Spowiedź mistrza. Życie i czasy Mariana Kasprzyka
Inne sporty

Spowiedź mistrza. Życie i czasy Mariana Kasprzyka

Bielsko-Biała, to tutaj, na jednym z osiedli, z codziennością zmaga się Marian Kasprzyk. Sympatyczny starszy człowiek, który kilka dekad temu siał postrach w ringu bokserskim. O swoich początkach, karierze, trenerze Feliksie Stammie, zwycięstwach, porażkach, olimpijskich kłamstewkach, dopingu i futbolu potrafi opowiadać z pasją i zaangażowaniem.

Drugie piętro dziesięciopiętrowego bloku. Razem z przyjacielem pięściarza, panem Marianem Wawakiem, który umówił nas na rozmowę, idę wąskim korytarzem w stronę drzwi. Zdobią je nieduże, olimpijskie koła. Nie wiem czego się spodziewać. Za chwilę uścisnę rękę, jednego z najlepszych bokserów jakich nosiła polska ziemia. Człowieka, który trzykrotnie uczestniczył w igrzyskach olimpijskich i dwukrotnie wracał z nich z medalami: brązowym wywalczonym w Rzymie (1960) i tym najcenniejszym – złotym – z Tokio (1964).

Drzwi uchylają się. Moim oczom ukazuje się mężczyzna z charakterystycznym, siwym wąsikiem. Szybko podaje mi dłoń i zaprasza do środka. Siadam w fotelu. Naprzeciw stoi meblościanka, w której spoczywają trofea. Dziesiątki bokserskich (i nie tylko!) zdobyczy. Puchary, medale, dyplomy, pamiątkowe zdjęcia i odznaczenia. Interesuję się sportem, ale tak pokaźnej, domowej kolekcji jeszcze nie widziałem.

Po chwili, do pokoju wchodzi pan Marian. Szukał czarnego markera, którym chciał podpisać przyniesione przeze mnie rękawice.

 Mam! – stwierdza radośnie.

Kilka sekund później siada w drugim fotelu i spogląda mi w oczy. Ktoś kiedyś powiedział, że najważniejszy w całym działaniu jest początek…

***

Jestem „Scyzorykiem”. Urodziłem się we wrześniu 1939 roku, w Kołomani, niedaleko Kielc. Ciężkie wtedy czasy nastały. Wojna, bieda, dla wielu niekończąca się tułaczka. Szczęście lub nie, ale nie pamiętam tego dokładnie. Byłem wtedy kilkuletnim malcem. Powojenne lata to już zupełnie inna bajka. Codzienne obowiązki, praca… no i zabawa, która nieodłącznie łączyła się ze sportem i moim starszym bratem Mirkiem, o którym muszę wspomnieć, bo to on przyniósł do domu pierwsze rękawice bokserskie. To on pokazał jak wyprowadzać pierwsze ciosy. Doświadczenie miał, bo sam trochę boksował. Nawet nieźle mu to szło! W tej całej dziecięcej zabawie w pięściarstwo wyszło, że jestem taką „zadziorą”. Nie odpuszczałem. Brat widząc to, coraz częściej mówił:

Marian, weź no chodź na boks. Spróbuj. Co ci szkodzi?. A przyznać muszę, że pewne przeszkody istniały…

Jak każdy młody chłopak w tamtych czasach lubiłem też futbol. Kopanie w piłkę przynosiło mi wiele frajdy. Potrafiłem to robić, na tyle dobrze, że doszło nawet do takiej dziwnej sytuacji. Otóż trenerzy Sparty Ziębice, ten od piłki i ten od boksu, zaczęli kłócić się między sobą, w której sekcji  Marian Kasprzyk powinien osiąść na stałe. Jeden miał pretensje, że „podkradają” mnie na boks. Ba! Przyszedł kiedyś do mnie i ni z gruszki, ni z pietruszki walnął prosto z mostu:

 – Chłopaku, popatrz na tego twojego trenera boksu. Chcesz, tak jak on chodzić całe życie z płaskim, połamanym nosem?  Dalej łaź do niego, to tak będziesz wyglądał!

Szybko doszło do mnie, że chłop chciał mnie u siebie w drużynie, więc na siłę mi to pięściarstwo obrzydzał. No, ale co z tego? Jak mnie już na drugim bokserskim treningu pozwolili wejść między liny. Później okazało się, że w wadze koguciej nie ma w klubie zawodnika i mógłbym spróbować. Nie wiem, czy to też były jakieś zabiegi perswazyjne, ale przekonały minie. Podjąłem decyzję, która miała wpływ na całe moje życie. Wybrałem boks i od razu zostałem rzucony na głęboką wodę. Może to było szalone, ale po dwóch treningach stanąłem do pierwszej w życiu walki. Postawili przede mną boksera Gwardii Ziębice. Nie pamiętam jak się nazywał, ale wiem, że był wojskowym. Usłyszałem gong. Ruszyłem… i udało się. Wygrałem! Dwa treningi i od razu zwycięstwo. Nic lepszego niż boks wybrać nie mogłem!

Salę treningową odwiedzałem regularnie. Uczyłem się techniki, szlifowałem kondycję. No i walczyłem z coraz lepszymi zawodnikami. Można powiedzieć, że z ówczesną czołówką Dolnego Śląska. My pięściarze z niewielkich Ziębic stawialiśmy się tym z większych miast, na czele z Wrocławiem. Wiecie jak to jest? Jak Dawid bije Goliata? Wszyscy dookoła patrzą na mniejszego z uznaniem i z tego wielkoluda się śmieją. Tak mniej więcej, obrazowo oczywiście, wyglądała nasza rywalizacja chociażby z wrocławską Gwardią.

W latach pięćdziesiątych prawie każde miasto miało klub, w którym działała sekcja bokserska, więc wygranie ówczesnej ligi było nie lada osiągnięciem. Tego typu sukcesami szczycili się nie tylko zawodnicy i kibice. Lokalni polityczni prominenci też. Czułem, że moje i Sparty zwycięstwa nie wszystkim pasują. Mówiąc dosadniej: nie chciano, żebym wygrywał i w pojedynkach mi przeszkadzano. Wtedy Opatrzność znów podsunęła mi szansę. Do Ziębic przyjechała drużyna BBTS-u Bielsko-Biała na małą wymianę ciosów z wschodnioniemieckimi pięściarzami z klubu Aktvist.  Chociaż sezon już się zakończył, nam – pięściarzom Sparty – odstąpiono drugą potyczkę. Trafiłem w niej na niejakiego Voigta, który zremisował wcześniej z Bielszczaninem  Ludwikiem Biolikiem – naprawdę dobrym bokserem. Wszedłem do ringu. Gong! Jedna wymiana, druga no i udało mi się Niemca pokonać przed czasem. Miałem wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat. Panowie z BBTS-u momentalnie zainteresowali się moją osobą. Podchodzili. Pytali. Proponowali. Wiedziałem, że rozmawiam z ekipą uznawaną wówczas za absolutne krajowe top, ale nie do końca ulegałem blaskowi tej gwiazdy. Nie ukrywam, że trochę celowości w tej postawie było. Musieli wiedzieć, że tak jak w ringu, tak i w negocjacjach: z Marianem Kasprzykiem łatwo nie będzie! Po jakimś czasie podjąłem jednak decyzję, że przeniosę się w Beskidy, do Bielska-Białej. Nie wiedziałem wtedy, że z tym miastem zwiążę się tak mocno. Z drugiej strony, gdybyśmy wiedzieli co nas czeka jutro, to jakie to nasze życie miałoby sens. Żadne. I to jest piękne.

Gdy tylko zameldowałem się w stolicy Podbeskidzia, postawili przede mną Henryka Niedźwiedzkiego. Oczywiście w ringu. Heniek – dwukrotny olimpijczyk, brązowy medalista z Melbourne w kategorii piórkowej, rywalem był trudnym. Dałem mu jednak radę. Późniejsze starcia, które raczej się wygrywało, sprawiły, że stałem się „pewnym punktem” bielskiego BBTS-u. Podobny status miał wtedy chociażby Zbyszek Pietrzykowski. Razem z nim i kilkoma innymi chłopakami w 1958 roku zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski w drużynie. Rok później sięgnęliśmy jeszcze wyżej. Po złoto! Z tego miejsca chylę czoła kolegom z drużyny, bo w tamtych czasach polski boks stał na poziomie, nie boję się tego słowa, kosmicznym. W lidze było sześć, a później osiem drużyn, z których naprawdę każda mogła znaleźć się na czele końcowej tabeli. W ostatecznym rozrachunku decydować mogły małe punkty, pojedyncze walki. Możecie zapytać czym tamten wielki sukces był spowodowany. Odpowiem krótko: zrządzeniem losu i monolitem. W jednym miejscu i czasie zetknęło się ze sobą kilkunastu świetnych sportowców. Dobrze poprowadzeni dali kibicom wiele powodów do dumy. Mówiąc o „prowadzeniu” mam na myśli trenera Antoniego Zygmunta, albo po prostu Antka. Facet, który niedługo przed tymi sukcesami był jeszcze czynnym zawodnikiem, postanowił zrobić trenerskie papiery i wziął nas pod swoje skrzydła. Pojęcie o boksie i o ludziach miał – to przyznać trzeba. Potrafił zbudować fajne relacje. Trafiał też z decyzjami. To między innymi jego zasługą była zmiana kategorii wagowej, w której walczyłem. Początkowo była to waga kogucia, ale widać było, że zwyczajnie się tam „dusiłem”. Przecież natury, na dłuższą metę nie oszukasz. Chcąc wtedy boksować musiałem zbijać wagę do górnego pułapu „koguciej”, a kiedy już wychodziłem do ringu to czułem pewną słabość: trafiałem rywali, okładałem okropnie, a oni, najzwyczajniej w świecie, nie chcieli padać na deski. Tamten okres to taka nieudana, bokserska gra w statki: trafiony, nie zatopiony! Po jakimś czasie dostałem zielone światło na przeskoczenie wagowej drabinki. Najpierw o szczebel wyżej – do lekkiej, a później do lekkopółśredniej. Wróciła siła, a  przeciwnicy po dobrym, czystym ciosie chwiali się na nogach. Dzięki temu mogłem ruszyć w świat, jako reprezentant Polski.

Moja droga do biało-czerwonej kadry i później na igrzyska olimpijskie nie była łatwa i przyjemna. Ba! Napotkałem na niej głaz w postaci Jerzego Kuleja. Kim był ten człowiek, chyba mówić nie muszę. Dla mnie to przyjaciel, dobra dusza, który nawet po zakończeniu kariery z uśmiechem na twarzy odwiedzał mnie tu, w Beskidach. Nasza miła znajomość zaczęła się jednak od rywalizacji. Tuż przed rzymskimi igrzyskami w 1960 roku, wiadomo było, że z naszej kategorii wagowej może pojechać tylko jeden pięściarz. Jurek przed samą imprezą nie spisał się dobrze. Przegrał dwie walki z niemieckimi bokserami:  Dieterem i Kaczorowskim, których ja pokonałem. Choć na Mistrzostwach Polski mój przyjaciel był górą i odprawił mnie z kwitkiem, to zaczęły do mnie docierać informacje, że pojadę na igrzyska. Najpierw jednak musiałem wstawić się na obozie kadry. Tam zabrałem się ostro do roboty. Trenowałem ile sił, w sparingach starałem się jak mogłem. Po zakończeniu zgrupowania, przyjechali panowie z władz związkowych, żeby wraz z trenerami ogłosić nazwiska przyszłych olimpijczyków. Czytają, czytają, by w końcu dotrzeć do mojej i Jurka kategorii… Słyszę, że jedzie Kasprzyk. To był prawdziwy szok! Chociaż Jurkowi na pewno nie było to na rękę, to żadnej złości, albo pretensji do mnie nie miał. Wiedział, że to jest sport i zachował się bardzo profesjonalnie. A że zawodnikiem był ambitnym, to odbił sobie to wszystko parę lat później. Uszanował tamtą decyzję.  Nie wiem jakie znaczenie miały wtedy te dwie walki z Niemcami, obóz i fakt, że ja walczyłem z odwrotnej pozycji. Moje małe marzenie się spełniło: w 1960 roku pojechałem na igrzyska olimpijskie.

Jadąc do stolicy Włoch miałem ledwo 21 lat. Młody chłopak byłem, ale jedno pamiętam doskonale: Rzym zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ludzie, których tam poznawałem również. Cała ta otoczka ni jak się ma do tej współczesnej. Czuło się pewien klimat. Taką swojskość. Nikt wtedy nie myślał o tego typu imprezie, jak o skarbonce, którą trzeba napełnić odpowiednimi nominałami. Nie szukano rozgłosu. Był sport. Czysty sport. To podkreślić muszę. Tę czystość. Bo naprawdę nie słyszałem, żeby w Rzymie, wśród bokserów ktoś stosował jakiś doping, o którym tyle się teraz prawi. A nawet jeśli, hipotetycznie zakładając, Pan X zabrałby coś przed swoimi pojedynkami, to w tamtych czasach ring i tak szybko by go zweryfikował. Chociażby zjadł tony dziwnych specyfików, to jak trafił na porządnego boksera, który potrafił równie porządnie strzelić w łeb… no pomyślcie sami. Po co mu ten doping? Jak ktoś sumiennie trenował, a do tego był obdarzony talentem, to niczego innego nie potrzebował… Dobra, wróćmy do tych moich pierwszych olimpijskich zmagań. Bo naprawdę działo się wiele. Szczególnie przed i po walce ćwierćfinałowej. Pamiętam jak dziś, rozmowę ze Zbyszkiem Pietrzykowskim przed tamtym starciem. Wiadomo, jak to kolega z kolegą, dyskutowaliśmy o nurtujących nas kwestiach i nagle on pyta:

Marian, a z kim ty właściwie w tym ćwierćfinale walczysz?

Pomyślałem chwilę, bo nie chciałem przekręcić nazwiska po czym zaspokoiłem ciekawość mojego rozmówcy:

– Z jakimś Ruskiem, a właściwie to Ormianinem. Jengibarian, czy jakoś tak się nazywa.

Pietrzykowski po krótkim „aha” uśmiechnął się lekko pod nosem. Wiedział dobrze kim jest ów pięściarz. Z resztą, kłamał nie będę: też wiedziałem. Wladimir Jengibarian, mistrz olimpijski z 1956 roku, trzykrotny mistrz Europy, dwukrotny pogromca Leszka Drogosza. Piekielnie dobry zawodnik. Udowodnił to zresztą w ringu. Po szybkim i emocjonującym pojedynku, ku zaskoczeniu wielu ekspertów, wyszedłem z tego starcia z tarczą. Tyle, że jego skutki odczuwałem przez kolejne dni. Nad okiem urosła potężna śliwka, która z czasem uniemożliwiła mi swobodne patrzenie. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli moja nowa koleżanka prędko nie zniknie, to o walce półfinałowej mogę zapomnieć. Potrzebowałem wtedy pomocy naszego lekarza. Szybkiej, fachowej i przed wszystkim skutecznej. Cóż… nie otrzymałem jej, bo najwidoczniej pan doktor przyjechał na igrzyska jako turysta. Mógł przecież zaraz po ćwierćfinałowej potyczce, przy użyciu zwykłej strzykawki i igły, ściągnąć nieco krwi z opuchlizny. Tak się wtedy robiło! Mógł też poprosić o pomoc swojego włoskiego kolegę po fachu. Niestety nie zrobił tego. Wziąłem więc sprawy w swoje ręce i całą ostatnią noc przed półfinałem, przesiedziałem z lodem przyłożonym do newralgicznego miejsca. Po jakimś czasie podszedłem nawet do lustra, żeby sprawdzić swój stan. Co się okazało? Że ruszam powiekami i coś tam widzę na to obite oko. Wróciłem do łóżka. Rano, kiedy tylko się obudziłem zdałem sobie sprawę, że medycy nie wpuszczą mnie do ringu. Jakaś dobra dusza radziła mi, żebym podstawił któregoś kolegę w półfinale, a do ewentualnego finału przystąpię już sam. Wyobrażacie to sobie? Takie były czasy. W sporcie trzeba być fair, dlatego o takim manewrze nie było mowy. Musiałem to przełknąć i strawić. Nie wstawiłem się na bój o finał z Clementem Quartey z Ghany, co równocześnie wiązało się ze zdobyciem brązowego medalu olimpijskiego. Cieszyłem się, ale pewien niedosyt, gdzieś tam w głowie i sercu pozostał. Zdawałem sobie sprawę, że zwyciężając Jengibariana mogłem zwyciężyć każdego. Mogłem mieć złoto już w Rzymie, ale pokonała mnie kontuzja. Szkoda. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Cztery lata później ruszyłem do dalekiej Japonii z celem, który miał złoty kolor. Podróż do Tokio okazała się być nieludzko długa. I nie mówię tu o kilometrach czy środkach transportu. Bardziej chodzi mi, jak to mówią fachowcy od psychologii, o sferę mentalną. Musiałem poukładać swoje sprawy, po pewnej feralnej zabawie sylwestrowej…

Z czym kojarzy się Sylwester? Wiadomo: zabawa, tańce, dobre jedzonko i alkohol. Noc z 31 grudnia 1960 na 1 stycznia 1961 roku tak właśnie wyglądała. W skrócie oczywiście. Po balu rzecz jasna trzeba udać się do domu, przespać się, wyleczyć złośliwego kaca i zacząć żyć swoją codziennością. Ten standardowy scenariusz skończył się dla mnie pomiędzy „udać się do domu”, a „przespać się”. Zdarzyło się wtedy coś, co mogło zakończyć moją sportową przygodę, a dla mnie osobiście jest jednym z większych życiowych błędów. Wracając z potańcówki trafiłem na kapitana Wojska Polskiego, z którym parę godzin wcześniej piłem wódkę. Znaliśmy się. W głowach trochę nam szumiało, ktoś coś powiedział i rozpoczęła się dyskusja. Muszę zaznaczyć, że nie wracałem sam. Towarzyszył mi kolega, który ochoczo wdał się w polemikę z kapitanem i jego kobietą. Zaczął nawet krzyczeć, że niby jestem „polskim László Pappem”, babka coś odburknęła. Procenty robiły swoje, ale jedno wiem na pewno: nie uderzyłem wtedy nikogo, a że porównanie do węgierskiego boksera tak bardzo zapadło w pamięci żołnierza i jego żony, to oskarżyli mnie o pobicie. Dzień później spotkałem się z nimi, tłumaczyłem, a oni obiecali wycofać zeznania, bo sami nie byli ich pewni. Uwierzyłem im na słowo, a później… trafiłem na komisariat. Tam paru milicjantów chciało wyjaśnić sprawę. Całą winę wziąłem na siebie i przez osiemnaście dni oglądałem świat zza krat dzierżoniowskiego aresztu. Bóg jeden wie ile bym tam posiedział, gdyby nie interwencja moich bielskich sprzymierzeńców, ze Zbyszkiem Pietrzykowskim na czele. Sprawę załatwili błyskawicznie, dając „poszkodowanemu” i jego kobiecie kilka dokumentów do podpisania. Kilka godzin później byłem już wolny.

Wracając do domu nie wiedziałem, że dalsze kłopoty, podróżują razem ze mną. Dość szybko dały też o sobie znać. Ktoś przyszedł do mnie i powiedział, że związek bokserski dożywotnio mnie zawiesił. Nie mogłem się z tym pogodzić. W tamtym momencie nie miałem absolutnie nic do stracenia. Zacząłem prawdziwą batalię o swój pięściarski byt. Przecież byłem młody, niedawno pechowo przegrałem olimpijskie złoto, a tamta sylwestrowa noc… ech szkoda słów!

Muszą dać mi szansę – pomyślałem.

Ku mojemu szczęściu, ktoś rozsądny przeanalizował sytuację w jakiej się znalazłem i skrócił moją dyskwalifikację do trzech lat. Super! Tyle, że to ciągle był czasowy rozbrat z ringiem.

Chcąc się utrzymać na powierzchni musiałem trenować. Poza strukturami. Trochę samotnie. Wiedziałem, że na trenera Stamma nie zadziała magia nazwiska, albo wcześniejsze osiągnięcia. Z drugiej strony jednak był to facet niespotykanie sprawiedliwy i wiedząc co się stało – nie skreślił mnie. Cały pan Feliks. Człowiek, który dla polskiego boksu zrobił więcej, niż kilkunastu trenerów razem wziętych. Często ludzie pytają o niego. O to jaki był, co takiego zrobił, że staliśmy się potęgą. Nie potrafię odpowiedzieć jednym zdaniem. Feliks Stamm na pewno był właściwą osobą, na właściwymi miejscu i we właściwym czasie. Trafił na okres, kiedy młodzi garnęli się do boksu. Lata 50-te i 60-te to były dekady, w których sale treningowe pękały w szwach. Ilość adeptów była tak duża, że w klubach wprowadzano coś na kształt „naturalnej selekcji”. Niekiedy już na pierwszych zajęciach organizowano chłopcom sparingi, w wyniku których pokonany wracał do domu. Zwycięzców zaś zapraszano na następne treningi. Prawdziwy boom miał miejsce po Mistrzostwach Europy w 1953 roku. Myśmy tam zlali pół Europy! W kraju wybuchło coś na kształt późniejszej „Małyszomanii”. I z tym zjawiskiem Stamm poradził sobie znakomicie. Kontrolował to. Analizował i powoływał do kadry naprawdę najlepszych. Miał do nich nosa. Kiedy trafiłem pod jego skrzydła pierwsze na co zwróciłem uwagę to fakt, że potrafił być jak ojciec, który wybaczał błędy, ale uczył też swoje dzieci dyscypliny. Na obozach, na jego wyraźne polecenie, kładliśmy się o 22:00. O 6:00 była pobudka. Potem treningi no i rozmowy z „Papą”. On wiedział, że sukces nie tkwił tylko w obijaniu worka, albo przerzucaniu ciężarów. Do zawodników trzeba było dotrzeć. Bo boks siedzi w głowie. To była jego największa zaleta. Dziś mogę mu jedynie podziękować, za wszystko co dla mnie zrobił. Również, a może przede wszystkim w tym trudniejszym okresie. Dziękuję Panie Stamm!

Czas płynął nieubłaganie. Gdybym tylko mógł tego skurczybyka cofnąć, to nigdy nie doprowadziłbym do tamtego zawieszenia. Do tego nerwowego oczekiwania i ciągłych pytań: co dalej Marian? Żyłem od treningu do treningu. Dbałem o formę i czekałem. Myślałem. Przecież nic się nie dzieje bez przyczyny. Prawda? Raz po raz płynęły też do mnie jakieś wiadomości ze świata boksu. Część miała czysto plotkarski charakter. Inne były bardzo poważne. Wśród tych drugich znalazła się nowina ogromnego kalibru. Przynajmniej dla mojej kariery. Dowiedziałem się, że Leszek Drogosz, który nieco wcześniej odłożył rękawice na kołek, postanowił wrócić. Wszystko dlatego, że w kategorii półśredniej, a więc tej mojej, nie mieliśmy reprezentanta na igrzyska. Leszek był naprawdę dobrym zawodnikiem, takim rutyniarzem i tę lukę mógł zapełnić perfekcyjnie. Wiecie, on to był taki bokserski Niccolò Machiavelli. Wygrywał nie tylko umiejętnościami, ale i cwaniactwem. W myśl zasady „cel uświęca środki” potrafił doprowadzić do klinczu, w którym ugryzł przeciwnika. Pojawiała się krew. Później zwyciężał przez TKO. Też z nim walczyłem. Ten jego styl mnie pochłonął i przegrałem. Nie zmienia to jednak faktu, że Drogosz to był kawał pięściarza i stał się moim głównym rywalem do olimpijskiej nominacji. Chociaż moja dyskwalifikacja jeszcze się nie zakończyła, to świadomy wszystkiego pan Feliks wziął mnie na trening kadry. Być może chciał tym zmobilizować Leszka do cięższej pracy, a może dawał mi sygnał, że wciąż tli się moje światełko w tunelu. Moje Tokio.

 Kiedy pojawiłem się na zgrupowaniu reprezentacji, to na twarzach wielu kolegów zarysował się grymas zdziwienia. Zresztą, nie szokowało mnie to. Byłem zdyskwalifikowany, moje treningi ograniczały się do pracy nad siłą i kondycją. Przez wiele miesięcy nie stoczyłem porządnego sparingu, o poważnym pojedynku już nie wspominając. I nagle ot tak, wchodzę na salę treningową, wraz ze mną najlepsi w tym kraju.

Przeskakuję liny i zaczynam boksować. Boże, co za uczucie! Ale to jeszcze nic. Ja się w tym ringowym tańcu nie poznawałem! Robiłem zejścia, uniki, które wcześniej były mi obce. Ta trzyletnia nieobecność, nie dość, że wywołała uczucie pięściarskiego głodu, to jeszcze pozwoliła mi boksować tak świeżo. Naturalnie. W mojej głowie też zaszły spore zmiany. Trener Feliks Stamm musiał to zauważyć. Może nawet z tego się cieszył. No i postanowił: Marian Kasprzyk jedzie do Tokio. Byłem wniebowzięty!

Na początku października 1964 roku stanąłem na japońskiej ziemi. Pamiętam pierwszą podróż przez stolicę kraju. Naprawdę robiła wrażenie. Wszędzie masa świateł, ogromny ruch. Niespotykany w moich okolicach. Do tego ta azjatycka uprzejmość. Prawdziwe, że tak powiem „petardy”, ci twórczy ludzie zorganizowali przy okazji otwarcia XVIII Letnich Igrzysk Olimpijskich. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że kosztowały one prawie trzy miliardy dolarów. Patrząc na to okiem uczestnika, stwierdzam, że faktycznie mogło tak być. Nowe obiekty sportowe, technologiczne rozwiązania, o których nam się nie śniło. Ludzie! To naprawdę robiło wrażenie! Jeszcze jak sobie pomyślę, że ten kraj niecałe 20 lat wcześniej czynnie brał udział w wojnie, a na jego ziemie spadały bomby atomowe… naprawdę czapki z głów.

Igrzyska rozpoczęły się 10 października. W przerwach między startami miałem okazję trochę pozwiedzać. Oczywiście nie sam. Z kolegami pięściarzami trzymaliśmy się naprawdę blisko. Był Jurek Kulej, Józek Grudzień, Zbyszek Pietrzykowski, Tadek Walasek. Niezła paczka. Nie myślcie sobie jednak, że żyliśmy w swoim świecie. Jak jakieś wybryki natury. Dopingowaliśmy swoich. Każdy biało-czerwony sukces wlewał w nasze serca radość, a pięściom dawał dodatkową moc. W wyniku notorycznego niewyspania, koledzy z kadry musieli przecież skądś czerpać energię. No i motywację. Śmiejcie się lub nie, ale część moich kompanów po fachu naprawdę miała problemy ze snem. Na początku – wiadomo – zmiana strefy czasowej. Tyle, że później ewidentnie brak snu spowodowany był zbliżającą się walką. Stres robił swoje. Cieszę się, że mnie bezsenność ominęła. Tym, których dopadła – serdecznie, po dziś dzień współczuję. Część naszych sportowców, o chociażby Baszanowski, radzili sobie z tym zjawiskiem na swój sposób. Waldek, wybitny ciężarowiec, potrafił sam siebie usypiać. Nauczył się tego na obozie w Szczytnie od pewnej kobiety. Leżał na stole, głęboko oddychał i powtarzał w kółko:

Lewa ręka ciężka, prawa ręka ciężka, lewa noga ciężka, prawa noga ciężka.

 Po 15 minutach takiego seansu, ten siłacz spał jak małe dziecko! Naprawdę się tego nauczył! Wypoczęty, pełen wigoru wpadał na pomost i miażdżył przeciwników.

Też wychodziłem do ringu wypoczęty. W czasie igrzysk w Tokio do swojego drugiego  pojedynku wyszedłem nie tylko wypoczęty, ale i zaskoczony. Przeogromnie zaskoczony! Historia, którą teraz wam opowiem dziś nie mieści mi się w głowie, ale wtedy, w latach 60-tych była możliwa. W pierwszej rundzie pokonałem Vilugrona z Chile. Po tej walce poszliśmy razem z „Papą” Stammem popatrzeć na pojedynek, który miał wyłonić mojego kolejnego przeciwnika. Stoimy sobie z trenerem pod ringiem, gdzie dwóch czarnoskórych pięściarzy okłada się niemiłosiernie. Oglądamy, dyskutujemy i parę minut później widzimy, że zwyciężył szczupły i wysoki chłopak. Na drugi dzień ochoczo ruszyłem na ważenie. Towarzyszył mi pan Feliks i ktoś ze sztabu. Staję naprzeciw rywala. Patrzę… i własnym oczom nie wierzę, kto za chwilę stanie na wadze. Przecież ten facet może i ma ciemny kolor skóry, ale jest niższy od tego, którego oglądałem dzień wcześniej! Podstawili mi innego zawodnika! Nie omieszkałem powiedzieć o tym trenerowi. Ten zaczął mnie uspokajać, tłumaczyć, że może z perspektywy obserwatora ten człowiek mógł wydawać się wyższy. Mówił tak, chociaż sam wiedział, że to nieprawda. Z resztą, kilka godzin później oliwa wypłynęła na wierzch.

W oficjalnych dokumentach, w rubryce z imieniem i nazwiskiem mojego przeciwnika wpisano: Sikiru Alimi. Dzień po ważeniu, między liny wychodzi całkiem inny facet. Wyższy, cięższy. Pewne było tylko to, że był z Nigerii. Odwróciłem na chwilę głowę w kierunku mojego narożnika i mówię:

Ha! A nie mówiłem! Patrzcie kto dzisiaj wyszedł! Tamtego podstawili tylko by utrzymać wagę!

 No, ale czasu już nie mogłem cofnąć. Musiałem z nim walczyć. I wiecie co? Chyba podwójnie zmotywowany, zwyciężyłem 5-0. W ćwierćfinale pokonałem zawodnika gospodarzy – Kichijiro Hamadę. Pamiętam, że był leworęczny. Ale taki styl mi pasował, bo moja wystrzelona prawa ręka, gdy tylko osiągała cel potrafiła siać spustoszenie. W Tokio moi rywale często padali na deski po takich ciosach. Dopiero w półfinałowej walce z włoskim ogierem, wicemistrzem Europy – Silvano Bertinim – trzeba było wspiąć się na wyżyny. Bo ten facet naprawdę potrafił się bić. Był też odporny na ciosy. Niemal przez cały pojedynek kibice mogli oglądać ostre wymiany. Zwycięzcę wyłoniły – jak to się teraz świetnie określa – detale. W tej bitwie kilka razy zaznaczyłem swoją przewagę: dwukrotnie po moich kombinacjach Silvano lądował na linach, które poniekąd go uratowały. Wiem też, że kilka „bomb” dotarło do jego szczęki. Widziałem jak na to reagował, ale za nic w świecie nie chciał odpuścić. Naprawdę to był dobry bokser. To moje zwycięstwo 3-2 kosztowało mnie wiele sił. Dało mi też niesamowitego kopa przed finałem, w którym zameldował się już faworyt z ZSRR. Był nim Ričardas Tamulis – trzykrotny Mistrz Europy, wielokrotny mistrz swojego kraju. Chłopak, który w drodze do finału nie stracił choćby punktu: trzy pojedynki i trzy tryumfy 5-0.

Biało-czerwony obóz znał go dobrze. W 1959 roku starł się z Drogoszem w eliminacyjnej walce o mistrzostwo Starego Kontynentu. Leszek z nim wygrał. Tyle, że z czasem talent Tamulisa eksplodował i w 1964 roku był uważany za najlepszego „półśredniego” na świecie. Tę etykietkę postanowiłem mu zerwać. Od pierwszego gongu chciałem narzucić swój styl. Udowodnić, że jestem lepszy. Bo do cholery, to były moje najważniejsze chwile w sportowej karierze! Ruszyłem na niego… i trach. Po jednym z ciosów poczułem ogromny ból kciuka. Kiedy wyprowadziłem kolejny, zrozumiałem, że go złamałem. W głowie momentalnie pojawiły się różne myśli: czy dam sobie radę, czy wytrzymam, czy mnie zaraz nie znokautuje? No bo jak walczyć z jedną sprawną ręką? Teraz, po latach już wiem, że jest to możliwe. Ba! Ludzie tak też można zwyciężać! Wystarczy odrobina chęci i kilogramy szczęścia. Ričardas okazał się rywalem w moim zasięgu. Pokonałem go 4-1 i spełniłem największe sportowe marzenie: zostałem mistrzem olimpijskim w boksie. Tego tytułu już nikt mi nie odbierze. Do końca życia. Mój finałowy rywal nie był jakoś szczególnie załamany. Przyjął swoje srebro z godnością i najzwyczajniej w świecie – cieszył się z niego. Po latach dotarła do mnie tragiczna wiadomość, że Tamulis, w czasie sąsiedzkiej sprzeczki, został wypchnięty z balkonu i zmarł w wyniku poniesionych obrażeń. Szkoda, że ten świetny zawodnik odszedł w ten sposób. Niech mu ziemia lekką będzie!

Po tokijskim sukcesie wróciłem do kraju. Nad Wisłą, nas bokserów przyjęto bardzo entuzjastycznie. Chłopcy Feliksa Stamma przywieźli do kraju aż siedem medali olimpijskich! Więcej pojechało tylko do Moskwy. Okazało się jednak, że nasze ringowe zdobycze mają wielu ojców. Tak to już jest, nawet w dzisiejszych czasach, że politycy lubią sukcesy sportowe. Lubią do tego stopnia, że się nimi żywią. Wszyscy wiemy, że bez pożywienia umieramy. W PZPR też o tym wiedzieli. Dostawaliśmy państwowe odznaczenia, panowie rządzący wówczas naszym krajem szczycili się naszymi osiągnięciami, być może nawet na arenie międzynarodowej. Często pokazywali się z nami. Takie to niestety były czasy, że Zachód i Wschód rywalizowały na każdej możliwej płaszczyźnie. Sukces gwarantował działania propagandowe, propaganda gwarantowała tworzenie, niekiedy złudnego poczucia sukcesu. Klasyczne błędne koło, w którym tak naprawdę nie było miejsca dla zwykłych, szarych ludzi. My sportowcy, dopóki czegoś nie zdobyliśmy, to właśnie tak byliśmy traktowani. Nawet po pięknych zwycięstwach nadal byliśmy tylko tanim narzędziem. Dlaczego tanim zapytacie. Bo w tamtych czasach materialnych korzyści za złote medale olimpijskie nie mieliśmy. Ja za swój krążek otrzymałem 30 dolarów. Jeden dolar kosztował wtedy, chyba 24 złote. W sumie wychodziło około siedmiu stów. Niedużo, prawda? Wiecie co stało się z tymi pieniędzmi? Poszły na „przelew”. Zainwestowałem je w wysoki procent. Ale warto było, bo cieszyłem się wtedy z ludźmi, którzy w jakimś sensie byli mi bliscy. A sukcesy w życiu w jakiś sposób świętować należy. I kropka.

Skoro już poruszyłem temat pieniędzy, to trochę go jeszcze pociągnę. Zrobię to tylko i wyłącznie ze względu na moich rodaków. Chytrych i inteligentnych Polaków. My tu w tym swoim krajowym piekiełku potrafimy się strasznie ze sobą kłócić. Ale jak już przyjdzie trochę cięższy czas, a takim niewątpliwie był komunizm, to wychodzą z nas dobre nawyki. Potrafimy się jednoczyć. Pomagać sobie nawzajem. Potrafimy też skutecznie kombinować. Starsi pewnie pamiętają, ile można było kupić w sklepie. Puste lady, kolejki i deficyt wszystkiego. Wiele z tych osób, które miały możliwość zagranicznych wyjazdów, czasami za oszczędności całego życia, zaopatrywało się na Zachodzie w różnej maści towary, by potem z zyskiem sprzedać je w kraju. Pamiętam, jak mój dobry przyjaciel, saneczkarz Edziu Fender, wrócił z igrzysk olimpijskich w Innsbrucku, w 1964 roku. Z torby podróżnej wyciągnął kilka płaszczy, które kupił w Austrii. Klientów na taki odzieżowy rarytas szukać nie musiał. Chętnych nie brakowało, a sam trochę zarobił. Takich jak on było wielu. W całym kraju.

Trochę inaczej sytuacja finansowa wyglądała w klubach. Najlepiej miały się te resortowe. Górnicze, milicyjne, wojskowe i tak dalej. Kilka sekcji, wśród których najwięcej przeznaczano na piłkę nożną. Ale to też nie były jakieś kokosy. Piłkarz na etacie milicjanta zarabiał – powiedzmy – dwa tysiące złotych. To była jego podstawa. Dwukrotność tej sumy mógł zgarnąć za wygrany mecz. Za porażki działacze nie przewidywali premii. Jeszcze większe sumy wchodziły w grę, jeśli mierzyły się kluby z resortowym zapleczem. Wtedy jednak grano o coś więcej. O prestiż. Czy kluby bokserskie funkcjonowały na podobnych warunkach? Mogę wam powiedzieć, że po części tak. Kiedy byłem trenerem w pierwszoligowym Górniku Pszów, formalnie byłem górnikiem. Trochę gorzej opłacanym niż mój kolega piłkarz, ale jednak. Na naszą pięściarską sekcję wydawano za to znacznie mniej niż na trzecioligową drużynę futbolistów. Choć rywalizowaliśmy z najlepszymi w kraju. Pewnie wiązało się to z popularnością obu dyscyplin. Nie wiem. Trochę tamtego rozwiązania nie rozumiem i cieszę się, że wyrzucono go do lamusa. Niech każdy klub, tak jak i jego zawodnicy, pracują sami dla siebie.

Dobra dosyć już tego politykowania. Bo chcę jeszcze opowiedzieć Wam o turnieju, do którego byłem przygotowany najlepiej, a który zakończył się pechową porażką. Odbył się on w 1968 roku, w Meksyku, gdzie pojechałem obronić tytuł mistrza olimpijskiego.

Od razu muszę zaznaczyć jedną rzecz: nie tłumaczę się! To nie jest tak, że Marian Kasprzyk wyleje teraz żale, że pójdzie drogą na skróty i winą za całą sytuację obarczy wszystko i wszystkich dookoła. Nie. Ja wiem i wy zaraz też się dowiecie dlaczego przegrałem tamten olimpijski turniej. Tak jak wcześniej wspomniałem wiem też w jakiej byłem wówczas dyspozycji. Co robiłem na sparingach z Niemcami, Kubańczykami w trakcie przygotowań. Jak mocno potrafiłem grzmotnąć. Byłem też pewny siebie – w końcu dwa medale olimpijskie już zawisły w mojej domowej  gablocie. Trzeci wydawał się być tylko postawieniem kropki nad i. W Meksyku chciałem to zrobić, ale otrzymałem od losu, że tak to ujmę: wypisany długopis.

Gdy przybyliśmy na miejsce, w październiku 1968 roku, wszyscy członkowie bokserskiej kadry rozpoczynali indywidualne przygotowania do swoich walk. Bardziej chodziło o kwestie mentalne, bo przecież siłę, szybkość czy wytrzymałość trenowaliśmy wcześniej. Każdy też poznał swojego pierwszego, eliminacyjnego rywala. Moim był Amerykanin Armando Muñíz. Szczerze mówiąc nic mi jego nazwisko nie mówiło. Wiem tylko, że był siedem lat młodszy ode mnie. Nasze starcie ktoś tam zaplanował, tylko nikt z biało-czerwonego sztabu nie wiedział na kiedy dokładnie. Nikt. Czekałem na tę walkę parę dni. W tym czasie – choćby Józek Grudzień – zdążył stoczyć swój trzeci pojedynek. Ja żadnego. Pamiętam, że poszedłem do trenera Stamma zapytać, czy może on ma jakąkolwiek informację. Nie miał. Z dnia na dzień moje nerwy zdawały się grać coraz głośniej, a ich melodia nie była wesoła. Traciłem motywację. Po tygodniu, ktoś podszedł do mnie i powiedział, że boksuję. Najpierw była mowa, że walka odbędzie się w godzinach porannych. Później znów ktoś ją przełożył na popołudnie. Serial trwał nadal, ale ja musiałem być gotowy. Rozpocząłem impulsywne przygotowania do starcia. Najpierw wiadomo – rozgrzewka. Później owijanie dłoni bandażami i oklejanie ich plastrami. Na końcu tak zwana „tarcza”. Pierwsze ruchy były swobodne: prawa, lewa i unik. Kilka kombinacji i odskok. Gdy już szykowałem się do kolejnych ciosów ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakby ktoś zamiast – sprawnych jeszcze przed chwilą – nóg, założył mi protezy. Nie mogłem się ruszyć! Nie wiem jak długo to trwało, ale gdy  chłopcy ze sztabu kazali mi już wychodzić do ringu – chwilowo się ocknąłem. W głębi duszy wiedziałem jednak, że coś jest nie tak…

Stając między linami spojrzałem na przeciwnika. Nie panikował. Gdzieś w tle usłyszałem gong. Podszedłem do niego i zaczęliśmy wymianę. Jeden, drugi, trzeci cios i nagle trach! Pękły mi spodenki! Sędzia ringowy nie pozwolił mi dalej walczyć, dopóki nie wymienię tych uszkodzonych na nowe. Miałem na to minutę. Szybko udałem się do narożnika, a tam okazuje się, że na stoliku leżą zapasowe rękawice, koszulka, ale brakuje… no właśnie gaci! W mojej głowie w momencie pojawiły się dziesiątki myśli. I wtedy, w tym całym zamieszaniu, z pomocą przyszedł mi Staszek Zalewski, nasz masażysta. Zdjął swoje spodenki i rzucił je w moją stronę.

Łap Marian! Tylko szybko! Szybko je ubieraj! Czas się kończy! – wykrzyczał

Koledzy zrobili mi taką imitację parawanu. Chyba z ręcznika. Wskoczyłem za niego i przebrałem wadliwy element garderoby. Ruszyłem szybko w kierunku sędziego, meldując gotowość do dalszej walki. Tylko wiecie co? Wcale nie byłem gotowy. Tamta sytuacja całkowicie mnie rozkojarzyła. Przeboksowałem z Muñízem wszystkie rundy i przegrałem po werdykcie sędziów: 4-1. Amerykanin po starciu ze mną dostał chyba wiatru w żagle, bo odpadł dopiero w ćwierćfinale. A ja? Kilka godzin po tamtej walce nadal byłem zły. Do dziś uważam, że była to najboleśniejsza porażka w mojej karierze. Gdybym nie był przygotowany, gdybym odwalał pięściarskie „dziadostwo” – to może jakoś bym to sobie wytłumaczył. Niektórzy pytają mnie o inny, nieco mniej przykry fakt: otóż w swojej karierze sportowej nigdy nie zostałem mistrzem Polski. Byłem naprawdę blisko, choćby w 1970 roku, ale przegrałem w finale z Zakrzewskim – młodym pięściarzem „Wybrzeża”. To niepowodzenie potrafię racjonalnie wytłumaczyć. Po prostu trafiałem na pięściarzy klasowych, których w Polsce było wielu. Ta olimpijska porażka, w eliminacjach, z przeciętnym bokserem odbija mi się czkawką. Układam ją w myślach. Nawet dziś. Ale nie potrafię.

Po olimpiadzie w 1968 roku wychodziłem między liny jeszcze kilka lat. Otrzymałem nawet propozycję startu w czwartych igrzyskach, w Monachium. Miałem wtedy 33 lata, ale wiedziałem, że natury nie oszukam. Starość nie radość – jak to mawiają. Jeśli miałbym tam jechać i przeżyć kolejne rozgoryczenie to wolałem zostać w kraju i pomóc kolegom w przygotowaniach. Sparowałem z nimi i uwierzcie mi – łatwo nie mieli. Zdawałem sobie też sprawę, że mój czas powoli się kończy. Ostatecznie z boksem – jako zawodnik oczywiście – skończyłem w 1974 roku. Miałem wtedy 35 lat. Nigdy jednak nie rozstałem się z pięściarstwem definitywnie. Oj nie! To była, jest i będzie moja wielka miłość. Taka obustronna, której też wiele zawdzięczam i dzięki której osiągnąłem spełnienie. Nie chodzi tu tylko o sukcesy jako zawodnik, czy później trener. Bardziej o ludzi, uczucia, sytuacje, które przynosiła bokserska codzienność. Ale o tym przeczytacie za tydzień. Dziś czas krótko podsumować tę moją zawodniczą karierę. Mimo istnej sinusoidy, która jej towarzyszyła – jestem z niej dumny! Jak cholera!

Kumpel. Facet, przy którym nigdy nie będziesz czuł się samotnie. Nigdy nie poczujesz się odmieńcem. Miałem kilku takich. Połączył nas boks. Chociażby z Józkiem Grudniem, Jurkiem Kulejem, Wieśkiem Rudkowskim. Gdzieś tam w ringu odkrywaliśmy później inne wspólne cechy, które w ostatecznym rozrachunku scementowały te przyjaźnie na lata. Z resztą, jestem otwartym człowiekiem. Staram się podchodzić do każdego życzliwie i z szacunkiem. Nie oceniać po pozorach. Może również dlatego po zakończeniu kariery te (i kilka innych) znajomości przetrwały. Tak mi teraz przemknęło przed oczami jak my – byli bokserzy – witamy się ze sobą. Chłopy, które lały się po gębach, po latach te same gęby potrafią sobie wycałować. Wyściskać się. Dane mi było zobaczyć wielu sportowców, z różnych dyscyplin, ale taką chemię jaką potrafiło stworzyć pięściarstwo jeszcze kilka lat temu – wierzcie lub nie – spotyka się niezwykle rzadko. Mówię kilka lat temu, bo już będąc trenerem zauważyłem pewną różnicę pomiędzy dzisiejszymi zawodnikami, a tymi sprzed dekady. Teraz większość relacji utrzymuje się drogą elektroniczną. Kiedyś trochę inaczej to wyglądało.

Wspomniałem coś o tym, że byłem trenerem. No tak. Po zakończeniu każdej sportowej kariery przychodzi taki moment, że musisz sobie odpowiedzieć na pytanie: co dalej? Jedni definitywnie kończą ze sportem i całą jego otoczką, drudzy bawią się w działaczy. Są też tacy, których spotkać możemy w telewizyjnych analizach, studiach. Ja wybrałem trenerkę. Od zawsze – w pewnym sensie – mnie kręciła. Lubiłem popatrzeć jak młody adept pięściarstwa stosuje moje rady, a później cieszy się z sukcesu. Rola szkoleniowca pozwoliła mi również być najbliżej moich sportowych korzeni. Kochałem harmider i hałas bokserskich sal i nie potrafiłbym ot tak się z tym rozstać. Na szczęście na mojej drodze pojawili się ludzie z Pszowa.

Tamtejszy Górnik zakotwiczył w II lidze. A że ambicje miał spore, trzeba było wymyślić strategię, jak znaleźć się szczebel wyżej. Schedę przejąłem po dobrze mi znanym Antku Zygmuncie. Był rok 1974. W Pszowie było kilku bardzo dobrych pięściarzy, dlatego cel jakim był awans udało nam się zrealizować błyskawicznie. Równie szybko, bo już kilka miesięcy później, spadliśmy z bardzo mocnej I ligi. Przetarcie jednak miałem całkiem niezłe. Z Pszowem zawsze kojarzyć mi się będzie Bogdan Gajda, którego miałem zaszczyt prowadzić. Boguś został później mistrzem Europy w kategorii lekkopółśredniej. Ile ja z nim stoczyłem sparingów! Dobry był. Szybki. Trzeba było go jeszcze trochę podszkolić od tej technicznej strony. Często przerywałem jego treningi, żeby na gorąco wskazać błąd. Instruowałem, kiedy i jak wychodzić z ciosem. Hamowałem takie ganianie w kółko po ringowych deskach – bo to nic mu nie dawało. Może w 1977 roku, gdy sięgał po tytuł, pamiętał jakieś wskazówki trenera Mariana. Kto wie?

Kolejnym trenerskim przystankiem był Knurów. Tam dopiero poznałem co to znaczy szkolić zawodników w ówczesnym systemie polityczno – społecznym. Na ligowe mecze Górnika przychodziły tłumy. Gdzieś nawet przeczytałem, że w niedzielny poranek najpierw ludzie pędzili do kościoła, a po mszy na boks. Fakt, popyt był ogromny. Co z tego, skoro w tym śląskim miasteczku zetknąłem się z wieloma trudnościami. Uwierzcie mi, że codzienny dojazd autobusem z Bielska-Białej do klubu (trasa liczyła około 70 kilometrów w jedną stronę), był przyjemnością przy tym jakie przeprawy serwowali mi niekiedy niektórzy działacze Górnika. Jako trener nie mogłem sobie pozwolić, żeby osoby odpowiedzialne za organizację czy finanse wtykały cały swój nochal w sprawy szkoleniowe, które były im całkiem obce. Gdyby tak nie było, to przecież mogli sami prowadzić treningi. Nie potrzebowaliby trenera. Pamiętam nawet pewną sytuację, która może coś wam uzmysłowi. W czasie ćwiczeń wziąłem na stronę pewnego podopiecznego. Pogadaliśmy jak trener z zawodnikiem i nikt do nikogo nie czuł urazy. Taka rozmowa dyscyplinarna, po której ów zawodnik miał sobie coś przemyśleć. Wiedziałem, że na kolejnym treningu się nie pojawi. Sam mi to powiedział. Ale jeden z towarzyszy nie wiedział. Podczas kolejnych zajęć wpadł na salę i zaczyna krzyczeć:

– Gdzie on do diabła jest? Czemu go nie ma! Komu powiedział, że dziś nie będzie trenował – darł się działacz.

– Rozmawiałem z nim. Powiedział mi, że musi sobie coś przemyśleć – odpowiedziałem

Wtedy ów pan wpadł w szał. No bo jak to możliwe, że on o niczym nie wie? On miał o wszystkim wiedzieć! Wszyscy patrzyli na tę scenę z lekkim zdumieniem. Nie była to z resztą pierwsza taka sytuacja. Nawet moi współpracownicy mówili:

– Marian ty się nimi nie przejmuj. Rób swoje! Trenuj, decyduj.

 Ale jak się miałem nie przejmować? Nacisków było bezliku. Niektórzy działacze przychodzili do mnie i prosili, żeby uczulić zawodników na wysokie zwycięstwa w meczach ligowych. Miało ich nie być. Chcieli, żeby Górnik wygrywał, ale nieznacznie. Wiecie dlaczego? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi – a jakżeby inaczej – o kasę. Wyraźne triumfy, według panujących wówczas zasad, były lepiej wynagradzane finansowo. Zawodnicy chcieli coś zarobić i ja im miałem tego zabronić? Nic z tych rzeczy. Pozbierałem swój sprzęt i odszedłem. Bez jakiś wielkich pretensji, bo co ja zwykły trener miałem zrobić? Walczyć z całym systemem? Z odgórnie narzuconymi strukturami? No nie. Tylko tych moich chłopaków trochę szkoda. W życiu różnie bywa. Czasami są problemy, które wiązały się z czasowym odwieszeniem rękawic na kołek. Jeśli taki zawodnik udał się do bezdusznego prezesa, a dodatkowo był utalentowany, to często szantażowano go, że ma etat górnika i skoro nie chce trenować to jazda pod ziemię. Nie mówiąc już o takich, którzy zwyczajnie się wypalili. Też byli stawiani pod ścianą. Niestety moi niektórzy koledzy po fachu też wykorzystywali tę strategię. Często nie potrafiąc w inny sposób wpłynąć na podopiecznego. To była metoda „albo – albo”. Każdy w ten sposób wybierał boks. Dla mnie to jest największy paradoks: jak w tamtym ustroju, z tamtymi przepisami i zwyczajami, z niektórymi ludźmi udało się zbudować taką pięściarską potęgę? I jak to się stało, że po 1989 roku ten sport, jak i kilka innych dyscyplin, runęło niczym domek z kart. Niewytłumaczalne.

Knurów, pomimo tamtych scysji z niektórymi ludźmi, wspominam bardzo ciepło. Nadal przy nadarzającej się okazji odwiedzam to miasto. Sporą część mojego serca zajmuje też Bielsko-Biała. Tu poznałem miłość swojego życia, tu walczyłem jako zawodnik. Nie powinno więc dziwić, że gdy BBTS zaoferował mi funkcję szkoleniowca to przyjąłem ją bez wahania. Starałem się nauczyć, każdego zawodnika nawyków. Boks to taka dyscyplina, w której automatyzm i pewne wyuczone zachowania decydują o wynikach. Oczywiście talent też jest ważny. Jeśli na treningu powtarzam podopiecznemu żeby ustawił nogę w taki, a nie inny sposób i on robi to niemal z marszu, a później wykorzystuje w sparingu, to mogę założyć, że ma bokserskie zacięcie. Gorzej jeśli muszę o tym ustawieniu przypomnieć mu dziesięć razy.

Zawodnik, trener – te role starałem się odegrać jak najlepiej. Jest jeszcze jedna, która nasiąknięta jest emocjonalnym ładunkiem i nie sposób jej kontrolować. Jestem też kibicem. Nie tylko boksu. Pika nożna, lekkoatletyka? Proszę bardzo! Skoki narciarskie albo siatkówka? Również z chęcią obejrzę. Lubuję się w biało-czerwonych sukcesach. Jest mi smutno po porażkach, ale nie tracę wiary. Bo to porażki kształtują późniejszych zwycięzców. Bardzo często ludzie pytają mnie – kibica – o współczesnych pięściarzy. Komu kibicuję? W kim upatruję szans na przyszłość? Mówię wtedy, że owszem jest kilku młodych, zdolnych, ale talent czystej wody, taki który rodzi się raz na kilka pokoleń, już był. Nazywał się Andrzej Gołota. On był naprawdę wyjątkowy. Silny i szybki. Jak patrzę po latach na te jego grzmoty w walkach z Riddickiem Bowe. Uff… on go okładał i z każdym ciosem wybijał mu boks z głowy. Obie walki, aż do tych nieszczęsnych strzałów poniżej pasa, należały do Andrzeja. Nie rozumiem tylko, czy kogoś się bał, że dopuścił się fauli? Czy musiał przegrać wygrane walki? W latach 90-tych waga ciężka była u szczytu. Walczyło w niej kilku zawodników z papierami i umiejętnościami mistrzowskimi. Gołota był w tym gronie. Tylko zawsze czegoś mu brakowało. Mówią, że zawiodła psychika. Ale ja to widzę trochę inaczej. Andrzej walczył z tyloma świetnymi pięściarzami, że musiał ponieść koszty. Ci wielcy, silni zawodnicy i kolejne boje o tytuł stopniowo go rozbijały. Jakość pięściarstwa tamtej dekady go pokonała. Fizycznie i psychicznie. Z resztą nie tylko jego. Największą szansę na mistrzostwo świata „Andrew” miał tak naprawdę pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Notabene po przegranej walce z Lewisem. Miał już wtedy doświadczenie, przyciągał tłumy i fizycznie prezentował się bardzo dobrze. Zlał Witherspoona. Miał Granta na widelcu i ale go nie zjadł. To był ten jego moment. Potem były jeszcze próby. Bardzo nieszczęśliwe i niesprawiedliwe – jak ta z Ruizem. Koniec końców nie udało się. Strasznie mi tego Gołoty szkoda. Kibicowałem mu zawsze. Całym sercem. Mam trochę przeżytych wiosen, wielu zawodników już widziałem i śmiem twierdzić, że Andrzej był najlepszym ciężkim w historii polskiego boksu. Mógłbym przywołać jeszcze kilku, choćby jego imiennika Biegalskiego, który miał „kopyto” w rękach, ale „Andrew” zawsze będzie nieco wyżej w tym moim prywatnym rankingu. On oprócz siły, którą ma niemal każdy „ciężki”, miał jeszcze wachlarz umiejętności. Dobre sierpy, świetne podbródkowe.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś Polska będzie miała boksera jego pokroju. Ale żeby to się stało trzeba szkolić. Trzeba też studzić w młodych, zdolnych pięściarzach tą gorącą chęć pogoni za pieniądzem. Zauważyłem, że w dzisiejszych czasach bardzo szybko podsuwa się zawodnikom kontrakty. Niektórzy mają po 20 lat i już nazywają się zawodowcami. Jeszcze parę lat temu było to nie do pomyślenia. Zdarzały się wyjątki, ale większość młodych bokserów kroczyła ścieżką amatorską. Tam zbierała doświadczenie, które miało procentować w przyszłości. Profesjonalnymi pięściarzami zostawali ci niemal w stu procentach ukształtowani. Dziś to wszystko za szybko się dzieje. Ba! Teraz to nawet nie trzeba być sportowcem, żeby powalczyć i nieźle przy tym zarobić. Ale to jest zgubne. To zabija tych prawdziwych pasjonatów, którzy latami trenują i czekają na swoją szansę. Nie dziwcie się zatem, że medale olimpijskie dla Polski – w boksie – w sporcie, który był ich wylęgarnią są już tylko historią.

Na koniec chciałem wam podziękować. Za to, że tą moją spowiedź przeczytaliście. Starszy człowiek już jestem i coś muszę wam jeszcze powiedzieć. Życie jest jak boks. Naprawdę. Bokser wchodzi między liny sam. Wyprowadza ciosy, broni się sam. Tylko on nokautuje przeciwnika świetnym ciosem i tylko on po podobnym ciosie może upaść. Wokół niego jest jednak kilka osób, które go wspierają, przygotowują do walk i pomagają po nich. Podobnie jest w życiu. Najważniejsze boje i decyzje należą do nas. Odpowiadamy też za nie. Więc nie obwiniajmy wszystkich wokół za swoje jakiś niepowodzenia, skoro mamy na nie wpływ! Tak samo nie przypisujmy wszystkich życiowych sukcesów tylko sobie, skoro wokół tylu życzliwych ludzi nas wspiera. Trzymajcie się. Cześć!

Tomasz Sowa

***

To tekst naszego czytelnika. Jeśli chcecie pokazać się w podobny sposób i być może zacząć pisać na poważnie, ślijcie swoją twórczość na [email protected]

Szczegóły TUTAJ