Kubica wraca na miejsce największej kraksy i największego triumfu
Inne sporty

Kubica wraca na miejsce największej kraksy i największego triumfu

Politycy mogą się głowić nad skomplikowanymi międzynarodowymi traktatami. Dyplomaci mogą się pocić i kombinować, jak naprostować zepsute przez lata relacje. Wizerunek kraju mogą próbować poprawić zatrudnieni za gigantyczne pieniądze spece od PR, tworzący mniej lub bardziej skuteczne kampanie promocyjne. A i tak żadne z tych działań tak naprawdę nie ma takiego wpływu na postrzeganie państwa, jak to, co się dzieje na murawie stadionu, korcie tenisowym, czy arenie olimpijskiej. Albo – torze Formuły 1. Dziś wyścig o Grand Prix Kanady. Dla jakiejś części z ponad miliarda ludzi, którzy śledzą zmagania najlepszych kierowców świata – właśnie ten wyścig był pierwszym momentem, w którym w ogóle zdali sobie sprawę, że istnieje taki kraj, jak Polska.

Jasne, możecie się w tym momencie obruszyć: ale jak to, co za ignoranci! No, niestety. Dokładnie na takiej samej zasadzie, jak przeciętny Polak nie wskaże istotnych różnic między Irakiem, a Iranem, jak nie ma pojęcia czemu Macedonia zmieniła się w Macedonię Północną i co w tym temacie nie pasuje Grekom, jak kompletnie nie czuje różnicy między Nigrem, a Nigerią, a nawet zdarzy mu się pomylić Słowację ze Słowenią – tak samo przeciętny Pakistańczyk, Peruwiańczyk, czy Filipińczyk totalnie nie wie nic o Polsce i dziwi go, kiedy się upieramy, że Poland i Holland to jednak nie to samo.

Duże nosy, twardzi ludzie

Oburzanie się nie ma jednak większego sensu, świat po prostu jest tak skonstruowany, że większość ludzi nieszczególnie interesuje się tym, co ich nie dotyczy. I żeby przykładowego Pakistańczyka, Peruwiańczyka, czy Filipińczyka zaciekawić Polską, potrzeba czegoś spektakularnego. W przypadku niektórych krajów dobrze sprawdzają się gwiazdy muzyki. Z Łotwy w wielki świat przebiła się kiedyś grupa Brainstorm, z Islandii – Bjork, ze Szwecji – Abba. Szwedzi w globalnej świadomości kojarzą się jeszcze oczywiście z siecią sklepów IKEA oraz z samochodami Volvo. Włosi to wiadomo – pizza, spaghetti, Koloseum, krzywa wieża w Pizie, Wenecja. Francja – Paryż, wieża Eiffla i samochody o wątpliwej reputacji. Rosja – Plac Czerwony, wódka, komunizm, matrioszki. Niemcy – porządek, samochody, a kiedyś – gość, który zafundował światu największą wojnę w dziejach. I tak dalej, i tak dalej.

A z czym globalnie kojarzy się Polska? Kiedy zadamy to pytanie na ulicach Warszawy, Wrocławia, czy Bydgoszczy, usłyszymy pewnie: papież Polak, Chopin, Wałęsa, wódka. Ktoś bez przekonania doda: Polański, czy Sienkiewicz. Inny rzuci: Lewandowski. I wiele wskazuje na to, że będzie najbliżej prawdy. Bo jasne, w Niemczech, czy Wielkiej Brytanii, gdzie przez lata wyjechało mnóstwo Polaków, jakaś świadomość o naszym kraju istnieje. Jest szansa, że jeden z drugim Hans, Hermann, czy Andreas, albo inny James, Andrew, czy John ma kolegę z Polski i coś tam słyszał: o obaleniu komunizmu, o Solidarności, o Marii Skłodowskiej-Curie, o polskich noblistach, czy o Powstaniu Warszawskim. Przeciętny mieszkaniec Islamabadu, Limy, czy Manili nie słyszał o tym wszystkim na pewno. Dla niego jedyny kontakt z Polską może nastąpić poprzez sport. A ze wszystkich sportów, oprócz piłki nożnej i igrzysk olimpijskich, najbardziej globalny zasięg ma Formuła 1. Mocno prawdopodobne więc, że jego wyobrażenie o kraju nad Wisłą jest takie, że mieszkają tam twardzi goście z dużymi nosami, którzy nigdy nie rezygnują z walki o marzenia i których naprawdę bardzo trudno jest złamać. Poza tymi nosami – w sumie: fajnie!

Dwa wyścigi o Grand Prix Kanady sprawiły, że o Polsce usłyszał cały świat. Ba, nie tylko usłyszał o Polsce, ale nawet usłyszał kawałek Polski, czyli „Mazurka Dąbrowskiego”. Dziś kierowcy po raz kolejny będą się ścigać w Montrealu, znów z Robertem Kubicą w stawce. Czy jest szansa, że i tym razem będzie to dobra promocja naszego kraju? Cóż, pod względem sportowym – niestety trudno oczekiwać cudów…

Tor Gillesa Villeneuve’a

Był 8 maja 1982 roku. Na torze w Leuven trwały kwalifikacje do wyścigu o Grand Prix Belgii. Wicemistrz świata sprzed trzech lat, Gilles Villeneuve, przyjechał do Belgii po zajęciu drugiego miejsca w San Marino. To był przełomowy wyścig, bo wcześniej nie ukończył zawodów w RPA i Brazylii, a w USA został zdyskwalifikowany. W Belgii do ostatnich minut kwalifikacji walczył o poprawienie czasu. Wtedy doszło do tragedii. Kanadyjczyk wyjechał z pierwszego zakrętu i był znacznie szybszy niż Jochen Mass. Ten zobaczył go w lusterku i zjechał do prawej, żeby go przepuścić. W tym samym momencie Villeneuve też zjechał w prawo, by wyprzedzić rywala. Jego Ferrari z potężną siłą uderzyło w tył bolidu Massa i zostało wyrzucone w powietrze z prędkością przekraczającą 200 kilometrów na godzinę. Bolid Kanadyjczyka przeleciał ponad 100 metrów, zanim z ogromną siłą uderzył nosem w ziemię. Pierwsi na miejscu byli inni kierowcy – John Watson i Derek Warwick, którzy wyciągnęli kolegę z wraku. Co ciekawe, Villeneuve był przypięty pasami do fotela, ale jego kask odnaleziono 50 metrów dalej. Lekarz, który przybył na miejsce pół minuty później, stwierdził, że kierowca nie oddycha, ale ma puls. W szpitalu stwierdzono liczne złamania, w tym śmiertelne złamanie karku. Zgon stwierdzono o godzinie 21:12.

Villeneuve był w momencie śmierci jedną z ikon Formuły 1 i absolutnie największą gwiazdą kanadyjskiego sportu. Dla kraju spod znaku Klonowego Liścia to był szok. Nikogo nie zdziwiło, że tor w Montrealu z miejsca przemianowano z Ile Notre-Dame na Gilles Villeneuve, a na linii startu – mety wymalowano napis „Salut Gilles” (Cześć Gilles).

Jednym z bardziej wzruszających momentów w historii toru był ten, kiedy zadebiutował tam Jacques Villeneuve, syn Gillesa. Chłopak miał 11 lat, kiedy z dnia na dzień z syna gwiazdora zmienił się w sierotę. Tragedia nie sprawiła jednak, że trzymał się z dala od sportów motorowych. Wręcz przeciwnie. Z Formuły 3, przez serię Indy Car, trafił w końcu do Formuły 1. W 1996 roku podpisał kontrakt z zespołem Williams i niedługo potem zameldował się na torze imienia swojego ojca. I cóż – nigdy nie był tak blisko zwycięstwa, jak w debiucie. Williams wówczas miał zdecydowanie najlepszy bolid, wygrał 12 z 16 wyścigów w sezonie. W Kanadzie Villeneuve przegrał o 0,02 sekundy kwalifikacje z partnerem z zespołu, Damonem Hillem, w wyścigu także dojechał na drugim miejscu. W kolejnych latach już tak dobrze nie było. Nawet rok później, kiedy ostatecznie zdobył mistrzostwo świata, w ojczyźnie do mety nie dojechał. W następnych 8 startach w Montrealu tylko trzy razy dojechał do mety (najwyżej na 9. miejscu). W 2006 roku wjechał w ścianę na 58. okrążeniu. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to była jego ostatnia szansa na punkty na tak bliskim sercu torze. Sześć tygodni później szefowie zespołu BMW Sauber podziękowali byłemu mistrzowi świata i zastąpili go 21-letnim chłopakiem z Polski, który w pierwszym wyścigu dojechał w punktach (potem został zdyskwalifikowany za zbyt lekki bolid), a w trzecim zameldował się na podium Grand Prix Włoch. Wtedy część świata usłyszała o naszym kraju po raz pierwszy.

Najdłuższe 15 minut w życiu

Drugi raz miał miejsce – a jakże – w Kanadzie. Trudno o bardziej filmową i spektakularną historię. Kubica debiutuje na torze noszącym imię gościa, którego syna wysadził z Formuły 1. Do zawodów przystępuje po trzech dobrych występach, w których zawsze był blisko podium. Na 27. okrążeniu przy próbie wyprzedzenia Jarno Trullego dochodzi do kontaktu. Bolid Polaka z prędkością ponad 300 kilometrów na godzinę uderza w betonową barierę, następnie koziołkując przelatuje przez tor między pędzącymi rywalami, aż wreszcie roztrzaskuje się o kolejną barierę. Nad torem Gillesa Villeneuve’a, który zginął w podobnych okolicznościach, unosi się pytanie: czy on to przeżył?

Pytanie jak najbardziej zasadne, bo siła uderzenia była potężna. Przeciążenia, jakim był w momencie wypadku poddany Kubica dochodziły do 75 G, a takiej kraksy nie było w Formule 1 od lat. Służby ratownicze zjawiły się na miejscu momentalnie. Wyścig toczył się dalej, ale realizatorzy pokazywali głównie to, co działo się na miejscu wypadku. Pokazywali jednak z odpowiedniego oddalenia, jakby przeczuwając, że mogło dojść do tragedii i bezpieczniej w takiej sytuacji nie robić zbyt dużych zbliżeń.

Byłem wtedy w studiu Polsatu. Przez kwadrans nie było nic wiadomo. To było najdłuższe 15 minut w moim życiu. Przychodziły mi do głowy myśli: Boże, on nie żyje. Nie mogłem, nie chciałem w to uwierzyć. Wreszcie dodzwoniłem się do menedżera Roberta, Daniele Morellego, który powiedział: wszystko ok – opowiadał mi po wypadku Artur Kubica, ojciec Roberta.

„Wszystko ok” oznaczało nie tylko, że kierowca żyje. Oznaczało, że w zasadzie nic mu się nie stało i tydzień później chciał startować w wyścigu o Grand Prix USA. Gość roztrzaskał się o betonową ścianę przy prędkości 300 kilometrów na godzinę i… NIC MU SIĘ NIE STAŁO! Tak, to zdecydowanie był przykład spektakularnego wydarzenia, po którym o Polsce zrobiło się głośno. Tym bardziej, że na kasku Kubica miał napis „Jan Paweł II”, więc oczywiście pojawiły się głosy, że cudowny ratunek zawdzięcza opiece polskiego papieża. Ba, relację kierowcy BMW Sauber chciała nawet usłyszeć specjalna komisja, pracująca nad procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II.

Zwycięstwo, prowadzenie, rozczarowanie

Inna komisja – medyczna FIA – nie pozwoliła Polakowi wystartować w USA. Tam zastąpił go debiutujący w Formule 1… Sebastian Vettel. Kubica wrócił na kolejny wyścig – we Francji, gdzie zajął trzecie miejsce i otrzymał od Martina Brudle’a nagrodę dla najlepszego kierowcy wyścigu.

Mało? No, to przeskakujemy rok do przodu. Kiedy polscy piłkarze odliczali ostatnie godziny do meczu z Niemcami na inaugurację EURO 2008, Kubica znów jechał w Kanadzie. Powrót na tor, na którym omal nie zginął, zakończył się największym zwycięstwem w karierze. Polak w kwalifikacjach był drugi, a w wyścigu wykorzystał kuriozalną sytuację z alei serwisowej, gdzie Lewis Hamilton wjechał w Kimiego Raikkonena, eliminując i siebie, i jego z dalszej jazdy. Kubica jechał fenomenalnie, nie popełnił żadnego błędu i w fantastycznym stylu zapewnił sobie zwycięstwo. Nad podium w Kandzie pojawiła się biało-czerwona flaga, a z głośników popłynął „Mazurek Dąbrowskiego”. Niedługo potem Podolski wpakował Borucowi dwa gole, ale po wydarzeniach z Kanady polskim kibicom jakoś łatwiej było to przełknąć…

08.06.2008 Montreal, Canada, 1st place Robert Kubica (POL), BMW Sauber F1 Team - Formula 1 World Championship, Rd 7, Canadian Grand Prix, Sunday Podium - www.xpb.cc, EMail: info@xpb.cc - copy of publication required for printed pictures. Every used picture is fee-liable. © Copyright: Photo4 / xpb.cc - LEGAL NOTICE: THIS PICTURE IS NOT FOR ITALY / Newspix.pl POLAND ONLY

Wygrana w Kanadzie rok po koszmarnym wypadku sprawiła, że znów cały świat patrzył na Kubicę i na Polskę. Tym bardziej, że zwycięstwo dało mu także prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Niestety, problem polegał na tym, że szefowie BMW Sauber założyli sobie, że celem na 2008 rok jest odniesienie zwycięstwa w wyścigu, a czas na walkę o tytuł przyjdzie w kolejnym. Zgodnie z planem przestali więc rozwijać bolid i skupili się na pracy nad przyszłorocznym modelem. W efekcie tytułu nie było ani w 2008, ani w 2009, a Kubica opuszczał zespół z poczuciem rozczarowania.

W 2009 roku wyścig w Kanadzie się nie odbył, rok później, już w barwach Renault, Kubica był tam siódmy. Dziś taki wynik byłby spełnieniem marzeń, bo bolid Williamsa jest absolutnie najgorszy w stawce. Wczoraj Polak zajął ostatnie miejsce w kwalifikacjach, jego partner George Russell był przedostatni. Niestety, podobnego wyniku można się spodziewać także w dzisiejszym wyścigu. Kiedy dysponuje się tak słabym autem, celem jest jedynie dojechanie do mety. Na cuda nie ma co liczyć. Zresztą – limit cudów na Montreal Kubica już chyba wyczerpał…

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (3)