Konrad, coś ty pchnął! Rekord życiowy Bukowieckiego w Rzymie
Inne sporty

Konrad, coś ty pchnął! Rekord życiowy Bukowieckiego w Rzymie

Mityngi Diamentowej Ligi to w ostatnim czasie nie domena Polaków. Jasne, potrafimy osiągać w nich dobre wyniki, nasi lekkoatleci często stają na podium, ale nie na jego najwyższym stopniu. I taki stan utrzymywał się od niemal dwóch lat. Ostatnim z biało-czerwonych, który wygrywał przy okazji takiej imprezy, był Piotr Lisek. Przed niemal dwoma laty, w Monako. Dziś ta zła passa została wreszcie przerwana. Za sprawą genialnego pchnięcia Konrada Bukowieckiego.

Na Stadio Olimpico w Rzymie warunki były dziś idealne. Skąd to wiemy? Stąd, że najlepszych wyników w mityngu, sezonie czy nawet karierze padało dziś mnóstwo. Chyba nie było konkurencji, w której takiego by zabrakło. Niezależnie od tego czy mówimy o skoku w dal, wzwyż, biegu na 5000 metrów czy może pchnięciu kulą, które dało nam tyle radości. Literki WL, SB, PB i MR pojawiały się przy wynikach poszczególnych lekkoatletów i lekkoatletek niemal bez ustanku.

Pojawiły się też, gdy na tablicy świetlnej pokazano wynik 21,97 m. To rezultat Konrada Bukoweckiego z pchnięcia kulą. Powtórzmy: 21 metrów i 97 centymetrów. W wieku 22 lat – a tyle ma Konrad – tylko jeden zawodnik osiągał lepsze rezultaty. I był to Randy Barnes, aktualny rekordzista świata, który, mając na karku 22 wiosny, osiągnął 22,42 m. Potem dołożył jeszcze 70 centymetrów i może się chwalić rekordem świata. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to podobna przyszłość może czekać Bukowieckiego. Bo że ma ogień w łapie, to wiemy. I dziś dostaliśmy tego tylko kolejne potwierdzenie.

Jego wynik to równocześnie rekord mityngu, życiówka na stadionie, najlepszy w tym sezonie wynik w Europie i drugi najlepszy wynik w karierze (na hali osiągnął kiedyś 22 metry). Jeśli chodzi o listy światowe z tego sezonu, to Konrad jest na ten moment trzeci. Żeby wspiąć się wyżej, musiałby poprawić się o co najmniej 10 centymetrów. Bo 22,06 m pchał w tym roku Tom Walsh. O dogonieniu Ryana Crousera (22,74 m) chyba nie ma co marzyć. Na razie. Bo w przyszłości… kto wie?

Obu wspomnianych zawodników dziś w Rzymie nie było. I pewnie to pozwoliło Konradowi wygrać, ale w niczym to jego osiągnięciu nie ujmuje. Wygrana jest wygraną, Bukowiecki wiedział, jaka jest sytuacja „kadrowa” konkursu kulomiotów i znakomicie to wykorzystał. Odniósł tym samym pierwsze w karierze zwycięstwo w cyklu Diamentowej Ligi. Jesteśmy przekonani, że nie ostatnie, bo przed tym chłopem (niby jego wiek jeszcze uprawniałby nas do pisania o nim per „chłopak”, ale jak na niego patrzymy, to nie wydaje się nam to odpowiednim określeniem) wielka kariera.

Jego starszy i bardziej utytułowany kolega, Michał Haratyk, skończył na piątym miejscu, co uznać trzeba za dobrą lokatę, choć nie na miarę jego możliwości. Pasował jednak do rezultatów reszty naszych reprezentantów, którzy nie zaprezentowali się tak znakomicie, jak zrobił to Konrad. Ale spokojnie, to wciąż początkowy okres bardzo długiego sezonu, kończącego się mistrzostwami świata. I to w nie celują na przykład Adam Kszczot i Marcin Lewandowski, którzy dziś przez długi czas solidarnie biegli na dwóch ostatnich miejscach i do końca trzymali się razem, choć na finiszu podskoczyli o kilka pozycji – Adam był siódmy (i przy okazji wykręcił czas, dzięki któremu przewodzi europejskim listom, widzicie więc, jak rywalizacja zwiększa się, gdy do zabawy dołącza reszta świata), Marcin ósmy. Obaj – zresztą jak cała stawka tego, cholernie szybkiego, biegu – zanotowali najlepsze rezultaty w sezonie. Obaj też uzyskali minima: Kszczot na igrzyska w Tokio, Lewandowski na tegoroczne mistrzostwa świata.

Patryk Dobek na 400 metrów przez płotki długo trzymał się za to na drugim miejscu, ale na sto metrów przed metą zgubił rytm. I dobiegł na ósmej, przedostatniej, pozycji ze stosunkowo słabym czasem. W Rzymie nie wyszło, ale wcześniejsze starty w Azji pozwalają wierzyć, że Polak przypomina sobie, jak dobrze potrafił kiedyś biegać. Justyna Święty-Ersetic nie musi tego za to robić, bo wspomnienia o dwóch złotach mistrzostw Europy wciąż są żywe i w naszej, i w jej pamięci. Musi jednak znaleźć dobrą formę, a dzisiejszy występ był ku temu przygotowaniem i… powiewem optymizmu. Bo jej piąte miejsce trzeba uznać za bardzo dobry rezultat, choć jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy.

Tym razem bohaterem dnia nie została jednak Justyna, a Konrad Bukowiecki. I może powtórzmy, jeszcze raz, żebyście na pewno zapamiętali. 21 metrów i 97 centymetrów. 21,97. To liczba tego dnia.

Fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (4)