Miałem wrażenie, że cała Polska czekała na mój błąd
Weszło Extra

Miałem wrażenie, że cała Polska czekała na mój błąd

– Polacy nas mocno nauczyli innego „kibicowania”, czyli czekania na błąd. Zrozumiałem jak dużo jadu i nienawiści jest w naszym narodzie. Ja miałem wrażenie w zeszłym roku, kiedy pomyliliśmy się z rzutem karnym w meczu Tottenham-Juventus, że cała Polska na to czekała. Każdy artykuł, który pojawiał się o mnie nawet kilka miesięcy później, miał zakończenie, że Szymon Marciniak sędziował też mecz Tottenhamu z Juventusem, gdzie nie podyktował rzutu karnego dla Juventusu – mówi właśnie Szymon Marciniak. Rozmawiamy o jego „arogancji”, „strachu” przed VAR-em, meczach w Arabii, o pseudoekspertach, o sąsiadach, którzy lubią donieść do skarbówki. Marciniak nie udzielał wywiadów przez dłuższy czas, w tym roku na pewno żadnego, więc cóż pozostaje: zapraszamy!

Jaką najgłupszą albo najmniej trafną opinię usłyszałeś na temat swojego sędziowania?

Taką, że sprzyjam Legii. Zawsze mnie to śmieszy, kiedy słyszę takie zdania. Raz – są nieprawdziwe, dwa – nie do końca wiem, skąd one się biorą. Podejmuję różne decyzje, dobre, złe, ale kluby są mi zupełnie obojętne. Niektórym się jednak coś ubzdurało po meczu Legia-Lech, gdy Hamalainen strzelił bramkę ze spalonego. Oczywiście ci, którzy się znają na piłce, to wiedzą, że akurat za ocenę, czy zawodnik był na pozycji spalonej, sędzia główny nie odpowiada. No, ale zrobiło się głośno, taka opinia poszła w świat. Niektórzy lubią tworzyć teorie spiskowe i się ich trzymać, żeby było pikantnie i nerwowo, więc potem wszystkie moje prawdziwe i urojone potknięcia uznają za potwierdzenie swoich wymysłów. Trudno, ich prawo. Natomiast mi się chce z takich rzeczy śmiać.

A słyszałeś, że jesteś pracoholikiem?

Tak, ale to chyba dobra cecha, jeśli chodzi o nasz zawód, chociaż z drugiej strony – ja się uczę teraz łapania luzu, tak żeby nie żyć sędziowaniem 24 godziny na dobę. Głowa musi odpocząć od piłki nożnej i chęci przewidzenia oraz kontrolowania wszystkiego. Chcę trochę wrócić do starego stylu, znaleźć równowagę pomiędzy różnymi podejściami. W początkowych latach najlepiej wychodziło mi takie, nazwijmy to, instynktowne sędziowanie. Potem zacząłem bardziej kalkulować – co się powinno, czego się nie powinno. Zacząłem szukać perfekcji i „boiskowej mądrości”. A z biegiem czasu zrozumiałem – bo robię sobie, wbrew temu, co część osób o mnie myśli, rachunki sumienia po sezonie – że mecze bez kalkulacji, gdy nie myślałem o stawce spotkania i ustawiania sobie poprzeczek faulu, kartek – wychodziły najlepiej. Na przykład Legia-Piast, Jagiellonia-Legia w tym sezonie, w rundzie finałowej. Powiedziałem na odprawie do chłopaków: książka dzisiaj. I tak było.

Książka?

To takie nasze – może trochę toporne – zapożyczenie z angielskiego „by the book”. Mówiąc sędziować książkę, mam na myśli sędziować jak automat. Bez „sprzedawania decyzji”, myślenia o tym, jak piłkarze zareagują na gwizdek w nieoczywistej sytuacji. Bez zastanawiania się nad wagą meczu i tym, jak go prowadzić, by nie popsuć widowiska.

Spytałem o ten pracoholizm, ponieważ Rafał Rostkowski wyliczył ci, że jesteś rekordzistą świata. Pobiłeś Howarda Webba z 35 meczami w sezonie 08/09, ty masz 39 w minionym. Czy to nie jest po prostu za duży wysiłek?

Rozmawiajmy na poważnie. Przecież ja jestem dzień w dzień monitorowany, wszystkie moje treningi są analizowane pod kątem czasu, który spędzam w danej strefie tętna, specjalne algorytmy przeliczają to na poziom zmęczenia. Osoby, które to wszystko kontrolują, nic mi nie wyliczały, ani nie zarzucały i na tym zakończmy ten temat.

Te loty do Arabii mimo wszystko nie są męczące?

Podróż trwa pięć i pół godziny. Latamy biznes klasą, rozkładamy sobie łóżko. Bardzo często sędziujemy mecze wieczorem, takie spotkanie kończy się przed północą, a ja o 1:50 mam samolot. O 9 rano jestem w Warszawie. Śpię sobie w samolocie i to w takich warunkach, że czuję, jakbym spędzał czas w pokoju. Wypoczywam. I tak naprawdę jestem bardziej świeży, niż jak wracam z ekstraklasy, bo wówczas jadę samochodem. Znam swój organizm i wiem, na ile mogę sobie pozwolić.

18 kwietnia miałeś mecz w Arabii, 20-tego robiłeś Lechię z Piastem. Odpoczynek fizyczny to jedno, ale ludzie mogą się zastanawiać, czy dajesz radę się zresetować na nowe spotkanie.

19-tego rano byłem już na pewno w Gdańsku. Miałem 36 godzin, żeby spokojnie się zregenerować i przygotować. W tym konkretnym przypadku może faktycznie zabrakło jednego dnia przerwy więcej, dla mnie to też jakaś nauczka na przyszłość. Chcę tylko przypomnieć jedną rzecz: po to jesteśmy sędziami zawodowymi, którzy nie podbijają karty na zakładzie o ósmej rano, żeby móc często sędziować i być przy tym w pełnej dyspozycji. Mecz w Arabii nie jest większym obciążeniem pod kątem wysiłku i podróży, niż spotkanie w Polsce. Nie szukajmy problemów na siłę.

Przyznaję, że w tym spotkaniu nie było kontrowersji i błędów.

Mecz bez historii. A gdyby coś się stało? Wszyscy by zwalali – przyjechał niewyspany, niezregenerowany i tak dalej. U sędziów tak jest. Jak gwiżdżemy dobrze, to jest cisza. Jak zdarzy się błąd, to szuka się przyczyn wszędzie. Może za dużo jeździ samochodem? Może powinien pociągiem? A może jednak powinien lecieć? Zdążyliśmy przywyknąć. Trzeba robić swoje. Oczywiście, krytyka jest potrzebna, ale ludzi fachowych, a nie złośliwych i szukających drugiego dna, bo nie o to w tym chodzi.

Paradoksalnie, twój najgorszy mecz w ekstraklasie według mnie, był na samym początku sezonu, czyli Lechia-Śląsk.

Ja tak wcale nie uważam. Decyzje były kontrowersyjne, ale czasami tak jest. Sędzia ich sobie nie wybiera, bywa, że czego byśmy nie zrobili, to zostanie to skrytykowane. Gwizdnąłem faul Cholewiaka na Maku, z boiska wyglądało to na rzut karny. Tomek Kwiatkowski – mój VAR w tym meczu nie miał ujęcia kamery, która by udowodniła, że on jest na sto procent przed linią. Nie biegłem nawet do monitora, bo to dotyczyło tylko miejsca zdarzenia. I wiem, VAR ma 11 kamer, niby dużo, ale czasem niestety to nie wystarcza. Są takie miejsca na boisku, gdzie się domyślamy, mamy poszlaki, ale nie mamy pewności, to była taka właśnie sytuacja i dlatego utrzymaliśmy decyzję z boiska. Zawodnik Lechii wpadł w pole karne, faul był nad samą linią, na styku. Decyzji się nie wybiera, ale jakby człowiek tak wracał do każdej, to by się wykończył psychicznie. Natomiast ludzie sobie nie zdają sprawy, jak to w sędziach siedzi. A siedzi. Gwiżdżę już tyle lat i często roztrząsam sytuacje wiele dni po meczu. Ważne jednak, aby – po wyciągnięciu wniosków – z czystą głową wyjść na następny mecz.

No dobrze, ale ta druga sytuacja? Piech niby absorbował bramkarza i obrońcę?

Nie niby, tylko rzeczywiście.

On naprawdę był od nich daleko.

Piłka szła nad nim, a on wszedł w kontakt ciałem z Błażejem Augustynem na pierwszym słupku. Sto procent. Dla mnie ze środka to było w ogóle nie do wyłapania, więc mówię, co słyszałem przez słuchawkę od asystenta i zostało to potwierdzone przez VAR.

Były o to duże pretensje, bo to było naprawdę mało wyraźne.

Niestety, to decyzja z gatunku takich, że zgodnie z wytycznymi dla sędziów to jest ewidentny spalony, ale piłkarze czy kibice nie do końca to akceptują. Ludzie interpretują sobie tak, jak chcą. Przy okazji często znajomość przepisów jest słaba, ale to też kamyczek do ogródka nas wszystkich, bo to my musimy te reguły kibicom jakoś przybliżać.

Chodź, obejrzymy te sytuacje, bo będzie to we mnie siedzieć.

Śmiało.

KLIK

Gdyby Piech został na odległość tego metra, to mógłbym powiedzieć, że jest w porządku. I co jest ważne: to nie jest tak, że ja uznałem bramkę i zawołano mnie, bym to zmienił. Asystent ocenił, że zawodnik wracający z pozycji spalonej, atakujący Błażeja Augustyna, miał wpływ na jego interwencję. Augustyn opiera się na Piechu. Jak mamy kontakt, to jest najprostsze, co może być. Arbiter podnosi chorągiewkę i VAR musi ocenić, czy asystent popełnił ewidentny błąd. Jeżeli mamy zawodnika wracającego ze spalonego i jest kontakt, to absolutnie nie możesz powiedzieć, że to jest ewidentny błąd sędziego.

Przyjmuję, ale wciąż z wątpliwościami. No, ale idźmy dalej: ja powiedziałem, że to był twój najsłabszy mecz, ty masz inne zdanie, więc jaki mecz sobie wyrzucasz sam?

Bolały mnie decyzje, których sam był sobie winien. Szczególnie w Europie. Portugalia – Serbia. To spotkanie najbardziej pamiętam, bo do pewnego momentu to był jeden z moich najlepszych meczów. Sytuacji w polach karnych miałem multum, do wyboru były symulacje, karne, zwykła walka i oceniałem to prawidłowo. Z rozmowy z Roberto Rosettim wiem, że moi zwierzchnicy w UEFA byli bardzo zadowoleni, aż do tej feralnej minuty, kiedy zmieniłem decyzję po ręce Rukaviny, ale takie jest życie.

Przeprosiłeś Santosa?

Rozmawiałem z nim, powiedziałem mu I’m so sorry, ale bardziej w kontekście, że jest mi przykro. Natomiast w ogóle mi nie przeszkadza, że odebrał to jako przeprosiny. Dla mnie to jest ludzkie. Sędzia nie może biegać i przepraszać za każdy błąd, ale są sytuacje wyjątkowe i ja zmianę dobrej decyzji na złą za taki właśnie przypadek uważam. Wiem, co widziałem i szkoda, że straciłem rezon po reakcji Serbów. Zobaczyłem czerwoną twarz Rukaviny, zrozumiałem, że piłka trafiła w tę część ciała i tym się zająłem, zamiast ręką, którą przecież widziałem. Paradoksalnie śmialiśmy się z tego w UEFA, że żeby Marciniak zmienił decyzję, jeśli coś widział, to jest niemożliwe. Mówię tutaj o sytuacji, gdy nie ma VAR, żeby uprzedzić komentarze mądre inaczej. I tutaj, gdybym był dawnym Szymonem, to w życiu bym tej decyzji nie zmienił, a tak wyszło, jak wyszło.

Widzisz, zmieniłeś decyzje nawet bez VAR-u, a i tak kolejna opinia o tobie jest taka, co wzięło się z mundialu, że jesteś zbyt arogancki względem technologii.

Nie wiem, skąd się to wzięło, pewnie z tego, że system VAR jest mimo wszystko nowością i nie każdy wie, jakie są procedury jego stosowania. Odnośnie sytuacji z meczu Niemcy – Szwecja, powtarzam rzecz oczywistą: podjąłem decyzję, VAR ją sprawdził i zakomunikował mi, że mogę wznowić grę. Tyle.

WARSZAWA 04.03.2018 MECZ 26. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - LECH POZNAN 2:1 SZYMON MARCINIAK FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Miałeś do VAR pretensje?

Nie, jak mógłbym mieć. Analizowaliśmy potem tę sytuację i środowisko sędziowskie było bardzo podzielone: dla jednych był to karny, dla innych nie. Sytuacja była kontrowersyjna, na pewno nie czarno-biała. Wiele osób uważało, że lekkie pchnięcie w czasie strzału nie mogło Berga aż tak przewrócić. Z drugiej strony pokazywano tę sytuację w slow motion, a wtedy nawet delikatne trącenie jest wyolbrzymione i pokazane nienaturalnie. Co więcej: w tym meczu analizę VAR prowadziły cztery osoby. Dla żadnej z nich nie był to oczywisty rzut karny. W słuchawce dostałem sygnał: jedziemy dalej. Cóż, ja trochę przyciągam te kontrowersje, na tym mundialu dostałem trudne spotkania, z czego się cieszyłem, bo lubię wyzwania. Miałem z nich potem 11 i 13 klatek do analizy, podczas gdy zdarzały się mecze, po których do obejrzenia były trzy-cztery. Jak już mówiłem, sędzia sytuacji nie wybiera.

Mimo wszystko po fazie grupowej wróciłeś do domu.

Oczywiście, że był niedosyt. Plany miałem większe, ale to jest nauczka. Nie ma co planować, jedzie się na mundial. Trzeba wyjść, dobrze posędziować pierwszy mecz, potem pokornie trenować, czekać na następne spotkanie i nie robić sobie nadziei. Troszkę pewnie ostatnie sezony przed mistrzostwami mnie przyzwyczaiły, że dochodzę wysoko w różnych rozgrywkach, turniejach i dlatego ten niedosyt był spory. Natomiast miałem świetną rozmowę z Pierluigim Colliną i Massimo Bussacą. Oni mnie tonowali na takiej zasadzie, że spokojnie, jesteś młody, musisz pracować i wówczas mogą pojawić się kolejne szanse.

Wiesz, mi się zdaje, że te różne opinie o tobie nie powstają tylko z ludzkiej zawiści. Colina w trakcie mundialu powiedział: – Są sędziowie, którzy do tej pory dominowali na boisku i to do nich należała zawsze ostateczna decyzja. Trudno im przyzwyczaić się do tego, że ktokolwiek próbuje kwestionować ich zdanie. Wiele osób, w tym i ja, mogło pomyśleć, po takim meczu jak Niemcy-Szwecja, że chodzi o ciebie.

Myśmy mieli codziennie po 10 minut na boisku z dwiema drużynami i tam pracowaliśmy z VAR. Zdarzały się rzeczywiście przypadki, kiedy mieliśmy rozmowy z szefostwem, że tu trzeba zmieniać decyzję, a tu nie i pojawiały się osoby, które się upierały przy swoim zdaniu. Jestem przekonany, że Pierluigi mówił o tym. Nie było przypadku na mundialowym meczu, żeby ktoś zawołał sędziego do VAR-u, a ten nie podszedł. Mówisz, że te opinie nie powstawały ze złośliwości, ale z niewiedzy już na pewno. Nie było i nie ma takiej opcji, żeby ktoś odmówił analizy sytuacji po komunikacie od sędziego VAR. A mimo to fachowcy upierali się, że jestem arogancki i nie chcę chodzić do VAR-u. Ile razy można udowadniać, że nie jestem wielbłądem?

Nie sądzisz, że w ekstraklasie, jeśli chodzi o VAR, dostaliśmy palec, a wzięliśmy całą rękę? Sprawdzamy wszystko i wszędzie, nie mówimy już o czarno-białych sytuacjach.

To była jedna z największych obaw IFAB-u. Pamiętam nasze rozmowy z Davidem Ellarayem, który przyjechał w czerwcu i nie dowierzał, że będziemy w stanie przygotować się do tego projektu tak szybko. Ale się udało. Monitorował nas przez parę tygodni i progres, który zrobiliśmy w tym czasie, był niesamowity. Pamiętam, jak cały czas nas ostrzegał: – Panowie, daję wam super narzędzie, ale żebyście po prostu nie przedobrzyli. Protokół VAR-u, który powstał, zawierał tylko cztery punkty i ja sam miałem wątpliwości. Pytałem: – Może jeszcze podciągnąć drugą żółtą, ona jest taka ważna, potrafi zabić mecz. Jednak wytłumaczono mi, że druga karta może być prawidłowa, ale pierwsza jest z kapelusza i co wtedy? Do pierwszej też będziemy wracać? Tak jak mówisz, ważne jest, żeby nie biegać z każdą wątpliwą decyzją do monitora, bo za chwilę przestaną nam zawodnicy wierzyć. Każdy będzie myślał, że sędziuje ten w busie, a nie ten na boisku. Natomiast nie szedłbym tak mocno w twoją teorię, że wszystko sprawdzamy. Nasza liga jest specyficzna, mamy sporo sytuacji, że dzieje się u nas coś niespodziewanego i wówczas można zgłupieć. W Europie jest mniej walki wręcz. Przykład: jest mecz Śląsk-Górnik, widzę, że Wiśniewski lekko popycha Picha. Ja to dostrzegam, ale krzyczę do Tomka Musiała: -Widziałem ten kontakt, oceniłem, że to nie jest przewinienie …

… a mamy takie karne.

Czasem tak, ale poczekaj, powiem dalej. Tomek stwierdza: – Okej, Szymon, tutaj ewidentnego błędu nie ma, natomiast jest nadepnięcie na stopę. Tego w ogóle nie widziałem, więc VAR musiał mnie zawołać. Obejrzałem to pchnięcie, dla mnie normalna walka, ale z kamery zza bramki widać przypadkowe nadepnięcie na but. Zmieniam decyzję. Żaden wstyd. Zawodnicy to zrozumieli, mówię do Wiśni, że nadepnął, on spuszcza głowę, jest karny i gramy dalej. Staram się być transparentny, nie miałbym w ogóle problemu, gdybym miał podpięty mikrofon. Taka otwartość bardzo mi się podoba.

Podrążę: w sezonie 15/16 było 84 karnych, w 16/17 98. Od czasów VAR-u w kolejnych sezonach: 110 i 128. Czyli albo sędziowie nie widzieli – powiedzmy – 1/3 jedenastek, co byłoby wynikiem katastrofalnym, albo zmieniło się podejście. I bliżej mi do drugiej wersji, skoro mówi się o „jedenastkach w erze VAR”.

Na pewno może być tak, że z tej 1/3 karnych połowa była wcześniej niewidzialna. To, że ktoś komuś nadepnął na kawałek stopy, to do niedawna w ogóle nie była jedenastka i ja się z tym absolutnie zgadzałem. VAR pokazuje nam dzisiaj nowy kierunek. Mecz Austria-Polska. Tomek Kędziora nadepnął austriackiemu zawodnikowi na kawałek buta. Podali sobie ręce, otrzepali się, zawodnik austriacki pokazał sędziemu, że niby był pchnięty i tyle. Z VAR-em mamy rzut karny. Bez VAR-u? Podanie sobie rąk. I ja taki futbol lubię. No, ale chcieliśmy technologię, to musimy ponieść konsekwencje. Robi nam się futbol jak w Playstation. Masz dowód? Nadepnął? Nadepnął. Trzeba wołać i wskazać na karnego.

Czyli ta jedenastka Wiśniewski-Pich to była słuszna decyzja, ale wbrew twoim ideałom?

Tak. Zawodnicy też tego nie lubią, chcą walczyć, ale jak jest nadepnięcie, to trzeba stosować VAR i wyciągać takie sytuacje. Nie są to rzeczy, które ja promowałem i lubiłem, zawsze wolałem dać zawodnikom pograć, co oni doceniali i lepiej się też sędziowało. Gra była płynna, nikt nie płakał. Dzisiaj jest więcej płaczu. Ktoś kogoś dotknie w okolice głowy, to od razu jeden płacze, drugi umiera, trzeci woła karetkę… Tylko muszę dodać, że po pierwsze ja mogę sobie mieć swoje poglądy, ale jak na razie od ustalania reguł i interpretacji są inni, a ja mam się do tego stosować i nie mam z tym problemu. Poza tym bilans VAR jest zdecydowanie pozytywny, piłka nożna jest sprawiedliwsza, eliminujemy oczywiste błędy, które wpływały na przebieg rywalizacji.

Carlitos potrafi po kopnięciu piłką kogoś w plecy wołać VAR.

Nie chcę wymieniać nazwisk, ale wielu zawodników tak ma. Jednak ich zachowanie zmienia się z wraz z trendem i jak widzą, że mogą coś wymusić, ugrać, to robią to. Natomiast też im się trochę dziwię, bo jak na przykład rzeczywiście dostaną specjalnie w twarz, to wyłapiemy to, nie trzeba dodawać od siebie. A co do rąk, to się z tobą zgodzę – biodro, plecy, a już jest robiony monitorek. Choć nieśmiało, bo boją się kartki.

Wielu z nas myślało, że VAR rozwiąże większość problemów, a nie do końca tak jest.

Przenieśliśmy dyskusję na inny poziom. Wcześniej rozmawialiśmy o skandalicznych błędach, które się zdarzały, jak mój spalony Hamalainena, bramka Siemaszki i tak dalej. Dziś rozmawiamy o czymś innym, o sile kontaktu. Jak w tym meczu Lechia-Śląsk. Haraslin dostał i wyskoczył. Gdańsk powie, że był faul, bo kontakt był mocny, Wrocław, że Haraslin wyskoczył i dołożył od siebie. Dlatego tak jak w tobie, tak i we mnie jest obawa, że po tym palcu zaraz stracimy całą rękę i będziemy biegać z naprawdę wszystkim do monitora. To jest czas, żeby powiedzieć sobie „stop.” My na zgrupowaniach w Spale cały czas rozmawiamy o tym, by nie pójść za daleko i nie stracić sędziowskiego kręgosłupa. Nie możemy dopuścić do tego, że będziemy tylko nasłuchiwać, co mówi kolega z VAR-u, a przestaniemy sami sędziować i zostaniemy z dziesięcioma karnymi po VAR-ze. Mamy plan, żeby do technologii od sezonu 19/20 podejść trochę bardziej restrykcyjnie.

Tylko w ekstraklasie, czy w Lidze Mistrzów też?

W ekstraklasie, w Europie jak widzisz, reaguje się tylko, gdy jest 100 procent przekonania o błędzie. Wszystko rozbija się o definicję oczywistego błędu i my ciężko pracujemy nad unifikacją podejścia, ale – jak mówiłem – nasza liga dostarcza takiej liczby dość nietypowych sytuacji, że nie jest to takie proste.

Pamiętam rękę Matipa w meczu Barcelona-Liverpool. Moim zdaniem w Polsce byłby karny.

Może sędziowałby Marciniak i karnego by nie było! Część znowu by narzekała, a tam nikt nie narzekał. A tak na serio, to w Polsce w tamtej sytuacji też nie byłoby karnego, jestem o tym przekonany.

No właśnie, ręka. Nie masz wrażenia, że te decyzje są losowane? Według Skominy jest ręka Sissoko, według Stefańskiego nie ma ręki Jędrzejczyka. A obie sytuacje są podobne – najpierw tors, potem ręka.

Czy podobne? Można się spierać, ale na pewno nie są identyczne. Są tu inne kryteria, nie tylko to czy piłka trafiła najpierw w ciało.

Czyli w Gdańsku karny?

To kwestia oglądu, czy zawodnik wykonywał zwykły wślizg, przy którym podpierał się naturalnie ułożoną ręką, czy też próbował zablokować strzał na bramkę ciągnąc rękę poszerzającą obrys ciała. Jeśli się rzuca jak bramkarz, to bierze na siebie ryzyko, że jeśli piłka dotknie ręki nawet po wcześniejszym odbiciu się od jednej z części ciała to popełnia przewinienie karane rzutem karnym. Jeśli robi to w świetle bramki to jest to czerwona kartka. Ja skłaniam się ku tej drugiej ocenie, ale to decyzja z gatunku takich, o których mówiłem wcześniej: czego by sędzia nie zrobił, jedna ze stron będzie wieszała na nim psy.

A ręka w finale była słuszna?

Damir świetnie sędziował, dopowiedz sobie resztę… Widziałeś, jakie było ułożenie ręki obrońcy.

Coś pokazywał, ale wiadomo, nie usprawiedliwia go to.

Niedługo nie będzie tego problemu, bo od pierwszego lipca wejdą nowe przepisy, ten słynny zegar. Jeżeli ręka ułożona jest powyżej godziny dziewiątej, to prawie zawsze będzie rzut karny i nie będzie problemu z tłumaczeniem takiej decyzji.

Sądzisz, że ten zegar rozwiąże większość problemów?

Nie, nigdy tak się nie stanie. Od dziewiątej do siódmej-ósmej będzie szara strefa. Jeden gwizdnie, drugi nie. Znowu przeniesiemy kontrowersje na inny poziom, ale takie są przepisy, nie dogodzi się wszystkim. Żeby tak było, musielibyśmy gwizdać każdą rękę, natomiast pamiętamy Roberto Baggio, mamy też dzisiaj magików, którzy z dwudziestu metrów trafią co do centymetra tam, gdzie chcą. To jest piłka nożna, zawodnik nie jest robotem, musi normalnie biegać. Ale jak jest spóźniony, czyli robi wślizg, musi pamiętać: bierze ryzyko na siebie i jeżeli piłka trafi go w rękę, jakkolwiek, to jest rzut karny. To jest proste, ja nie odkrywam teraz Ameryki, ale jak czasem słucha się tysiąca komentarzy, to się człowiek dziwi.

A dziwiło cię zamieszanie z Danielem Stefańskim i jego miejscem zamieszkania? Albo spytam inaczej: chciałbyś sędziować mecze Wisły Płock?

Gdybym został wyznaczony, nie miałbym z tym problemu. Jednak nie mam takiej potrzeby. To jest małe, ale jednak ryzyko.

Taki pomysł się przewija. Ty miałbyś sędziować Wisłę Płock, Kwiatkowski Legię, Musiał Wisłę. To się wzięło właśnie od niejasnej sytuacji Daniela Stefańskiego.

Tak, ale ja stoję murem za Danielem. Nie widzę żadnego problemu. Daniel od zawsze mieszkał w Bydgoszczy, teraz od kilku lat mieszka w Warszawie. I co, powinien wyjść, zwołać konferencję prasową i powiedzieć: od dziś, żebyście wiedzieli, mieszkam w Warszawie przy ulicy takiej i takiej, numer taki i taki? To jest zupełnie bezsensu. Natomiast od zawsze mówiłem: sędziowie są z PZPN i tak powinni być opisywani. Szymon Marciniak – PZPN. Daniel Stefański – PZPN. To nie ma znaczenia, gdzie kto mieszka. My jesteśmy zawodowcami, dużo czasu spędzamy w hotelach, samochodach, czasem więcej niż w domach. Poza tym nikomu nie przyszłoby do głowy, by komukolwiek pomóc. Wiem, jak ciężko pracujemy w domach i na zgrupowaniach. Każdy jest sportowcem, każdy chciałby być jak najwyżej. A najlepsze mecze możesz sędziować tylko wtedy, gdy popełniasz jak najmniej błędów. Nie wiem, po co sugerować złodziejstwo, przekręty, kumoterstwo. Jak ktoś sam nie chce sędziować jakiegoś klubu, bo w młodości mu kibicował, albo ma tam znajomych, rodzinę i tak dalej, to powinien to zgłosić i tyle. A z drugiej strony, jeśli uważamy, że ktoś jest nieuczciwy, to nie powinien sędziować w ogóle, nigdzie, nie tylko w swoim okręgu czy mieście.

Dlatego mówię – zlikwidować podziały i niech wszyscy sędziują wszystkim.

To odpowiadam: jeżeli byłbym wyznaczony, nie mam problemu. Dla mnie odhaczony mecz. Ale jak nie ma potrzeby, to nie potrzebuję komukolwiek udowadniać, że jestem sprawiedliwy i mogę jeździć na Wisłę Płock. Jest tylu sędziów, że każdy może jechać. Ale jak trzeba, to jadę, sędziuję, bo dla mnie grają koszulki. Białe, niebieskie, pojutrze żółte. Jeżeli ktoś komuś sugeruje, że ma wpisane Warszawa, Płock, Bydgoszcz i to coś znaczy, to albo ma coś za uszami, albo ma niezdrowe podejście.

Spotkałem się z opinią, że to może iść w drugą stronę – ktoś niby związany z klubem X, będzie gwizdał na jego niekorzyść, żeby udowodnić ten brak teoretycznego związku.

Możliwe, żeby tak było, ale to musiałby być człowiek mocno zżyty z klubem. Natomiast jak ja miałbym postawić na szalę całą swoją karierę, bo gra mój klub z mojego miasta? Totalny absurd i bezsens.

WARSZAWA 13.05.2018 MECZ 36. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2017/18 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - GORNIK ZABRZE 2:0 ARTUR JEDRZEJCZYK SZYMON MARCINIAK FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Jak ocenisz swój rok?

Był gorszy, spisuję go na straty, ale odrobiłem lekcję. Miałem sędziować ćwierćfinał Ligi Europy, ale doszły problemy ze zdrowiem. W marcu przyszła nominacja, ale zadzwoniłem do Rosettiego i powiedziałem, że nie jest idealnie, chciałem, żeby wiedział. Razem postanowiliśmy, że nie ma sensu ryzykować, gdyż gra nie jest warta świeczki. Ćwierćfinał czy półfinał miałem już kilkukrotnie, to nic by nie zmieniało w moim sędziowaniu, a nie daj Boże, jakby zdarzył się błąd, przez to, że gdzieś nie dobiegłem… Nikt by tego nie zrozumiał, a ja bym chyba sam siebie rozszarpał. Nie byłem jakoś poważnie kontuzjowany, ale też nie czułem się w stu procentach gotowy. A jeśli tak, to po prostu nie wolno jechać na mecz. Moja głowa wygrała z serduchem. No, ale mam niedosyt, ponieważ straciłem czas przez uraz, a jestem sędzią, który bazuje na pewności siebie, fizyczności, bieganiu. Gdy czuję się optymalnie przygotowany, jestem w stu procentach pewny siebie. Nikt wtedy nie może wpłynąć na moją decyzję jakimiś protestami, nie da się zbić mnie z pantałyku. Jeśli coś widziałem, to jestem tego pewien i nie mam problemu z decyzyjnością.

Tego zabrakło w Portugalii?

Tak, ta decyzja była spowodowana przez brak pewności siebie, na który miał wpływ przebieg sezonu i wszystkie okoliczności z tym związane. W tym kluczowym momencie spadła koncentracja, pewność siebie, zasugerowałem się czerwoną twarzą obrońcy, przestałem myśleć o jego zagraniu ręką. I tu mamy kolejny przykład na pseudofachowców, którzy pisali: super decyzja! Super błąd, a nie super decyzja. Nikt w UEFA nie ma najmniejszych wątpliwości, że jedyną prawidłową decyzją był rzut karny. Dlatego jest we mnie ta sportowa złość, znów chciałbym być na topie. Za chwilę ruszają przygotowania. Ale nie będę robił żadnych planów, nie będę miał oczekiwań.

Wcześniej te plany miałeś?

Tak. Nie lubię fałszywej skromności i udawania, że nie wiem, dlaczego dostałem mecz PSG-Liverpool, Hiszpania-Anglia czy Superpuchar Europy, który był dla mnie nagrodą. Nie dostałem tego wszystkiego za darmo, to jest fantastyczna praca całego mojego zespołu. Ale cóż, bywało tak, że czułem się bardzo mocny, widziałem się w pewnym miejscu, gdzie sędziuję kluczowy mecz, a jeszcze jak w tej wizji utwierdzali mnie ludzie, którzy się na tym znają, to już w ogóle. Życie jednak mocno to zweryfikowało i powiedziało: spokojnie, rób swoje. Jeżeli będzie życzenie z góry, z nieba, to posędziujesz. Nie ma co się podpalać, bo może przyjść rozczarowanie, a ono jest bolesne. Pewnie tutaj mocno zawiodę moich fanów od arogancji, ale sędziowanie to duża lekcja pokory. Nikt ci nie powie, że 25 meczów było super, jeżeli 26. był zepsuty. Tacy jesteśmy. Mnie to aż tak nie przeszkadza, Polacy nas mocno nauczyli innego „kibicowania”, czyli czekania na błąd. Zrozumiałem jak dużo jadu i nienawiści jest w naszym narodzie. Ja miałem wrażenie w zeszłym roku, kiedy pomyliliśmy się z rzutem karnym w meczu Tottenham-Juventus, że cała Polska na to czekała. Każdy artykuł, który pojawiał się o mnie nawet kilka miesięcy później, miał zakończenie, że Szymon Marciniak sędziował też mecz Tottenhamu z Juventusem, gdzie nie podyktował rzutu karnego dla Juventusu.

Aż tak?

UEFA monitoruje nasze mecz, decyzje, ale i media. Zawsze jest kupa śmiechu z nas, że jesteśmy mistrzami świata, tyle że nie w piłce, ale w hejcie i trollingu. Jest to porównywalne do tego, co się dzieje we Włoszech, ale tam jest inaczej, u nas jest wiele chamstwa i nienawiści. Nie wiadomo z czego to wynika, skoro w kraju żyje się coraz fajniej. Jak sąsiad ma troszkę lepiej, to coś jest nie tak i można go podrzucić skarbówce, żeby go dokładnie sprawdzili…

Mówisz o komentarzach zwykłych ludzi czy o artykułach?

To się wiąże jedno z drugim. Jeden „fachowiec” wrzuci coś do internetu, nie pytając o prawdę i wszyscy to powtarzają. Jak wróciliśmy z mundialu, to wszyscy wiedzieli, że Marciniak ignoruje VAR, a nikt nie wiedział, jak jest naprawdę. Bla, bla, bla. Ludzie nie myślą, co piszą, tylko chcą zaistnieć. Taki mamy poziom języka. I nie chodzi tylko o sędziowanie, bo zobacz, Robert Lewandowski nie strzelił przez kilka meczów kadry gola. Cóż się działo!

Skończył się.

I w Bayernie mu płacą więcej, dlatego nie strzela w kadrze. Tego się nie da po prostu słuchać.

Tak samo jak ekspertów, o których wspominasz?

Czasem oglądamy niektóre studia i z innymi sędziami mamy ubaw. Siedzą goście, którzy w czasie kariery wchodzili ze wślizgami na złamanie nogi, a potem mówią, że tu nie powinno być kartki, że sędzia zabił mecz. My chronimy przepisy gry w piłkę nożną.

Jak będzie wyglądać twój kolejny sezon, już nie mówiąc o planach na półfinał czy finał?

Nie planuję, co posędziuję, tylko skupiam się na osiągnięciu i utrzymaniu optymalnej formy. Chciałbym zostać nominowany na mistrzostwa Europy, a drogą do tego jest regularne „dowożenie” jak mówią politycy, po prostu w każdym meczu chcę być najlepszą wersją Szymona Marciniaka. Sezon może być dłuższy, więc i liczbą meczów, w tym w tak niektórych bolącej Arabii, będę zarządzał inaczej, adekwatnie do sytuacji i samopoczucia. Wierzę, że zdrowie będzie dopisywało, bo cała reszta zależy ode mnie i wykonanej przeze mnie pracy. Wróci też optymalna pewność siebie. Ktoś może ją mylić z arogancją, ale… to nie moja sprawa.

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (24)