Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Konfetti w barwach klubu, puchar odebrany z rąk Romana Koseckiego, darmowy catering oraz przejazd odkrytym autokarem ulicami Warszawy. KTS Weszło w sobotę kończy sezon w B-klasie, sezon dość udany – bo poza dwoma remisami wygraliśmy w lidze wszystko, co było do wygrania, nawet ewentualna porażka z Jednością nie zmąci naszych wyśmienitych humorów. Przez klub przewinęło się koło 50 osób, kilku sponsorów, dwóch kierowników, trzech spikerów. Od wyjściowego planu, by zrobić żywą parodię polskiej piłki nożnej, przeszliśmy do momentu, gdy… w sumie nie wiadomo, gdzie właściwie znajduje się sufit. 

Czy się tego spodziewałem?

Byłem pewny, że wygramy B-klasę, bo widziałem jakość przychodzących do nas chłopaków. Gigantyczną robotę wykonali trener Kamil Pawlak, menedżer Wojciech Kowalczyk oraz kapitan Michał Madej. Szczególnie ten ostatni stanął na głowie, by przyprowadzić swoich znajomych z doświadczeniem w wyższych ligach, na pewno bez jego zaangażowania nie udałoby się doprowadzić do występów Piotra Petasza (zimą wrócił do IV-ligowego Huraganu Wołomin, na razie jego zespół jest liderem) czy Sebastiana Kęski (wyśmienita asysta przy ostatniej bramce Fundambu). Dużą satysfakcję przyniosło mi też utrzymanie w zespole osób, które są z nami od pierwszego castingu, część z nich to kluczowe elementy drużyny, co tylko potwierdza, jakie oko do piłkarzy ma opiniujący ich Kowal. Nie mogę napisać, że jestem zaskoczony wynikami, bo generalnie tak miały od początku wyglądać.

Byłem też pewny, że marketingowo to wszystko ładnie zagra, bo od początku mieliśmy w załodze prawdziwych asów, pokroju Mietka czy Szamo, ale też dlatego, że konwencja szybko przyciągała kolejnych fantastycznych ludzi. Doskonale w swojej roli odnalazł się na przykład Wojtek Piela, który od korespondenta radiowego i spikera przeszedł drogę aż do wartościowego uzupełnienia ławki rezerwowych, gdy już nikt inny nie ma czasu na niej zasiąść. W sobotę zobaczycie go na murawie, na którą nie wszedł przekupując prezesa, ale rzetelnie tyrając na treningach. Czasem nie rozumiał niektórych piłkarskich zwrotów, czasem miewał problemy z wykonaniem niektórych ćwiczeń, ale nie zniechęcał się i twardo tyrał z bardziej doświadczonymi zawodnikami, by dostać swoją szansę.

Naturalnym talentem do kierowania całym bałaganem okazał się Wojciech Hadaj, dzięki któremu skończyły się problemy z nerwowym oczekiwaniem na przyjazd opieki medycznej i tym podobne niedogodności wynikające głównie z mojego nieogarnięcia. Przekonaliśmy się również, że Piotrek Wąsowski nie tylko umie opowiadać o swoich przygodach w roli IV-ligowego prezesa, ale naprawdę ma potężne doświadczenie działacza. W małej słuchawce do ucha trzyma kontakty do każdego przedstawiciela mazowieckiego środowiska piłkarskiego, a w małym palcu – wszystkie przepisy, uchwały, ustawy i zakazy.

Ogrom pracy, zwłaszcza przy transferach z Konga, wykonał wiceprezes Michał Sadomski oraz człowiek, który przez cały czas pozostawał nieco w cieniu. Niepozorny przewodniczący Komisji Rewizyjnej, który w teorii powinien się pojawiać w klubie raz na dwa lata, u nas znacząco pomagał w dopinaniu niektórych formalności. Krzysiek, wielkie dzięki, jako zarząd nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego przewodniczącego Komisji Rewizyjnej, pamiętaj, nie możesz nas odwołać przed 2020.

Najchętniej dziękowałbym po kolei każdemu, kto wziął udział w tym wyjątkowym przedsięwzięciu, ale jestem niemal pewny, że kogoś bym przeoczył. Zwłaszcza, że w KTS-ie nikt za bardzo się nie wywyższał, nikt nie próbował przekonywać całego świata, że on, wielki pan piłkarz, nie zagra w jednej drużynie ze mną czy Wojtkiem Pielą. Krzy Krzysztof, który czas na nasz klub znajdował między kolejnymi koncertami i szeroko rozumianym życiem artysty, pierwszy skład w ostatnim meczu również musiał wywalczyć rzetelną pracą na treningach. Zresztą, odwiedzał nas nawet gdy był kontuzjowany i mam nadzieję, że zostanie z nami na kolejne miesiące. Nawet Quebonafide odsiedział swoje na ławce w Pucharze Polski (Kuba, wracaj do nas!).

To wszystko było cholernie inspirujące. Patrzysz w prawą stronę, a tam Sebastian Kęska, którego jeszcze niedawno oklaskiwałem z naszej starej, wysłużonej Galery. W lewą – Piotr Petasz, z którym cieszyłem się wspólnie na murawie w Bytomiu, gdy Zawisza awansował do Ekstraklasy. A za mną Wojtek Piela, który nigdy nigdzie nie grał, ale ambicją i zacięciem jest od dawna w Ekstraklasie. Do szatni wchodziła taka mozaika życiorysów i charakterów, że do dzisiaj trudno mi się w tym połapać. Maciek Joczys z występem w Ekstraklasie. Łukasz Kominiak, który swego czasu trenował z Liverpoolem. Daniel „Czapo” Żórawski, który był już po słowie z River Plate Buenos Aires (było to słowo na „w”, gdy próbował sforsować bramy stadionu). Potem dołączyli do nas dwaj goście, którzy po raz pierwszy w życiu nie muszą się martwić, co będą jeść i pić, gdzie spać. Wchodzą do szatni z Mietkiem, którego zna połowa internautów w Polsce, a do zdjęć z nim ustawia się długa kolejka. Po chwili są już bezlitośnie równi, gdy między nimi jest jedynie piłka.

To była niesamowita lekcja pasji, pokory, zwyczajów panujących w szatniach wyższych lig (bo stamtąd pochodziło wielu naszych piłkarzy), szatniach niższych lig (bo w takich się przebieraliśmy) i w gabinetach Mazowieckiego ZPN-u.

Ile marzeń nam się wszystkim udało spełnić po drodze… Zagrałem na murawie Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, gdzie biegała sama Crvena Zvezda! Grałem dla kilkuset kibiców, niektórzy nawet skandowali moje nazwisko. Marzenie największe – darmowa kiełbasa na meczach. To też udało się urzeczywistnić. Jestem przekonany, że każdy z nas, tworzących przez te półtora roku KTS Weszło, odczuwał momenty wyjątkowej dumy i satysfakcji. Piela marzył o debiucie, Stan o wyrwaniu z biedy dwóch utalentowanych zawodników, Kowal o golu głową, Komin o jakimkolwiek golu.

My bawiliśmy się świetnie. Ludzie na trybunach bawili się świetnie. Sponsorzy obecni na naszych meczach bawili się świetnie. Większość z naszych przeciwników bawiło się świetnie. Czasem bolały nogi, czasem portfele, gdy trzeba było opłacać boiska. Czasem tyłki, gdy któraś drużyna – jak choćby Rembertów – poszła z nami na wojnę i boleśnie pokazała, że żadnego punktu nie zdobywa się bez potu i krwi.

Fajnie było być częścią tego wszystkiego. W sobotę ostatni akord tej historii i… początek nowej. 22 czerwca gramy z Arką w Gdyni, 29 czerwca m.in. z Dyskobolią i Victorią Londyn na turnieju im. Pawła Zarzecznego w Warszawie.

Ubiegły sezon zaczęliśmy od meczu z drużyną Kartoflisk, ten zaczynamy od niedawnego zdobywcy Pucharu Polski. Szybsza bieżnia, nie wyższa poprzeczka.

*

Dzisiaj miasto Łódź podpisało umowę z firmą Mirbud, która ma dokończyć stadion Łódzkiego Klubu Sportowego. Oczywiście opowiadałem tę historię milion razy, dlatego ograniczę się do sześciu suchych faktów.

W dniu obejmowania posady prezesa ŁKS-u, Tomasz Salski miał:

– drużynę, która zakończyła sezon na 6. miejscu w III lidze łódzko-mazowieckiej przed reformą
– zbudowaną przez miasto dla klubu trybunę na 5 tysięcy osób bez strefy biznesowej
– kilka lokacji, w których trenował pierwszy zespół – stałej bazy Łódzki KS wówczas nie posiadał

Dziś prezes Salski ma:

– drużynę, która przygotowuje się do nowego sezonu w Ekstraklasie
– podpisy pod umową, która gwarantuje dokończenie stadionu w przeciągu 36 miesięcy
– 4 boiska do dyspozycji klubu i akademii w bezpośrednim sąsiedztwie współpracującej z ŁKS-em Szkoły Gortata, w planach zaś kolejne boisko, już pod balonem

Sport to tylko sport, możemy spaść, może nawet tułać się latami w I lidze. Ale fundamentów, które zostały wylane dzięki codziennej pracy prezesa i jego ludzi, zburzyć się nie da.

No, było o ŁKS-ie, można kończyć. Do zobaczenia w nowym sezonie, już nie w I lidze i B-klasie, ale w Ekstraklasie i Serie A!

KOMENTARZE (7)