Skoro przeżyliśmy bombardowanie, to czego mamy się bać?
Weszło Extra

Skoro przeżyliśmy bombardowanie, to czego mamy się bać?

– Gdy zbliżało się bombardowanie, pojechaliśmy na most i zaczęliśmy tańczyć. Sto tysięcy ludzi! Kiedy lotnicy nas zobaczyli, zdali sobie sprawę, że nic nie mogą zrobić.

Aleksandar Todorovski w swoim życiu przeżył wiele. Belgrad, gdzie mieszkał i gdzie dorastał, bombardowały wojska NATO. W jednym z klubów zmuszano go, by wstawał o piątej rano i zaliczał karne bieganie. W Polonii mu nie płacono. W Austrii, nie będąc ubezpieczonym, doznał kontuzji, która – zdaniem lekarzy – mogła zakończyć mu karierę.

Zapraszamy na wywiad z byłym reprezentantem Macedonii Północnej, który czuje się stuprocentowym Serbem.

*

Miałem pytać, czy obserwuje pan nastroje w Macedonii przed meczem z Polską, ale na początku ustalmy jedno – czuje się pan w ogóle Macedończykiem?

Mój ojciec urodził się w Macedonii, grałem w tamtejszej kadrze, ale zdecydowanie bardziej czuję się Serbem.

Nawet powiedział pan, że bardziej czuje się Polakiem niż Macedończykiem.

Racja.

Co się myśli słuchając hymnu i grając w kraju, do którego nie jest się przywiązanym?

Byłem młody. Gdy zdecydowałem się na kadrę Macedonii, miałem 24 czy 25 lat. Wcześniej grałem w serbskiej młodzieżówce, ale szybko zdałem sobie sprawę, że była ona za mocna. Po prostu. Dość powiedzieć, że na prawej obronie grał Branislav Ivanović, wówczas zawodni Chelsea. Dalej Antonio Rukavina z Villarealu czy Dusan Basta, którego szybko ściągnęli Włosi. Rywalizacja była ogromna, według mnie – nie do wygrania. Nawet mimo mojej determinacji. Dlatego gdy dostałem propozycję z Macedonii, gdzie byłem może raz, kiedy akurat jechałem nad morze do Grecji, to zdecydowałem się przystać na tę ofertę.

Byłem powoływane przez siedem czy osiem lat. Nie czułem się Macedończykiem, ale w kadrze dawałem z siebie sto procent. Gdy zakładasz narodowe barwy, nieważne jakiej reprezentacji, musisz prezentować wysoki poziom. Innej opcji nie ma. Koledzy wołali na mnie Serb, otwarcie mówiłem o swoim przywiązaniu, nikt nie miał z tym problemu. Akceptowali to, zresztą nie byłem jedyny – mieliśmy jednego Chorwata, jeszcze z dwóch-trzech Serbów. Normalna sytuacja.

Ale do dziś śledzę to, co się dzieje w Macedonii.

Czyli chwilę o dzisiejszym meczu pogadamy.

Jasne. Pytał pan o nastroje…

Trafiłem na opinię, że o ile piłka nożna, tak generalnie, przegrywa w Macedonii pod względem popularności z piłką ręczną, to akurat najbliższe spotkania wywołują wyjątkowe emocje.

Nastroje są takie, że Macedończycy zagrają na dwieście procent swoich możliwości. Polsce nie będzie łatwo, tym bardziej że w Skopje gra się trudno. Macedonia może nie grała ostatnio z nie wiadomo jak wymagającymi rywalami, ale u siebie zazwyczaj pokazywała się z dobrej strony, ostatni raz przegrała dość dawno temu. Jest tam dobry trener, wielu młodych, ciekawych zawodników, których wspiera grupa starszych. Ten zespół nie jest lepszy niż Polska, ale wydaje się naprawdę dobry. Młodzi zawodnicy, których – jak mówiłem – w kadrze nie brakuje, będą chcieli się pokazać przed Polakami. Oni grają w macedońskiej lidze, to będzie dla nich szansa, żeby – kto wie – być może wywalczyć transfer do Polski.

No i najważniejsze – na stadion przyjdzie dużo ludzi, będzie dobra, gorąca atmosfera.

Bałkański kocioł.

Coś takiego, choć nie będzie tak intensywnie, jak w Serbii. Atmosfera będzie trochę inna, spokojniejsza. Kiedy gra Crvena zvezda czy Parizan to wiadomo jak jest, nawet nie słyszy cię kolega, który stoi obok, taki jest szum. W Macedonii jest trochę inaczej, ale tak czy siak Serbowie czy Chorwaci są do takiej atmosfery przyzwyczajeni. Kiedy przyjeżdżali na nasz stadion, odnajdywali się, nie mieli większych problemów. Ale już Rosjanie czy Belgowie? Mieli trudniej, dlatego jak mówię – Polakom łatwo nie będzie.

Pokonamy Macedonię bez problemu? Kurs w Etoto – 2.00!

Skąd w ostatnich latach taki rozwój macedońskiej piłki?

Jest dobry trener, piłkarze wyjeżdżają za granicę i ogrywają się we Włoszech czy w Turcji. Sporo zawodników z kadry młodzieżowej, która dwa lata temu awansowała na mistrzostwa Europy w Polsce, trafiło do seniorskiej reprezentacji. Liga jest słaba, nie ma co ukrywać, ale kadra staje na wysokości zadania.

Trafiło się dobre pokolenie?

Tak, ale region byłej Jugosławii obfituje w talenty, one tutaj zawsze były, są i będą. Kwestia szkolenia i infrastruktury, która w Macedonii stoi na niskim poziomie. Zawsze powtarzałem, że ci zawodnicy potrzebują kogoś takiego jak trener Igor Angelovski. On potrafi z nimi pracować, niektórych prowadził wcześniej i wie, jak wydobyć z nich najwięcej potencjału. Do tego jest obeznany w macedońskiej lidze, więc – jak ma możliwości Macedonii – ta kadra gra naprawdę dobrze. Odpowiedni ludzie w odpowiednim miejscu sprawili, że wszystko się zazębiło.

Jaki jest największy problem macedońskiej piłki?

Macedonia jako kraj jest biedna, nie ma kasy, więc kluby nie mogą płacić dużo za zawodników. Jest jeden zespół, który płaci sporo, bo ma takie możliwości, ale to tyle. Zawodnicy, którzy szybko wyjeżdżają, potem nie chcą wracać i pojawiają się problemy. No i ta infrastruktura… Boiska treningowe nie są dobre, niby wszystko się rozwija, niby ludzie się starają, ale minie jeszcze sporo czasu – pewnie z 20-30 lat – zanim Macedonia nadgoni infrastrukturalnie Polskę. Tyle dobrego, że powoli budują się akademie, a to ważne, bo młode talenty muszą mieć gdzie trenować.

A pan w młodości miał gdzie trenować?

Miałem, ale czasy były, jakie były.

Urodził się pan w Kraljevie.

Szybko przeprowadziłem się do Belgradu. Rodzice pojechali tam ze mną, gdy miałem dwa lata, więc tam spędziłem większość życia, jednak nie zapomniałem o miejscu, w którym się urodziłem, bo to ciekawa, doświadczona przez Drugą Wojnę Światową okolica. Cała Serbia nosi znamię tamtej wojny, ale w tamtym miejscu była taka szkoła podstawowa, gdzie – między innymi w ramach mszczenia się za atak serbskich partyzantów – wtargnęli Niemcy, wzięli dzieci i wykonali egzekucję. Teraz w tym mieście postawiono statuę, która przypomina o tamtych wydarzeniach.

Ale historia historią, jednak wojna dotknęła mnie również bezpośrednio, gdy wojska NATO bombardowały Belgrad. Byłem młodym chłopcem, miałem 17-18 lat, więc pamiętam wszystko. Widziałem bomby spadające obok mnie. Dosłownie. Pewnego razu pojechałem na trening z kolegami i widziałem, jak blisko nas przelatuje bomba. Właściwie to tylko światło było widać. Zaczęliśmy uciekać, każdy do swojego domu. Po drodze miałem sklep Adidasa, kompletnie opuszczony, pewnie sprzedawca również uciekł, można było ukraść, co się chciało, choć oczywiście nigdy tego nie zrobiłem.

Z dwa-trzy tygodnie spędziliśmy pod ziemią. Każdy dom miał, można powiedzieć, mały bunkier. Siedzieliśmy tam, bo – szczególnie na początku – nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Bombardują nas, ale dlaczego? Co się dzieje? Baliśmy się, bombardowanie trwało trzy miesiące, ale z każdym kolejnym dniem… Nie wiem, czy to dobre słowo, ale przyzwyczailiśmy się do tego, co się wokół nas działo. Do spadających bomb.

Ot, normalność. Zbliża się bomba, wyje syrena, więc – jak gdyby nigdy nic – wracasz do domu, ale już nie do bunkru. Normalnie sobie siedzisz, robisz, co chcesz. I tyle. Po czasie zero emocji jeżeli chodzi o jakiś strach czy niepokój. Jeździliśmy do szkoły, na treningi.

4

Da się do tego w ogóle przyzwyczaić?

Na początku było trudno, jasne, ale potem? Nauczyliśmy się z tym żyć.

Gdy pewnego razu zawyła syrena, okazało się, że bomba spadnie na jeden z największych mostów w Belgradzie. Postanowiliśmy tam pójść.

Aż taka odwaga?

Nie tylko ja i koledzy. Sto tysięcy ludzi! Pojechaliśmy na most i czekając na bomby, zaczęliśmy tańczyć.

Tańczyć!

Kiedy lotnicy zobaczyli sto tysięcy ludzi, to zdali sobie sprawę, że nie mogą spuścić bomby. Osiągnęliśmy sukces. To trwało jeszcze miesiąc-dwa i wszystko się skończyło.

To ciekawe, że pan o tym wspomina, bo Veljko Nikitović opowiadał że podczas bombardowań NATO wśród ludzi w pełni pokazał się serbski charakter – ludzie na przekór warunkom wychodzili na miasto, spotykali się, tańczyli.

Właśnie! Dlatego Serbowie mają taki, a nie inny charakter. Dużo tutaj się działo. Później robiliśmy sobie żarty. „O, leci bomba? To idziemy zobaczyć” – na tej zasadzie. Znieczuliliśmy się. Gdy widzieliśmy samolot, jechaliśmy w okolice miejsca zrzutu. Ja pierwszy, jako nastolatek, jechałem, tańczyłem, żartowałem z tego wszystkiego! Mówiłem rodzicom, że wychodzę na boisko, myśleli, że jestem w okolicy, a ja robiłem takie rzeczy.

Może to trochę dziwne, dla niektórych niezrozumiałe, ale cóż – tak działaliśmy. Nauczyliśmy się z tym żyć. „Leci bomba, ale ja żyję normalnie” – takie mieliśmy podejście.

Zdarzali się ludzie, którzy nie wytrzymywali, wyłamywali się?

Wielu Serbów ma charakter, ale – jak wszędzie – zdarzają się wyjątki. Tutaj, gdzie mieszkałem, trafiali się ludzie, którzy od początku do końca bombardowania mieszkali w schronach. Nawet przez dwa-trzy miesiące praktycznie nie ruszali się z miejsca! Wiesz, ludzie są różni – jedni żartują, drudzy przeżywają, ale generalnie jako Serbowie jesteśmy charakterni, co widać na boisku.

Skoro przeżyliśmy bombardowanie, to czego mamy się bać?

Mimo wszystko wojna czy takie działania jak bombardowania muszą zostawiać ślady w psychice.

Oczywiście. Nie ma co ukrywać, że my sobie żartowaliśmy, ale wielu ludzi zginęło. A to jest tragedia. Zrzucili bombę na siedzibę stacji telewizyjnej, a tam przebywało wówczas dwieście osób. Wszyscy zginęli. To jest szok, ale co możesz robić? Widzisz bomby, które mogą spaść wszędzie, więc idziesz na boisko i robisz swoje. Starasz się żyć, przyzwyczaić do zastanej sytuacji. Takie jest życie.

Zbigniew Kikiewicz przyznawał, że wojna jest straszna, bo zawsze przegrywa człowiek. Pan nasłuchał się o Drugiej Wojnie Światowej, na własne oczy widział bombardowania. Co myśli się o świecie, widząc go w takiej formie?

To było dla mnie nie do wyobrażenia. Począwszy od tego, że na początku – gdy ataki nas mijały – myślałem sobie, że ataki są, jasne, ale gdzieś obok. Że wojna do nas nie dotrze. Cóż, jednak dotarła. Ta z Chorwacją, której nie pamiętam dokładnie, to bombardowanie. I nagle widzisz, co się dzieje tu i teraz i zdajesz sobie sprawę, że to nie jest już telewizja. To się naprawdę dzieje. Szok? Niedowierzanie? No, coś takiego.

Wojna nie ma sensu. Żadna. Jaki sens miało zrzucanie bomb na Serbię? Nie widzę w tym sensu, myślę, że NATO – po czasie – zrozumiało, że popełniło błąd.

Macedonia dotrwa do samego końca bez straty bramki, a mecz skończy się remisem? Kurs na bezbramkowy remis w Etoto – 7,75!

Jak wyglądała pana codzienność w tamtych czasach?

Te czasy były trudne również finansowo. Nie było kasy. Teraz ludziom żyjącym w Serbii jest trudno, więc można wyobrazić sobie, jak było wtedy, podczas ataków. Ale byliśmy młodzi, marzyliśmy o karierze piłkarskiej, więc nie interesowała nas kasa. Moja rodzina, wiadomo, martwiła się, ale starczało nam, a to najważniejsze.

Myślał pan kiedyś, na przykład w tamtych czasach, by rzucić piłkę?

Nie, nie, nie. Nigdy. Kiedy zaczęło się bombardowanie, martwiliśmy się przede wszystkim o to, czy nasza liga juniorska będzie kontynuowana. Koniec końców była, przerwa trwała z dwa-trzy tygodnie i tyle.

Piłka była ucieczką od problemów?

Idziesz na boisko i zapominasz o wszystkich problemach. Grasz z kolegami i tylko to się liczy. Tak było, piłka pomagała.

W końcu, gdy sytuacja się uspokoiła, poszedł pan w świat, ale – mam wrażenie – miał pan też dużo pecha.

Oj tak.

Może po kolei. Po trzech latach gry w serbskiej ekstraklasie wyjechał pan na Cypr.

Największy błąd w mojej karierze. Straciłem trzy lata, które tam spędziłem. Radnicki Belgrad skończyły ligę na piątym miejscu, czułem się tam dobrze, ale klub – jak Polonia Warszawa – okazał się bankrutem i zleciał do czwartej ligi. Miałem propozycję zostać w najwyższej lidze w Serbii, ale zgłosił się APOEL Nikozja. Duża marka, ja byłem młody, więc liczyłem, że się wybiję i za jakiś czas znów zmienię pracodawcę. Zmieniłem po roku, ale dlatego, że nie przebiłem się, mało grałem i ostatecznie wylądowałem niedaleko, w Digenís Akritas Morfou. Zagrałem prawie że w każdym meczu, ale widziałem, że nie mogłem zrobić postępu. Tam grali głównie doświadczeni, 35-letni zawodnicy, więc znów wybrałem mocny zespół – AEL Limassol. Kilka meczów zagrałem, ale stanąłem w miejscu.

Okazało się, że Cypr jest dobry, ale dla starszych. Gdy chcesz się wybić, nie masz większych szans. Wróciłem do Serbii, miałem 23 lata i cóż – okazało się, że byłem już za stary na dobry, zagraniczny transfer. Zachodnie kluby chętnie sięgają po Serbów, ale młodszych, więc dlatego uważam, że na Cyprze straciłem trzy bardzo cenne lata.

Do tego na początku po powrocie miałem problem, bo nie grałem, ale gdy klub sprzedał prawego obrońcę do Herthy Berlin, to wróciłem na boisko. Sprawdziłem się, zostałem najlepszym prawym obrońcą w lidze, posypały się oferty – Crvena, Partizan – ale prezes miał za każdym razem gigantyczne wymagania.

W końcu dostałem propozycję z Polonii, gdzie pojechał mój kolega Djordje Cotra. Podpisałem kontrakt pół roku przed wygaśnięciem mojej umowy z Radnickami. Czyli zgodnie z prawem, ale wtedy zaczęło się robić nieciekawie.

Wojna z prezesem.

Owszem. Kazali mi przychodzić, żeby biegać o 5 rano, o 7… Wszystko robiłem, nie było problemu. O 7 biegałem, o 18 biegałem, w międzyczasie trenowałem, następnego dnia rano wstawałem. Męczyli mnie, ale ponad miesiąc później zobaczyli, że nie narzekam i dali sobie spokój. Musieli wypłacić mi ostatnie pensje, ale powiedzieli, że nie zapłacą, jednak za to ja już nie muszę trenować.

No i dobra, ważne, że mogłem skupić się na Polonii, gdzie dostałem dobre warunki. Jacek Zieliński – swoją drogą bardzo dobry człowiek – powiedział wprost:

– Słuchaj, mam Baszczyńskiego, więc musisz walczyć o miejsce.

– Nie ma problemu, trenerze.

Na początku nie grałem, choć uważam, że przed sezonem pokazywałem się z dobrej strony, jednak Baszczyński był bardzo dobry, akceptowałem to. W międzyczasie znów zaczęła dzwonić Crvena zvezda. Chcieli mnie odkupić od Polonii, dzwonili do Wojciechowskiego, który – widząc, że chcą mnie Serbowie – powiedział, że muszę dostać szansę.

I zacząłem grać. Pierwszy mecz, pamiętam, z Legią. Wygraliśmy 2:1, znalazłem się w jedenastce kolejki, zostałem w składzie. Później przyszedł Piotr Stokowiec, któremu bardzo dużo zawdzięczam. Jego zatrudnienie było najlepszą decyzją klubu. Zrobił w Polonii porządek, graliśmy bardzo dobrą, przez kilka miesięcy nawet najlepszą piłkę w Polsce. Uważam, że gdybyśmy dostali jeszcze z dwóch-trzech zawodników, to bylibyśmy w stanie nawet wygrać ligę. Zespół był naprawdę mocny, choć wiadomo, co się w międzyczasie działo – za ostatnie sześć miesięcy nie dostałem nawet złotówki.

Były duże problemy, wiadomo. Ireneusz Król przez sześć miesięcy powtarzał, że przelew będzie jutro… Tragedia.

5

Ma pan do dziś do niego pretensje?

Nie zapomniałem, bo siedem-osiem lat sądzimy się z nim, ale gdy ma płacić, to ucieka. Oczywiście, że mam pretensje, straciłem dużo pieniędzy. Oszukiwał nas przez długi czas. W pewnym momencie zaczęliśmy z tego żartować, bo innego wyjścia nie było. Co zrobisz? Pozostało dobrze grać, co – koniec końców – wyszło mi na dobre, bo dostałem się do Sturmu Graz.

Żałuje pan, że Wojciechowski odrzucił ofertę z Crveny?

Żałuję. Teraz widzę, że powinienem tam pójść. To wielki klub, a ja miałem stamtąd kilka propozycji. Mój błąd, jednak w Polonii wyszło tak, że Wojciechowski blokował ten transfer. Chciał pół miliona, oni proponowali 250 tysięcy…

W Austrii znowu pech. Poważna kontuzja.

Pierwsza tak poważna w mojej karierze. Złamałem nogę, wkręcili mi śruby, ale w miarę szybko wróciłem. Raptem po trzech miesiącach rozpocząłem treningi z piłką, choć początkowo lekarz mówił, że mogę nie wrócić do grania w ogóle, a jak już, to po siedmiu-ośmiu miesiącach. Byłem w szoku. Gdy dostałem tę informację, nie powiedziałem do lekarza ani słowa. Koniec kariery? W takim wieku? Nie dopuszczałem tego do siebie, wiedziałem, że będę grał w piłkę. Już następnego dnia się śmiałem, byłem pozytywnie nastawiony. Przyjechali koledzy i zachowywałem się, jakby nic się nie stało. Takie jest życie – kiedy coś się dzieje, musisz reagować.

Cóż, zawziąłem się i jakoś poszło.

Co pan sobie w momencie kontuzji myślał? Gdzie pan nie poszedł, spotykało pana jakieś nieszczęście.

Bolało, a co gorsza – w ten dzień miałem podpisać papiery ubezpieczeniowe, gdyż w Austrii to normalne, że zawodnicy mają prywatne ubezpieczenia. Jednak chciałem skupić się na meczu. „Nie dzisiaj, załatwimy wszystko w poniedziałek” – mówiłem. A tu nagle przyszedł tak poważny uraz. Dostałem w lewą nogę, kość pękła, aż było słychać, że została złamana. I po ubezpieczeniu.

Gdy wróciłem, szybko wskoczyłem do podstawowego składu, ale… Austria to nie było to. Nie podobała mi się jako kraj. Inne charaktery niż Serbowie czy Polacy, którzy mają podobny styl do tego bałkańskiego. Możesz żartować, śmiać się, a tam – pełna powaga. Przez półtora roku miałem jednego kolegę, z innymi ani razu nie wyszliśmy na kawę po treningu, nic.

I wrócił pan do Polski, do Zagłębia.

Jeden z niewielu dobrych wyborów! Trenerem Sturmu był Darko Milanic, ale wyjechał do Anglii, do Leeds United. Wtedy postanowiłem, że chcę wracać do Polski, więc zadzwoniłem do Piotra Stokowca. W międzyczasie do klubu przyjechał Franco Foda, obecny selekcjoner reprezentacji Austrii i mówił, że chce, bym podpisał nowy kontrakt.

– Trenerze, postanowiłem, że odchodzę do Zagłębia.

– Zostań, będziesz grał. Czy to na lewej, czy to na prawej obronie.

Odszedłem. Niby wszystko idealnie, bo Graz leży blisko Belgradu, ale nie czułem się w Austrii najlepiej.

– Słuchaj, trenerze. Już nie mogę.

– Dlaczego?

– Nie czuję się dobrze. Tak samo moja rodzina.

Rozmawiałem ze Stokowcem, z Piotrem Burlikowskim. Trochę to trwało, ze dwa-trzy miesiące. W międzyczasie w Austrii walczyłem o to, żeby puścili mnie wcześniej, co koniec końców się udało. Zobaczyli, że nie chcę tam żyć, że zależy mi na Zagłębiu i się ugięli. Podpisałem półroczny kontrakt z opcją przedłużenia o trzy lata, szybko awansowaliśmy do ekstraklasy, więc zostałem. Znów bardzo dobrą robotę, wraz z Burlikowskim, wykonał Stokowiec. Potem zrobiliśmy trzecie miejsce, a jak tak sobie myślę, to mogliśmy być nawet taką drużyną, jaką stał się w tym sezonie Piast.

W ostatnim roku w Lubinie nie grałem zbyt wiele, ale Zagłębie i tak okazało się najlepszym wyborem. A gdy byłem w Austrii, to miałem propozycję z Partizana, jednak dogadałem się z lubinianami. Dałem słowo, więc nie było wyjścia. I wyszło na moje, trafiłem na wielu świetnych ludzi. Od trenera, przez dyrektorów, po prezesa. Wszystko zagrało.

Jednak Macedonia wygra na swoim gorącym terenie? Etoto kusi kursem 4,50!

Obecny powrót do Serbii już typowo na zakończenie kariery?

A właśnie nie do końca!

Generalnie myślałem, że zostanę do końca w Zagłębiu. Ale pojawiały się głosy, że mam już 34-lata, że jestem stary i tak dalej. Jednak kiedy dostawałem swoje szanse, to grałem bardzo dobrze. Na przykład z Sandecją, gdzie wygraliśmy 1:0, byłem jednym z lepszych na boisku, potem nie grałem. Pretensji nie mam – Alan Czerwiński był młody, bardzo dobrze grał chłopak. W porządku, powinien występować, rozumiem to. Irytowało mnie jednak to gadanie o moim wieku, a teraz podpisałem kontrakt w Serbii, przecież bardzo dobrej lidze. Rozegrałem około 40 spotkań, byłem jednym z najlepszych prawych obrońców w rozgrywkach. Czyli coś pokazałem i udowodniłem.

W sumie pech i strata Zagłębia, biorąc pod uwagę, że Czerwiński szybko doznał kontuzji.

Tak, tak, to było już po moim wyjeździe. Też nie miałem szczęścia. Nikomu nie życzę kontuzji, ale pewnie gdybym został, to jakieś szanse bym dostał. No ale trudno, potem zaczął grać Bartek Kopacz i spisywał się dobrze.

4

Jak ocenia pan swoją karierę? Na plus, czy zabrakło szczęścia, przez co jest niedosyt?

Każdy zawodnik potrzebuje dużo szczęścia i odwagi. Jestem w miarę zadowolony, boli mnie tylko to, że nie trafiłem do Crveny zvezdy, choć miałem kilka okazji. Ale generalnie nie mogę narzekać – gdy miałem 20 lat, przyplątał mi się nieciekawy wirus. Miałem mononukleozę, pauzowałem kilka miesięcy, również – tak jak w Austrii – było zagrożenie, że będę musiał zakończyć karierę. Czyli mogło być różnie, a wyszło dość dobrze. Teraz radzę sobie w Serbii, oferują mi nową umowę. Nie wiem, czy podpiszę czy nie, bo może wróciłbym do domu do Belgradu, ale zobaczymy.

Czyli o zakończeniu oferty pan nie myśli?

Nie, nie!

A myśli pan co po zakończeniu kariery?

Myślę. Uważam, że dobrze rozumiem piłkę. Dużo przeżyłem, w wielu krajach grałem, wielu zawodników poznałem. Zastanawiam się nad byciem menedżerem, albo jakimś skautem.

Patrząc na to, co przeżył pan w dzieciństwie i podczas kariery bardziej docenia pan miejsce, w którym się obecnie znajduje?

Kiedy jesteś pracowity, dajesz maksa na każdym treningu i wierzysz w siebie, to piłka ci oddaje to, co w nią włożyłeś. Jeżeli będziesz tak robił, na pewno tak będzie. Odda. Musisz być zaangażowany, a ja byłem i dzięki temu jestem zadowolony i doceniam to, co mam.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (0)