzy, klubów, trenerów, menadżerów. Można mówić inaczej, ja mówię tak.

Jakimi prawami rządzi się system?

Mam być szczery?

Tak.

Pieniądz.

To znaczy?

Cały system sprowadza się do zarabiania pieniędzy. Każdy chce być jak najwyżej, każdy chce zarabiać jak najwięcej, każdy patrzy na swój interes. Nie chcę mówić za wszystkich, na pewno są osoby, dla których pieniądze nie będą najważniejsze, ale to się jednak sprowadza do tego, że każdy patrzy jak zbudować swoją markę, jak – po prostu – być kimś.

Spotkałeś wielu idealistów?

Czy ja wiem. Może Ebi Smolarek.

Ciekawe.

Oczywiście spotkałem się z nim, gdy był już na końcu swojej drogi. Ale to naprawdę fajny człowiek szatni. Miał taki luz w podchodzeniu do piłki. Może kilka lat wcześniej jakbym go spotkał wyglądałoby to inaczej, ale wtedy, w Jadze, grał z tej czystej pasji.

Też nie chcę być źle rozumiany, że demonizuję pieniądz, a sam uważam się za nie wiadomo kogo. Oczywiście, że pieniądz jest bardzo ważny. Wszyscy mamy rodziny, ja też mam żonę i córkę. Piłka to jest moja pasja, ale jestem profesjonalistą, muszę zapewnić byt swojej rodzinie. Wiesz czego mi gdzieś brakuje? Tego, co kierowało mną jak grałem w juniorach Arki. Kiedy byłem skoncentrowany tylko na tym, żeby wyjść na boisko i zagrać jak najlepiej. Taka dziecięca miłość do piłki. To jest coś najwspanialszego. Ale trudno wyrzucać komuś brak tego podejścia, bo to nasz zawód, nasz chleb, pojawiają się zupełnie inne konteksty. Traktuję to jako zawód, gdybym powiedział, że nie robię tego dla pieniędzy to bym skłamał.

Co ciekawe, spotkałem się z takim swobodnym podejściem w West Hamie, u tych, co zarabiali najwięcej. Oni mieli zapewniony byt na pokolenie do przodu, ustawili swoje rodziny, to milionerzy. I może stąd, z uzyskania już pozycji, z zapewnienia sobie warunków życiowych, przychodził prawdziwy spokój i możliwość takiego czystego myślenia o piłce.

A ty kiedy straciłeś tą radość?

Nie straciłem. Ona u mnie jest zawsze jak wychodzę na boisko, bo kocham grać w piłkę, uwielbiam to, ale w pewnym momencie doszła odpowiedzialność. Myślę, że są piłkarze, którzy gdyby spojrzeli głęboko w siebie, musieliby udzielić odpowiedzi: najbardziej z tego wszystkiego lubię status, lubię pieniądze, lubię otoczkę. Dla mnie piłka nożna jest na pierwszym miejscu, nie mówię o wartościach życiowych, bo tutaj rodzina jest numer jeden.

Dużo spotkałeś takich piłkarzy, których piłka w sumie już nie interesowała, była tylko środkiem?

Gdyby nie mieli do niej już w ogóle serca, to by tego nie robili. Może w niektórych to wygasa szybciej, może system ich już drażni, może uważają, że jest niesprawiedliwy. Piłka nożna to nie jest biznes na takiej zasadzie, że dzisiaj wyprodukuję czegoś tyle i tyle, a zarobię na tym tyle i tyle. Nie, tu zmienia się wszystko bardzo szybko, dzisiaj możesz być na topie, jutro na dole. Granica między porażką a sukcesem jest cieniutka. Najważniejsze, żeby zawodnik pamiętał o tym i się nie zniechęcał, pracował nad sobą tak samo mocno również wtedy, gdy z różnych przyczyn nie idzie. W piłce zawsze wszystko jest możliwe. Nie powinniśmy się tak ciągle porównywać z innymi ludźmi, każdy ma swój tajming do swoich rzeczy.

Można mieć pasję do piłki, ale nienawidzić systemu.

To naturalne. Mamy przykłady, gdy ktoś gra, bo musi grać, a lepszy siedzi na ławce. Są takie sytuacje, nie przeskoczymy tego. Klub planuje wypromować danego zawodnika, zarobi na nim X milionów, lepszy gracz, ale nie mający szans na to, by zostać drogo sprzedanym, ląduje na aucie.

Do Polski wracałeś trochę z podkulonym ogonem.

Zaufałem, że ten powrót będzie dobry. Miałem propozycje zostania w Anglii. Mogłem zostać w West Hamie. Mogłem w innym klubie Premier League.

Miałeś oferty ze słabszych klubów Premier League i wybrałeś Bełchatów?

Nie wybrałem Bełchatowa, miałem wrócić do mocniejszego klubu w Polsce, ale nie chcę już wracać do tamtego tematu. Zaufałem, że ten powrót będzie miał sens, bo chciałem zacząć grać w seniorskiej piłce. Byłem zdania, że tego mi najbardziej brakuje. Kręciłem się dookoła grania, trenowałem z pierwszym zespołem, ale nie grałem. W Polsce bym grał. Nie wypaliła opcja, na którą zostałem namówiony i ratowałem się Bełchatowem.

W Championship chyba do juniorów byś nie szedł.

I tak i nie. Byłbym w pierwszym zespole, ale nie byłbym pewny placu. Niecierpliwość wzięła górę, byłem zapewniany, że wracam do Polski i w mocnym klubie będę grał pierwsze skrzypce.

Jak było z rozstaniem z West Hamem, zrezygnowali z ciebie?

Był temat przedłużenia kontraktu. Rozmowy przez pewnych agentów utknęły w martwym punkcie, a potem zostały przez West Ham zerwane. Nie byłem informowany jak te rozmowy się toczą. A raczej mówiono mi rzeczy, które nie były zgodne z prawdą. Gdybym przy nich był, na pewno bym na to nie pozwolił.

Zdecydowałbyś się zostać?

Nie wiem, ale na pewno inaczej by się potoczyły.

Z jakimi myślami lądowałeś w Bełchatowie?

Uznałem, że nie mam nic do stracenia. Skupiłem się na radości z grania. Miałem osiemnaście lat. Mieliśmy fajną drużynę i dobrą atmosferę. Kamil Kosowski to jeden z najlepszych piłkarzy z jakimi miałem przyjemność grać czy trenować. Marcin Żewłakow imponował profesjonalizmem, był już bliżej końca niż początku swojej kariery, a nie odpuszczał ani na chwilę, cały czas był perfekcyjnie przygotowany do każdego treningu, pilnował diety czy siłowni.

Zagrałeś w reprezentacji Polski na bazie swojego potencjału, tej łatki talentu, który wyjeżdża do West Hamu?

Wydaje mi się, że nie. Jesienią grałem w Bełchatowie bardzo dobrze i tyle. Na pewno nie zaszkodziło to, że przyjechałem z Anglii, ale przede wszystkim decydowało to jak się prezentowałem. Nie miałem ze Smudy dłuższej rozmowy, marzenia o Euro nie udało się zrealizować, ale gra dla reprezentacji Polski to dziecięce marzenie, które udało się spełnić, nawet jeśli to była tylko kadra w ligowym składzie.

W Jadze też wyglądałeś nieźle, ale potem przyszła sytuacja, po której chyba do dziś nie możesz się odkręcić. Jaga chciała przedłużyć kontrakt, ty nie chciałeś, wylądowałeś w Klubie Kokosa.

Nie będę wchodził w szczegóły, podpisałem ugodę, zobowiązuje mnie ona również do tego, by o pewnych sprawach nie opowiadać.

Nie użyłbym słowa „odkręcić”, ale to wszystko bardzo wyhamowało, to prawda. Natomiast to jest duża lekcja. Nauczyłem się wiele będąc w Jagiellonii, ten okres rozwinął mnie jako piłkarza, wiem jakie popełniłem błędy, wiem co zrobiłem źle, chociaż nie wszystko było zależne ode mnie. Można patrzeć na miejsce lub sytuację tylko przez pryzmat porażki, ale zawsze we wszystkim potrafiłem też znaleźć wiele pozytywów. Nie muszę nikogo przekonywać, że tak jest, dalej mam swoje cele i skupiam się na nich.

Jaką konkretnie lekcję dała ci Jagiellonia?

Cierpliwości. Potem nastąpił okres, dzięki któremu wiem ile potrafię przejść, ile potrafię znieść, że dalej potrafię iść z podniesioną do góry głową, gdzie niejeden by się już poddał.

Są takie osoby w Białymstoku, którym nie podałbyś ręki?

Nie, nie wychodzę z takiego założenia.

Jaki jest twój aktualny status?

Mam kontrakt z Podbeskidziem do końca czerwca. Będą rozmowy o mojej sytuacji jak tylko wrócimy do treningów, a przygotowania zaczynamy 19 czerwca.

Wiosną nie grałeś wiele.

Zgadza się, jesienią grałem więcej. Przegraliśmy dwa pierwsze wiosenne mecze, trener zrobił zmianę. Mogę mieć opinię, że na to nie zasłużyłem, ale muszę to uszanować i uszanowałem. Wszedł za mnie Bartek Jaroch, grał dobrze – taka jest piłka, dynamiczna, pracuję dalej. Kiedyś Bartek Drągowski powiedział, że przed nim do składu w Fiorentinie jest nawet masażysta. No i dobrze, pytanie: co z tym zrobisz? Załamiesz się? Młodzi zawodnicy mają często pretensje do wszystkich dookoła. Nawet jeśli przed tobą jest masażysta, a jeszcze kierowca, to musisz być gotowy. Zapieprzać tak samo, bo gdy dostaniesz szansę, ale przez swoją frustrację, pretensje, zapuściłeś się, to jej nie wykorzystasz.

Czarny scenariusz, pozostajesz bez klubu.

To pozostanę gotowy. Pracuję poza klubem też na własną rękę z trenerem od przygotowania motorycznego, mam cele krótkoterminowe i długoterminowe. Teraz przede wszystkim cel to podpisać kontrakt i zagrać cały pełny sezon, od deski do deski. To byłaby platforma, na której mogę coś budować. Znam swoją wartość, swoje możliwości. Ale też ktoś musi spojrzeć: aha, zagrał 32 mecze w poprzednim sezonie. To ma inną wymowę.

O marzeniach wolisz nie mówić, bo lubią się zemścić?

Nie wstydzę się marzyć, potrafić marzyć też trzeba umieć, tak jak znać wartość i siłę marzeń. Ale istotnie, nie powiem, bo ludzie często tego używają potem jako pożywki. Ale jak ktoś się wyśmiewa, to często jest związanie z ich własnym niespełnieniem. Osoby, które są spełnione, nigdy się nie wyśmiewają, tylko służą wsparciem, doceniają nawet najambitniejsze plany.

Poza tym można być niespełnionym piłkarsko, ale spełnionym życiowo.

Oczywiście, wszystko zależy od definicji sukcesu, od tego jakimi jesteśmy ludźmi, jakie mamy ambicje. Piłkarz musi się odnaleźć w większej liczbie spraw niż piłka nożna. Na pewno jestem piłkarsko głodny, nawet bardzo głodny, dlatego mam cele, do których dążę, nad którymi pracuję. Ale jest też druga strona medalu. Kiedyś ciągle było mi mało, nie potrafiłem docenić tego gdzie się dostałem, chciałem szybko mieć więcej. Stąd rodziła się niecierpliwość, a z niej złe decyzje. Teraz potrafię też docenić co mam.

To jak ty definiujesz sukces?

Jak skończę karierę to ci powiem.

Rozmawiał Leszek Milewski

Napisz do autora o czym chcesz, na przykład o fali upałów